Już miałam złapać doła, smucić się i beczeć, bo tęsknota za bliskimi znów daje się we znaki, ale zamiast tego, wzięłam się mentalnie za fraki, lekko przydusiłam swoje wewnętrzne NIE kolankiem, wskoczyłam w obuwie sportowe marki X i ruszyłam na alejki i trawniki ganiać zające, i wysiłkiem wykurzać fatalny nastrój. Już po kilkunastu minutach intensywnego biegu ciemne chmury wiatr przegonił, a osiedlowe szaraki zaczęły się ze mną bawić w berka. Magia endorfin znów zadziałała! Zmusiłam się jeszcze do podbiegów i truchtem z rodzaju SUPER SLOW (mam teraz maks pod górkę do domu:P) zaczęłam się kierować do bazy. Zdyszana dopadłam drzwi od klatki i wtem... yyyyyyyy jaki do cholery był kod do drzwi? yyyyyyyyyyy aha nie pamiętam, bo mieszkam tu dopiero kilka dni i zwykle używam kluczy yyyyyyyyy a dziś kluczy nie wzięłam, bo jest weekend i Filip jest w domu yyyyyyyyy aaaaaaaaa PRZECIEŻ W TYM POKRĘCONYM PÓŁNOCNYM KRAJU NIE MA DOMOFONÓW!!!!!! Oblał mnie zimny pot i zaczęłam z nerwów biegać wokół bloku, zaglądałam w nasze okna i zastanawiałam się po jakim czasie F. zacznie się zastanawiać czemu tak długo mnie nie ma i ile zajmie mu zebranie się i zejście na dół w celach poszukiwawczych? Wreszcie odważyłam się stanąć pod naszym balkonem i "cicho krzyczeć" Fiiiiiiiiliiiiiiiiiip!!! Fi-lip!!! Fiiiiiiiiii-lip!!! Niestety okna mamy dźwiękoszczelne, a ja nie potrafiłam w obcym miejscu rozedrzeć japy na tyle głośno żeby mnie ktokolwiek usłyszał!
Zaczęłam marznąć, więc musiałam wykombinować jakieś inne rozwiązaniem, zanim zaczną mi sople sterczeć z nosa. Nagle gdzieś w oddali zaczął zarysowywać się kontur człowieka. Pobiegłam do niego, okazało się, że to młody przystojny wiking, który gdy streściłam mu moją sytuację, uśmiał się po pachy, po czym przywdział swoją srebrną zbroję, zeskoczył ze śniadego wierzchowca i obiecał mi pomóc.
Jego kod niestety nie zadziałał na moje drzwi, ale za to dzięki temu, że już nie raz pakowałam się w tarapaty, to na wszelki wypadek nauczyłam się numeru Filipa na pamięć. No i się przydał, nota bene już nie pierwszy raz :P Takie świry jak ja już tak mają :D
Wykręciliśmy i modliliśmy się żeby odebrał. Udało się! Mój luby zszedł otworzyć mi drzwi, a ja podziękowałam nieznajomemu (przedstawił mi się, ale ... też tak macie, że jak się komuś przedstawiacie to nie kodujecie jak nazywa się wasz rozmówca?) To była naprawdę miła przygoda, a pogawędka z nieznajomy znów pozwoliła mi uwierzyć, że i w tym nowy miejscu znajdę przyjaciół!
