środa, 5 lutego 2014
Czeski film!!!
Tego jeszcze nie grali!!! Mam grupę 3 czeskich bąbli i sikam po nogach podczas naszych zajęć. Oni patrzą na mnie swoimi wielkimi ślepiami, kiwają tylko głowami, a ja pękam ze śmiechu gdy sama siebie słyszę: panimajecie? ciśniem prawa noha, kulana ugięte, poczkajcie na dole...yeah na horu!!! bez kitu, są jaja! Najważniejsze, że się w tym naszym zespole świetnie bawimy, a maluchy robią postępy!
niedziela, 2 lutego 2014
Całe życie pod górkę!!!
Oj
działo się. Burza śnieżna, która szalała całą noc dała
czadu. Całe miasteczko zasypane, nie było Włocha, który by szedł
bez łopaty, a my razem z nimi, no bo przecież też już jesteśmy
trochę Włoszki:D Zajęcia z narciarstwa oczywiście się odbyły,
ale w nieco skróconej wersji. Gdy tylko oddałam dzieci, pobiegłam
pomóc odśnieżać Stefani la macchina. Ubaw był po cyce, gadałyśmy
w każdym możliwym języku. Wytłumaczyłam jej też, dlaczego nasze
dzieciaki tak dziwnie na nią patrzą, gdy krzyczy do swoich
kursantów : curve...curvare..., a ona mi powiedziała co w ich
języku oznacza piva...
Mimo
paskudnej pogody dzień zaliczam do udanych. Udało nam się wreszcie
uzbierać pierwszą ratę za apartament i nie musimy już omijać
recepcji szerokim łukiem. Cieszymy się tym bardziej, że tamtędy
mamy najkrócej do "domu". W sumie to nam niezły numer
wycięli, najpierw zgodzili się żebyśmy zapłaciły pod koniec
pobytu, a gdy przyjechałyśmy chcieli 1500 euro z góry!!! Po
tygodniu dostałyśmy nawet nakaz eksmisji, był przyklejony do
drzwi, "przywitał" nas gdy wróciłyśmy ze stoku... całe
szczęście poleciałyśmy do Fabrizia, szefa włoskiej szkółki,
który razem z Wojtkiem, przekonał właściciela naszego
apartamentowca, żeby dał nam czas do końca stycznia i rozłożył
nam tą kwotę na raty. Teraz mamy dwa tygodnie żeby uzbierać
kolejną część. Całe życie pod górkę:P Nie martwimy się
jednak, bo mamy juz spłacone karnety i całe mnóstwo pozytywnej
energii. Kurcze, będzie dobrze, musi być!!!
Tak
z innej beczki, leżymy sobie wczoraj, oglądamy italańskie
wiadomości i nagle Karo rzuca tekst: kurcze, ale mam oponkę;( na co
ja: ciesz się że z osobówki, a nie tak jak ja z traktora:D:D:D:D
cdn...
| W oczekiwaniu na takie widoki:D |
piątek, 31 stycznia 2014
POLKI NA EMIGRACJI!
Do dzisiejszego wpisu taki oto soundtrack:
http://www.youtube.com/watch?v=y6Sxv-sUYtM
Zdominowałyśmy
całe miasteczko, Monte Bondone padło Nam do stóp! Nie ma mieszkańca, który by o Nas nie wiedział i już z daleka by Nam nie
machał!!! Ponadto w siedzibie naszej szkółki rozeszły się
wieści, że uczymy się włoskiego, więc nikt już nie zagaduje do
nas po angielsku tylko nawijają do Nas po "ichszemu".
Oczywiście niewiele z tego rozumiemy, ale z każdym dniem jest
coraz lepiej. Nie obyło się też bez językowych wpadek, między
innymi zaprosiłyśmy kolegę do łóżka, a kumpelę pod prysznic:P
Oprócz tego miałam dobry dialog z Naszą cudowną księgową: Cio
Kjara! Ona na to:Ciao Kara... no i zaczynam jej tłumaczyć, że
przecież mi chiamo Iga, a mia la amica to Karo...wtedy spadła z
krzesła, wypełzła spod biurka i zaczyna mi tłumaczyć, że "kara"
po włosku to "darling"... O tak!!! nikt nie oprze się
naszemu urokowi osobistemu!!!
