piątek, 6 grudnia 2013

Postne gołębie

Tak jak przypuszczałam gryczane gołąbki były pyszne, tak pyszne, jak zapowiadał to ich zapach. W związku z tym, że należy im się za to nagroda, postanowiłam je ochrzcić i nadać im nowe imię: wróbelki:D Poniżej czym prędzej zamieszczam przepis żeby każdy mógł tych rarytasów spróbować.

GRYCZANE WRÓBELKI:

potrzebujemy:
2 szklanki kaszy gryczanej
4 duże podgrzybki  lub garść suszonych (wtedy zalewamy je dzień wcześniej wrzątkiem i namaczamy)
1 duża cebula
2 jaja
garść siemienia lnianego (w ziarenkach) i otrębów pszennych
natka pietruszki
sól, pieprz, słodka papryka, curry...i co tam jeszcze lubimy
główka kapusty

sos:
 przecier pomidorowy
3-4 drobno pokrojony pomidory lub 1 puszka
2 ząbki czosnku
1 łyżka oliwy z oliwek
sól, pieprz, zioła

nasiona dyni (przypieczone na suchej patelni na złoty kolor)

Kaszę gotujemy, cebulkę drobno kroimy i podpiekamy na posmarowanej oliwką patelni, gdy się zarumieni dodajemy drobno pokrojone grzybki. Gdy kasza będzie sypka, w stylu makaronu al dente odstawiamy ją do przestygnięcia,  następnie dodajemy do niej jaja, "śmieci" (otręby i siemię), cebulkę z grzybkami, przyprawy, pietruszkę. W wolnym czasie lub po przygotowaniu farszu sparzamy kapuchę (pozbawioną wcześniej kłębu), czyli wrzucamy ją do dużego garnka pełnego wrzącej już wody, obgotowujemy i gdy zewnętrzne liście stracą jędrność ściągamy je na talerz, wtedy kapusta wraca do gara i czekamy aż kolejne liście zmiękną. Czynność tą powtarzamy do momentu aż rozbierzemy kapuchę do "majtek". Gdy mamy już gotowy farsz i liście kapusty zaczynamy zawijanie, każdego gotowego wróbla układamy w wyłożonym niepotrzebnymi nam liśćmi kapusty garnku lub naczyniu żaroodpornym, staramy się nasze "ptaszęta" układać ściśle. Całość zalewamy bulionem z dodatkiem wywaru z grzybów, o ile korzystaliśmy z suszonych lub wodą jeśli nie mamy bulionu. Tak przygotowane wróblasy wkładamy na 2h do piekarnika lub gotujemy na małym ogniu.
W między czasie robimy sosik. W rondelku podgrzewamy oliwkę, gdy będzie gorąca wrzucamy rozdrobniony czosnek, podpiekamy na złoto i dodajemy przecier, który również podsmażamy i dopiero wtedy dorzucamy pomidory. Dodajemy wody jeśli jest za gęste, przyprawiamy i zagotowujemy.

Gotowe wróbelki podajemy polane sosem i posypane nasionami:)

Smacznego!

Wróblasy:D ja posypałam całość mieszanką nasion, którą mam zawsze w pogotowiu.

środa, 4 grudnia 2013

Rozporządzenia grudniowe

 Święta coraz bliżej, wszyscy się cieszą, panuję wszechobecne poruszenie i  ekscytacja, a ja oprócz tych wszystkich uczuć jestem dodatkowo przerażona, bo czego w święta jest najwięcej?? Jedzenia! Na dodatek pysznego, pachnącego i najlepszego w całym roku. Oczywiście u mnie większość potraw jest "ulajtowiona", kapusty z grzybami są dwie, z zasmażką i taka saute ( doszłam już do takiej wprawy, że trudno rozpoznać która jest moja, a która mojej mamy), ciacha piekę dla siebie osobno, takie bez cukru, mąki i bez masła, mama zawsze kilka kawałków karpia gotuje dla mnie w warzywach, a do prezentów cała rodzina dorzuca mi egzotyczne owoce zamiast słodyczy. Jednym słowem nasze święta przez lata przeszły rewolucję, a mimo tych wszystkich starań, nie ma szans, żeby i tak każdy z Nas trochę nie przytył. Bo kto zmusi babcię do porzucenia zwyczaju wyrabiania makówek? No ja się pytam kto?? skoro każdy je kocha, a ja najbardziej!!! Kto w święta odmówi sobie kawałka tortu ukochanej mamy, która piecze go tylko raz do roku, bo już z innych okazji go nie robi, bo nie chce kusić tych co nie mogą? Kto w te piękne zimowe dni chce sobie odmawiać?? Ja na pewno NIE! Dlatego tak jak w zeszłym roku zamierzam pościć przed świętami, żeby z czystym sumieniem grzeszyć 24-26 grudnia. Dzięki temu wszystko mi będzie bardziej smakowało, mniej się zmieści do brzuszka i będę jeszcze szczęśliwsza.