Ze względu na wczorajszą przygodę dziś zamiast joggingu był spacer, który gdy dopadłam osiedlową siłownię natychmiast przemieniłam w intensywny trening :)
był wioślarz... i były podbiegi :)
Okazało się, że mieszkamy w przepięknej okolicy, którą z każdej strony otaczają lasy, góry i skały!!! Wreszcie mogę przestać biegać wokół skwerka pod blokiem. Nie znoszę pierwszych tygodniu w nowym miejscu, najchętniej bym się wtedy zaszyła w domu jak niedźwiedź w gawrze i obudziła się na wiosnę. Jednak tak bardzo naładowałam akumulatory podczas pobytu w rodzinnym domu, że starczyło mi sił żeby przezwyciężyć niechęć do kolejnej zmiany otoczenia i truchtać do utraty tchu po Bandhagen, Hogdalen i okolicy. Bardzo mi się tu podoba, z każdym dniem coraz bardziej :)
Nie wiem co bym zrobiła bez Filipa, treningów i Was?! Całe moje życie stanęło na głowie, a równowagę łapię tylko dzięki wsparciu najbliższych, włóczkowemu szaleństwu i Waszym pięknym mailom
i zamówieniom. Mam wrażenie, że jestem jak króliczek z Duracell'a, który zamiast z baterii w tyłku, czerpie siłę z otoczenia, ludzi i uczuć!!! DZIĘKUJĘ!!!
Nie sądziłam, że to możliwe, ale jeszcze bardziej doceniłam możliwość spędzania kilku chwil na tej magicznej planecie zwanej ziemią! Wszystko za sprawą kilku dni spędzonych w szpitalu. Może to zabrzmi dziwnie, ale było cudownie. Salę dzieliłam ze wspaniałymi kobietami- Gosia, Maja ściskam Was mocno!!! Przekonałam się, że przyjaźń nie zna granic, nie patrzy na metrykę, nie zagląda do historii i może się wykluć między osobami w każdym wieku.
Mimo ciągłego kłucia, sikania do słoja, biopsji i innych "przemiłych zabiegów" wszystkie 3 cieszyłyśmy się każdą spędzoną wspólnie chwilą, śmiałyśmy się do rozpuku, biegałyśmy po schodach do kawiarni, urywałyśmy się na spacerniak, zarywałyśmy nocki, ćwiczyłyśmy i trzymałyśmy sztamę. Gosiu wiem, że wskoczyłaś pierwsza do pokoju badań na biopsję, bo chciałaś mnie uspokoić...to zadziałało, gdy wyszłaś z uśmiechem i powiedziałaś, że było fajnie to naprawdę mi ulżyło...dziękuję! Maja... urządzenia derby na sikanie było świetnym pomysłem, ubawiłam się po cyce :D
Doceniam każdą chwilę jeszcze bardziej, nie narzekam już wcale, bo życie jest zbyt krótkie i ulotne na takie pierdoły. Poznałam ciężko chore osoby, w których było tyle wiary i szczęścia, że mogłyby obdzielić tuzin smutasów, każda! Dziewczyny jesteście niesamowite!!! Pozdrawiam cały oddział Endo i Onko!
Nie mogę też zapomnieć o wspaniałym personelu oddziału Endokrynologii w Katowicach! Czułam się otoczona opieką w każdej sekundzie mojego pobytu. Pielęgniarki były jak chodzące anioły, uśmiechnięte, empatyczne, zawsze zagadywały w momencie wkłucia, zresztą robiły to tak delikatnie, że prawie nie czułam ;) Jesteście cudowne! Lekarze, którzy troszczą się o pacjentów, są serdeczni, chętnie odpowiadają na pytania, wiedzą, że pacjent niezależnie od choroby, która go nęka jest wystraszony, więc trzeba go uspokoić... okazuje się, że nie tylko w serialach pacjenci są uśmiechnięci, a sale słoneczne.
Ceglana- Wielki Szacun!!!!
Teraz już tylko czekam na wyniki i niezależnie od nich unoszę głowę wysoko, na twarz wrzucam szeroki uśmiech i biegnę spełniać swoje marzenia.
PS. Ostatniego dnia obudziły mnie takie oto słowa wykrzykiwane przez szpitalny radiowęzeł: Iga Iga wbijaj na pobranie!!!! Dla wszystkich pielęgniarek, które mnie kłuły 30% zniżki ;) Uwielbiam Was dziewczyny!!!!
Zawsze zastanawiałam się jak to jest, że niektórzy ludzie są tacy odważni, wiedzą czego chcą i konsekwentnie dążą do celu. Na dodatek mają tyle energii, determinacji i siły.