Mało tego! Strasznie polubiłyśmy
Stefanię, instruktorkę snowboardu z Trento. Ona ledwo gada po
angielsku, na dodatek często używa pojedynczych zwrotów po
niemiecku, a dziś nas przywitała takim oto zdaniem: cześć! Pije
mleko, piję piwo i wino!!! dalej już pewnie wiecie co było?? Ustawiłśmy się na bibkę:D Mamy nadzieję, że jak się bliżej
poznamy zabierze Nas do jakiejś fajnej knajpki w Trento!!!
O
rany zapomniałabym o Luciano! Gość jest po 70!! a zaraża pozytywną
energią jak szalony dwudziestolatek. Jeździ po całym świecie,
uczy się polskiego, biegle mówi po angielsku...co wchodzimy do
narciarni to ma włączonego z Iphon'a jakiś program, który gada do
niego w naszym ojczystym języku, smaruje narty i powtarza: ja
jestem- I am, Ty jesteś...... szok! No i jeszcze Primo, kurcze też starszy gość, a
energetyczny wulkan, uśmiech nigdy nie schodzi z jego twarzy, a
mijając nas zawsze rzuci: "ciao ragazzi! Ti agoro buona giornata!"
Kocham Italię, do pełni szczęścia brakuje mi tylko Filipa,
strasznie za nim tęsknię. Gdyby tu był to bym chyba unosiła się
nad ziemią. Niesamowite, że można się tak przywiązać do...obcej
osoby! Kiedyś nie wiedziałam o jego istnieniu, a teraz nie
wyobrażam sobie bez niego życia, ta miłość to jednak magia.
Pocisnęłam banałem, ale inaczej nie umiem:D
AAAAAAAAAA
właśnie miałyśmy telefon od Wojtka, że po wczorajszej burzy
śnieżenej wyciągi nie ruszą do 12:00 Ale radocha, z czystym
sumieniem możemy wyczołgać się na dach i znów odśnieżać nasze
okno. Tym razem jesteśmy jeszcze lepiej przygotowane, bo
przytargałyśmy z piwnicy grabie i kolejną szczotkę, które z
kilofem tworzą zestaw idealny! Do
bojuuuuuuuuuuu!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
| Wieczorne lekcje włoskiego:D |
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Mio compleanno!!!
Ha! Ale
miałam urodziny. Nie mogłam wymarzyć sobie piękniejszych. Zaczęło
się już kilka minut po północy. Gasimy światło, wyciągamy się
na naszym małżeńskim wyrku i nagle Karo rzuca tekst: hmmmm ale
twarde te poduszki... no to ja odpowiadam: noooooooo w sumie, ale
jakoś mi to nie przeszkadza... pauza i nagle znów odzywa się Karo:
no dobra odpalaj światło, bo sobie zgnieciesz okulary... turlając
się po podłodze dopełzłam do włącznika, zaglądam pod poduchę,
a tam taki wypasiony prezent: wymarzone okularki "Ray Bany",
portfel na grubą kasiorę, kolorowa narciarska apaszka i inne
drobiazgi ulubionych firmówek:D Wycałowałyśmy się i w radosnym
uniesieniu poszłyśmy w kimkę, bo imprezkę zaplanowałyśmy
dopiero na wieczór następnego dnia:)
Rano ruszyłyśmy do pracy, chociaż ona jest tak przyjemna, że
powinnam ją nazywać "przyjepracą". Oczywiście
poczekałam na odpowiedni moment, czyli na przyjście wszystkich
najfajniejszych instruktorów i pochwaliłam się dyskretnie,
częstując wszystkich czekoladą, że dziś jest MÓJ dzień. Ale
było całowania!!! Nie zrozumiałam nic, liczyłam tylko uściski:D
Szychtę skończyłyśmy już po 14 i natychmiast skoczyłyśmy na
piwko w zaspę. Potem knajpka, i sprint do apartamentu. Tam przekąska
i oczywiście bibka na dachu z kilofem i winem. Tym razem miałyśmy
bardziej zaawansowany sprzęt, a śnieg zrzucałyśmy prosto na
przechodniów. Oczywiście gdy po kwadransie zaczął nam dzwonić
stacjonarny telefon, żadna nie chciała odebrać, bo bałyśmy się,
że ktoś się poskarżył w recepcji, że oberwał łopatą śniegu.
W końcu ja się zdecydowałam podnieść słuchawkę i okazało
się, że to tylko nasi czescy koledzy, którzy chcą się z Nami
zobaczyć ufffffffff Wieczorem pobiegłyśmy z szampanem na stok, bo
akurat tego dnia były nocne jazdy i trasy były cudnie oświetlone,
takimi dużymi kulami, podobnymi do tych papierowych lamp z Ikei.
Szalałyśmy w śniegu w rytmach disco, gdy nagle dwójka reporterów
z włoskiego radia Gamma wzięła Nas zaskoczenia i zmusiła do
udzielenia wywiadu!!!No i teraz jesteśmy sławne...chyba:P
Następnego ranka niestety nie było Nam już do śmiechu, chyba nie
muszę tłumaczyć dlaczego. Utwierdziło Nas to tylko w Naszym
postanowieniu- abstynencja jest SUPER!!!
Nadal regularnie ćwiczymy, co kilka dni biegamy po
górach, trzymamy się zaleceń dietetyków i pijemyt ohydne zioła. Zaczynamy nawet
dostrzegać niewielkie efekty naszych starań. Każdy dzień jest
walką, czasem, po całym dniu na stoku, aż chce mi się płakać,
gdy ubieram adidasy i schodzimy na dół wyciskać z siebie siódme
poty. Wiem jednak, że warto, i że nie mogę się poddać, bo zawsze
wtedy jestem nieszczęśliwa, a przecież walczę o siebie!!! Dlatego
nawet gdy nogi odmawiają posłuszeństwa, zakwasy na brzuchu
doskwierają podczas naszych wiczornych napadów śmiechu, a ręcę
ze zmęczenia wiszą bezwładnie wzdłuż ciała, krzyczę do
swojego wnętrza: JESTEŚ SILNA!!!DASZ RADĘ!!!WARTO!!!
| Nasza kolacja! |
| Salute!!! |
środa, 22 stycznia 2014
Nasze Dolomity!
wtorek, 21 stycznia 2014
Na grubie:D
Kolejny dzień za nami. Rano zaglądając przez tunel śnieżny wydrążony nad naszym jedynym! oknem oceniłyśmy pogodę, wskoczyłyśmy w sprzęt i ruszyłyśmy na stok. Słonko świeciło, sympatyczni kursanci dopisali, a szusy uwieńczyłyśmy pysznym bombardino con panna, które postawili nam przesympatyczni Polacy. Po zajęciach promowałyśmy się na stoku skręcając balony dla dzieciaków, jednocześnie opalając pyski i zdobywając serca włoskich instruktorów!!
Po szychcie skoczyłyśmy do naszego apartamentu, tego na poddaszu, tak, tak mamy też drugi! Jeszcze się nie chwaliłam, ale mamy dwa!!!Noooooo my też w to nie wierzymy:D Gdy przerażone wielkością naszej lodówki i brakiem balkonu, pobiegłyśmy do recepcji zapytać o możliwość zamiany lub jakiegoś innego rozwiązania, bo kurcze mamy jedzenie na dwa miesiące i nie mamy gdzie trzymać, w odpowiedzi dostałyśmy klucz do pokoju dwa piętra niżej, z cudownym tarasem, fajną kuchnią...no i zrobiłyśmy z niego spiżarnię, narciarnię, ski service, suszarnię i siłownię, bo właśnie tam schodzimy sobie poćwiczyć. W tym całym zamieszaniu mamy więcej szczęścia niż rozumu, rozbijamy się w dwóch super apartamentach, poznajemy świetnych ludzi i mamy na koncie pierwszą przygodę. Nie wiem czy będę potrafiła opisać nasze wyczyny, ale spróbuję. Resztę dopowiedzą zdjęcia.