Od dawna już wiedziałam, że to wcale nie przypadek, koneksje, charakter czy szczęśliwy traf. Tylko COŚ co w takich osobach jest w środku, w ich sposobie myślenia, niezrozumiałej dla mnie pewności siebie, przekonaniu, że wszystko jest możliwe.
Och jak ja im tego zazdrościłam, starałam się to zrozumieć, nauczyć się tego, z poradników i własnych obserwacji. Jednak do 2013 bezskutecznie!
Wreszcie zrozumiałam!
Całe moje życie, wszystko co mnie spotkało, tego dobrego i złego miało sens! Rodzice, którzy wychowywali mnie w duchu wolności, miłości i szacunku do siebie, innych i otaczającego mnie świata.
Dziwne kursy i szkolenia, ciężkie studia, miliony pomysłów na biznes. Przeróżni ludzie na mojej drodze, ci dobrzy i ci źli też, "góry i doliny", wyjazdy, tymczasowe prace, wzloty i upadki... wszystko to doprowadziło mnie TU.
Do miejsca, w którym jestem teraz i mogę wreszcie powiedzieć: niczego nie żałuję! Dzięki tym wszystkim składowym moje życie jest takie jakie chciałam żeby było, a ja sama jestem człowiekiem, którym chciałam być. Oczywiście w wymiarze duchowo-osobisto-intymnym. Mam nadzieję, że nie zabrzmiałam jak megalomanka? Mam pełną świadomość, że każdy powinien pracować nad sobą do końca swoich dnia ale... ja teraz jestem tak natchniona, że chcę zmieniać świat!
Osiągnęłam niesamowity wewnętrzny spokój, który objawia się niezwykłą energią życiową! Robię to co kocham, moja druga połowa jest moim dopełnieniem, przeciwnością, magnesem i inspiracją. Walkę z kilogramami zaakceptowałam, wpisałam w moją codzienność i uznałam bardziej za coś co pozytywnie kształtuje mój charakter (hehe nad tym ostatnim jeszcze pracuję:) i obiecałam sobie, że nigdy się nie poddam, bo moje ciało jest moją świątynią! Nawet wizytę w klinice endokrynologicznej, w której położę się na dniach, traktuję jak część składową mojego życia, a nie coś co nagle je odmieni.
Niesamowite jak wszystko nabrało ostrości. Mam wrażenie, że z pierwszym dniem 2014 roku jakaś szalona wróżka dotknęła mnie swoją magiczną różdżką, wybełkotała "czary mary" i trach... moje życie, które było jak porozrzucane puzzle stało się jednolitym obrazem.
Szalony wyjazd w Dolomity, pierwszy raz zorganizowany na własną rękę i praca w wymarzonej włoskiej szkółce oraz przeprowadzka do Sztokholmu to dla mnie dwa wydarzenia, które sprawiły, że uwierzyłam w siebie. Oba wiązały się z ogromnym stresem, wieloma przeszkodami i chwilami grozy, a jednak przeważała w tym wszystkim radość, satysfakcja i spełnienie.
Wiem, że wiele zawdzięczam mojej mamie, która wychowała mnie na silną kobietę. Bratu, który jest dla mnie ogromnym oparciem i rozumie mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Tacie, który zawsze wspiera moje szalone pomysły... że on jeszcze nie zbankrutował to cud, i który namówił mnie do głodówek, a to też dodało mojemu życiu rumieńców. Filipowi, który we mnie wierzy, pomaga mi, uczy wytrwałości i kocha bez względu na wszystko. Przyjaciołom, którzy zawsze znajdują chwilę, żeby mnie wesprzeć, dodać otuchy i podrzucić świetny pomysł! Znajomym bliższym i dalszym, którzy robią dla mnie różne cudowne rzeczy, tak po prostu, z dobrego serca. I ku mojemu zaskoczeniu obcym ludziom też. Którzy mimo iż mnie nie znają też mi pomagają...Ewa Chodakowska zrobiła dla mnie coś miłego tak po prostu, sama od siebie. Jej zdjęcie jest już na naszej stronie BIKEandSOUL !!!! :D
Musze przyznać, że ani przez chwilę w to nie wierzyłam, tyle porażek ostatnio zaliczyłam, że postanowiłam nie robić sobie żadnych nadziei tylko działać, do skutku, bez wytchnienia, do utraty tchu!!!!