Co rano wstajemy i musimy zaglądać w tą dziurę nad oknem, o której wcześniej pisałam. Wiedziałyśmy, że nadejdzie takie dzień, kiedy zacznie nas to denerwować lub nikły dopływ dziennego światła spowoduje lekkiego doła. Postanowiłyśmy do tego nie dopuścić, i dziś po powrocie do naszej gawry usunęłyśmy wszystkie rzeczy spod okna, wlazłyśmy na kaloryfer, wyczołgałyśmy się na dach i rozpoczęłyśmy patelniowo durszlakowe odśnieżanie. Po 15 minutach cała podłoga była pokryta śniegiem, a pod prysznicem zaczęło brakować nam miejsca. Oczywiście podczas naszej walki o dobry nastrój i cudowne widoki na szczyty Dolomitów turlałyśmy się po podłodze i tańczyłyśmy twista w kałużach na parkiecie:D:D:D Bawiłyśmy się jak dzieci w piaskownicy, tylko zamiast stawiać babki z piasku stawiałyśmy je ze śniegu.
Po szychcie skoczyłyśmy do naszego apartamentu, tego na poddaszu, tak, tak mamy też drugi! Jeszcze się nie chwaliłam, ale mamy dwa!!!Noooooo my też w to nie wierzymy:D Gdy przerażone wielkością naszej lodówki i brakiem balkonu, pobiegłyśmy do recepcji zapytać o możliwość zamiany lub jakiegoś innego rozwiązania, bo kurcze mamy jedzenie na dwa miesiące i nie mamy gdzie trzymać, w odpowiedzi dostałyśmy klucz do pokoju dwa piętra niżej, z cudownym tarasem, fajną kuchnią...no i zrobiłyśmy z niego spiżarnię, narciarnię, ski service, suszarnię i siłownię, bo właśnie tam schodzimy sobie poćwiczyć. W tym całym zamieszaniu mamy więcej szczęścia niż rozumu, rozbijamy się w dwóch super apartamentach, poznajemy świetnych ludzi i mamy na koncie pierwszą przygodę. Nie wiem czy będę potrafiła opisać nasze wyczyny, ale spróbuję. Resztę dopowiedzą zdjęcia.
Co rano wstajemy i musimy zaglądać w tą dziurę nad oknem, o której wcześniej pisałam. Wiedziałyśmy, że nadejdzie takie dzień, kiedy zacznie nas to denerwować lub nikły dopływ dziennego światła spowoduje lekkiego doła. Postanowiłyśmy do tego nie dopuścić, i dziś po powrocie do naszej gawry usunęłyśmy wszystkie rzeczy spod okna, wlazłyśmy na kaloryfer, wyczołgałyśmy się na dach i rozpoczęłyśmy patelniowo durszlakowe odśnieżanie. Po 15 minutach cała podłoga była pokryta śniegiem, a pod prysznicem zaczęło brakować nam miejsca. Oczywiście podczas naszej walki o dobry nastrój i cudowne widoki na szczyty Dolomitów turlałyśmy się po podłodze i tańczyłyśmy twista w kałużach na parkiecie:D:D:D Bawiłyśmy się jak dzieci w piaskownicy, tylko zamiast stawiać babki z piasku stawiałyśmy je ze śniegu.
| Widok na świat:D |
| Najnowsze zastosowanie patelni:D |
| Dziś prysznic i krioterapia! |
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Italia w tęczowych kolorach:D
Nie za bardzo wiem od czego zacząć, bo tyle się ostatnio działo. Spróbuję w telegraficznym skrócie opisać wydarzenia ostatnich tygodni, a w szczególności dni. Wracając do świąt, o których pewnie już wszyscy zapomnieli to mama oczywiście płakała jak rozpakowała prezent gwiazdkowy i przeczytała załączony do niego pledopamiętnik. Ja też całą Wigilię miałam mokre oczy, bo było tak cudownie. Niestety pyszności, poszły mi natychmiast w boczki (Sylwek poszedł w uda i dupkę:P), ale już się za to zabieram i na komórki tłuszczowe wzmożonym wysiłkiem i dietą nacieram.