Okazało się, że TO działa!!!
Teraz mam zamówienia z całego świata, na przeróżne szalone rzeczy, dostaję piękne listy i całe wywrotki pozytywnej energii. Ręce mi drżą z ekscytacji i zmęczenia od trzymania szydła i walenia w klawisze.
Początki są trudne, to fakt. Na tą chwilę muszę być artystą-wykonawcą, zaopatrzeniowcem, kurierem, PRowecem-marketingowcem, fotografką, modelką, "dizajnerką"...nieudolnym torpedo magikiem...mam nadzieję, że wybaczacie mi niedociągnięcia? Obiecuję poprawę, dajcie mi tylko trochę czasu na naukę na własnych błędach :D
Moje życiowe motto brzmi: TO SIĘ MUSI UDAĆ, BO JA TAK CHCĘ!!!
DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM!
Tym, którzy mnie zawiedli też, dzięki Wam wiele się nauczyłam :)
PS. Specjalne podziękowania dla wszystkich, którzy namówili mnie do prowadzania bloga!!! On jest dla mnie jak osobisty terapeuta, pamiętnik, kumpel-odgromnik...
Zima zbliża się wielkimi krokami, pora więc przygotować się na jej przyjście. Z tej okazji zapraszam wszystkich moich czytelników do wzięcia udziału w KONKURSIE. Do wygrania ciepła czapa, pokrowiec na rowerowe siodełko lub buciki dla niemowlaka z mięciutkiej włóczki. Zabawa trwa do najbliższej środy (22.10) do godziny 23:59. Chwilę po północy zostaną wylosowani zwycięzcy, którzy dostaną wiadomość z prośbą o podanie adresu, pod który ma zostać wysłana paczka :)
Serdecznie zapraszam!
Zasady:
1. Polub naszą stronę BIKEandSOUL lub FunPage
2. Udostępnij wpis konkursowy i zaproś do zabawy znajomych
3. Napisz w komentarzu, który prezent od BIKEandSOUL sprawi Ci największą radochę :)
Odkąd przyjechałam do "domu" chodzę kosmicznie wzruszona, non stop "pocą mi się oczy", przytulam mamę, brata...nawet tatę ;) Jestem tak rozemocjonowana, że nie potrafię usiedzieć na tyłku. Nawet dziergając tańczę, skaczę, cała się telepię. Mam nadzieję, że gdy moje czapy, pokrowce na siodełka i inne cuda dotrą do swoich właścicieli przekażą im moją pozytywną energię :D
A jak mój Tatinek mnie rozczulił ostatnio. Zaszyłam się na kanapie i szydełkowałam, nagle słyszę że wrócił z kortów i pyta Marysię : Gdzie dzieciaki? Ręce mi zadrżały. Już nie pamiętam kiedy to ostatnio słyszałam... I znów beczę, na myśl o tym, że będę musiała wyjechać, ale póki co staram się o tym nie myśleć, więc uśmiech na twarz i cała na przód!!!
Dobrze mieć TAKIE miejsce na ziemi, do którego zawsze można wrócić, gdzie ciepło i troska czai się w każdym kącie. Jestem największą szczęściarą na świecie! Uwielbiam to mieszkanie, którego każdy milimetr jest dotknięty magiczną ręką mojej mamy, którego ściany trzęsą się gdy kicha lub śmieje się mój tata, gdzie rozbrzmiewa cudowna gitara mojego brata... nie ma piękniejszego widoku niż ktoś kto kompletnie zatracił się w muzyce, porusza palcami po strunach i staje się dźwiękiem.
Tak, to właśnie jest definicja DOMU! Każdemu życzę takiej przystani!
Zapytałam się niedawno sama siebie: Kim dla mnie jest przyjaciel?