Zadanie mam o tyle ułatwione, że od kilku dni jestem w słonecznej Italii, która zawsze dodaje mi skrzydeł i energetycznego kopa. Będę tu do wiosny i mam plan schudnąć tak żeby nikt mnie nie poznał! Powiem więcej to się może udać, bo raz że jestem zdeterminowana, a dwa że jestem tu z psiapsiółą i razem się motywujemy. Rano biegniemy na stok, po południu spacerujemy po miasteczku i po hotelach w poszukiwaniu klientów i rozwieszając plakaty w każdym możliwym miejscu, a wieczorami ćwiczymy, smarujemy narty i uczymy się włoskiego. Jednym słowem jesteśmy szczęśliwe i pewne, że na wszystkich płaszczyznach odniesiemy sukces... no dobra wcale nie jesteśmy takie pewne, cholernie zaryzykowałyśmy tym wyjazdem, zainwestowałyśmy kupę pieniędzy, przejechałyśmy w bardzo trudnych warunkach drogowych całą trasę do Włoch, wspięłyśmy się na tą cholerną górę, a na koniec, po 16 godzinach jazdy musiałyśmy wnieść wszystkie nasze bagaże, jedzenie na dwa miechy, sprzęt itp na cholerne poddasze!!! Przysięgam, że jak usiadłam o 23:00 to miałam ochotę się popłakać. Oczywiście tego nie zrobiłam, Karo otworzyła po piwku i obie udawałyśmy, że jest super. Oczywiście ranek przyniósł nową energię i w radosnym uniesieniu ruszyłyśmy do boju i nadal walczymy, ale już w zupełnie innych nastrojach.
Zostałyśmy przyjęte bardzo ciepło, wszyscy włoscy przystojni instruktorzy chętnie nam pomagają, a właściciele hoteli, knajpek i sklepów (no dobra w Monte Bondone jest tylko jeden sklep:P) z uśmiechem na twarzy wywieszają nasze ogłoszenia i zapewniają, że będą nas polecać. Jednym słowem to się musi udać!
Tym pozytywnym akcentem będę kończyła, bo robi się późno a my z Karo musimy jeszcze trening z "Ewcią" odpalić i zaliczyć kolejną lekcję włoskiego:)
Wysyłam w świat pozytywną energię i trzymajcie kciuki!!!
Zadanie mam o tyle ułatwione, że od kilku dni jestem w słonecznej Italii, która zawsze dodaje mi skrzydeł i energetycznego kopa. Będę tu do wiosny i mam plan schudnąć tak żeby nikt mnie nie poznał! Powiem więcej to się może udać, bo raz że jestem zdeterminowana, a dwa że jestem tu z psiapsiółą i razem się motywujemy. Rano biegniemy na stok, po południu spacerujemy po miasteczku i po hotelach w poszukiwaniu klientów i rozwieszając plakaty w każdym możliwym miejscu, a wieczorami ćwiczymy, smarujemy narty i uczymy się włoskiego. Jednym słowem jesteśmy szczęśliwe i pewne, że na wszystkich płaszczyznach odniesiemy sukces... no dobra wcale nie jesteśmy takie pewne, cholernie zaryzykowałyśmy tym wyjazdem, zainwestowałyśmy kupę pieniędzy, przejechałyśmy w bardzo trudnych warunkach drogowych całą trasę do Włoch, wspięłyśmy się na tą cholerną górę, a na koniec, po 16 godzinach jazdy musiałyśmy wnieść wszystkie nasze bagaże, jedzenie na dwa miechy, sprzęt itp na cholerne poddasze!!! Przysięgam, że jak usiadłam o 23:00 to miałam ochotę się popłakać. Oczywiście tego nie zrobiłam, Karo otworzyła po piwku i obie udawałyśmy, że jest super. Oczywiście ranek przyniósł nową energię i w radosnym uniesieniu ruszyłyśmy do boju i nadal walczymy, ale już w zupełnie innych nastrojach.
Zostałyśmy przyjęte bardzo ciepło, wszyscy włoscy przystojni instruktorzy chętnie nam pomagają, a właściciele hoteli, knajpek i sklepów (no dobra w Monte Bondone jest tylko jeden sklep:P) z uśmiechem na twarzy wywieszają nasze ogłoszenia i zapewniają, że będą nas polecać. Jednym słowem to się musi udać!
Tym pozytywnym akcentem będę kończyła, bo robi się późno a my z Karo musimy jeszcze trening z "Ewcią" odpalić i zaliczyć kolejną lekcję włoskiego:)
Wysyłam w świat pozytywną energię i trzymajcie kciuki!!!
![]() |
| Ciao!!! Tak było dziś:D:D:D |