Kimś na kim mogę polegać, kto pomoże mi niezależnie od pory dnia czy nocy. Kimś kto niczego w zamian nie oczekuje, kto kocha mnie bezinteresownie, w zdrowiu i w chorobie. Kimś komu mogę powiedzieć wszystko, bo mu ufam, wiem że mnie rozumie i nigdy nie wykorzysta tego przeciwko mnie. Kimś kto po tygodniach milczenia kontynuuje przerwaną rozmowę. To ktoś kto jest przy mnie sobą, kto wie że przyjaźń trzeba pielęgnować, że to nie tylko spotkanie zapisane w kalendarzu, że to kwiat który musi podlewać dwóch ogrodników. To ktoś, kto idąc przez życie czuje to samo co ja, a nie tylko udaje.
Przyjaciel jest kimś, kto jest czymś więcej niż moim odbiciem, kto szczerze wyznaje te same wartości. Kto mojej wrażliwości nie uznaje za słabość tylko za siłę!!! Nie porównuje się, nie punktuje, po prostu dzieli się radością i troskami, bo wie że będę u jego boku bez względu na wszystko. Kto jest za mną na dobre i na złe, i nie czuje się tą odpowiedzialnością obciążony tylko zaszczycony, bo wie, że ma wykupioną taką samą polisę.
To ktoś, kto tak jak ja wie, że życie to rozmowa, miłość, emocje, dotyk, uśmiech, łzy szczęścia i smutku, promienie słońca, krople deszczu na twarzy, 4 pory roku i jeleń na rykowisku.
Bo życie to ludzie, energia która między nimi przepływa, wszystko to czego nie widać, to co jest ukryte pod skórą, w spojrzeniach i w gestach.
Szczerze w to wierzę i już nie szukam takich ludzi.
Niezależnie od tego czy jeździsz na "kolarzówie", "składaku", "góralu", "holendrze" czy "bmxie", czy jesteś chłopakiem czy dziewczyną, czy masz dwa, dwadzieścia czy sto dwadzieścia lat, czy jeździsz po błocie, piachu, szosach, trawie, kałużach, asfalcie czy bruku jesteś wspaniałą osobą, bo pedałujesz!
Ja lubiłam kręcić odkąd pamiętam, Już jako mała dziewczynka zapuszczałam się na moim jednośladzie dużo dalej niż pozwalała mi na to mama... taki mały zbój byłam! Jako nastolatka poznałam dzięki dwóm kółkom całe moje rodzinne miasto (tu pozdrowienia dla Gliwiczan!), a później cały Śląsk.
Potem były studia, dostałam od taty Trabanta i muszę przyznać, że moje bicykle poszły na kilka lat w odstawkę. Jednak jak mawiają, "stara miłość nie rdzewieje", więc wraz z pojawieniem się w moim życiu drugiej połowy rowery zostały odkurzone i wróciły na "szosy".
Jednak największą rewolucję w tym temacie rowerowym przeszłam 1 kwietnia. Właśnie tego dnia zamieszkałam w Sztokholmie. Mieście gdzie do każdego słupa czy latarni przytulone są "welocypedy", gdzie ścieżki rowerowe ciągną się po horyzont, a na skrzyżowaniach rowerzyści tworzą korki! Od tamtego dnia podróżuję tylko na dwóch kółkach i powoli zapominam jak się zmienia biegi w samochodzie.
Zakochałam się w tych napędzanych siłą ludzkich mięśni maszynach do tego stopnia, że postanowiłam przekuć to uczucie w coś więcej, połączyć to z inną moją pasją i zobaczyć co z tego wyniknie. Tym sposobem "zaszydełkowałam" porzucony pod Parlamentem rower i założyłam stronę na facebooku- BIKEandSOUL Dzięki czemu mam kontakt z ludźmi z całego świata, którzy dzielą się ze mną swoją pozytywną energią. Ponadto jak już wielu z Was wie, otworzyłam internetowy sklep, do którego serdecznie zapraszam www.bikeandsoul.com
Tyle o mnie, a co u Was?