Oto moje postanowienia:
1. z dniem 1 grudnia przeszłam w stan hibernacji alkoholowej w skrócie abstynencji, bez obaw tylko do Wigilii.
2. tego samego dnia odstawiłam mięsa w związku z planowaną głodówką przedświąteczną, którą chcę rozpocząć w najbliższą niedzielę i wytrzymać do...jak najdłużej się da;)
3. ustanowiłam też zakaz spożywania słodyczy pod każdą postacią do dnia 24 grudnia w mojej obecności. (za wyjątkiem mojego bezcukrowego biszkoptu, który mam zamiar upiec Filipowi na Mikołaja. Nie pytajcie czemu nie piekę zwykłego ciacha skoro to i tak dla Fifa, to chyba jasne?)
4. postanowiłam również nie zwlekać do ostatniej chwili z choinką. Zwykle pędzimy za 5 dwunasta do sklepu gdzie zostały same ogromne świerki i później nie da się normalnie poruszać po mieszkaniu, bo mamy pół lasu w salonie. Tak bardzo się tym punktem przejęłam, że od wczoraj mam drzewko na balkonie:P Oczywiście w donicy, więc na pewno w świetnej formie dotrwa do Gwiazdki, chyba że je zagłaszczę, bo jest takie śliczne.
5. obiecuję też, że już nigdy nie będę marudziła, że mój luby nie jest taki romantyczny jak faceci z komedii miłosnych, sama spróbuję być taka. Powiem więcej już zaczęłam i napisałam dla Filipa list, który zawiera 125 rzeczy, które sprawiają że kocham go najbardziej na świecie. Jak tak wyliczałam i przelewałam to na papier okazało się, że on jest bardziej romantyczny niż wszystkie te Dżosze Hartnety, Rajany Rejnoldsy i inne Koliny Firfy razem wzięte. Do prezentu dorzucę ciepły szalik, "pyszne ciacho" (cudzysłów ma zasugerować, że Filip czegoś bez cukru nie uznaje za ciasto, a na pewno nie za pyszne:P) i dużego całusa:D Takie w tym roku będą u Nasiexsów Mikołajki:D

Jeśli przyjdzie mi do głowy coś jeszcze to na pewno się z Wami podzielę:) Teraz idę zawijać moje postne gołąbki, nadziewane kaszą. Jeśli będą tak pyszne jak pachną to już jutro zamieszczę TU na nie przepis:)




czwartek, 28 listopada 2013

Fantazjuję sobie, bo TAM mogę robić co chcę!

Pewnie wiecie jak to jest bardzo mocno czegoś chcieć? Ja od niedawna też wiem i nie mam tu na myśli mojego przemożnego pragnienia bycia szczupłym człowiekiem, które uważam jednocześnie za moją zmorę i ocalenie, bo gdy tylko się go wyzbywam to natychmiast tyję, a gdy nie godzę się na taki, a nie inny wygląd mojego ciała to jestem wkurzona. Nie miałam wyjścia musiałam się zaprzyjaźnić z "chęciąBYCIAchudym" i  żyjemy sobie z  w takim pokręconym związku. Jeśli znajdę kiedyś inny sposób na pokonanie moich demonów to z przyjemnością się nim podzielę, bez obaw. Na tą chwilę gonię za innymi pragnieniami
.
Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś ze znajomych mnie niedawno zapytał: jak to jest umieć fajnie pisać? W pierwszej kolejności podziękowałam za miłe słowa, bo uznałam to pytanie za komplement. Już po chwili zastanawiałam się właściwie co to znaczy "fajnie pisać"?? Ponieważ mimo szczerych wysiłków moje dwie szare komórki nie spotkały się w czeluściach mojej czachy, odpowiedziałam rozmówcy zwięźle i na temat: nie wiem! Szybko znaleźliśmy inny przedmiot do rozmów, ale ta kwestia nie przestawała mnie nurtować. Nadal nie wiem co to właściwie znaczy, bo ja nie czuję, że "fajnie piszę". Jasne, bywają dni kiedy siadam i sama nie wiem skąd moje palce wiedzą, w które klawisze stukać, a jak później czytam taki tekst to czuję, że napisał to ktoś obcy, no bo ja to bym chyba tak nie potrafiła. Jednak przez większość czasu muszę dłużej się zastanowić zanim coś "nasmaruję" i później to poprawiam, przestawiam, kasuję, "dilejtuję"...i godzinami się zastanawiam czy jak już to przeczytacie to nie przestaniecie tu zaglądać, a kasując tego linka mrukniecie: oj wypaliła się ta Nasiex, co mi się w tym podobało?

Wybaczcie mi ten długi wstęp i tę nutkę egzaltacji, ale moje marzenie jest tak nierealne i boję się, że jak je tu zwerbalizuje to ono się rozsypie, bo jest takie kruche i nieosiągalne. Znowu robię się patetyczna, przepraszam kurde! Po prostu muszę to tu nagryzmolić: pragnę napisać książkę, ale tak cholernie bardzo bym to chciała zrobić, że aż nie potrafię zacząć. Tak się skupiam na tym żeby wymyślić jakiś ciekawy temat, zakręconą fabułę, interesujących bohaterów, że aż mi wywiało wszystko z głowy i słyszę jak wiatr hula po mym pustym czerepie. Jedyne co mi przychodzi do głowy to pisać tak jak teraz o swoich przygodach, przemyśleniach i uczuciach, spisywać każdą ciekawą myśl czy anegdotę. Tylko powiedzcie mi proszę czy to ma sens, bo ja już nie wiem?

Może jednak powinnam zostać przy blogu, skończyć z fantazjowaniem na temat bycia pisarką, która mieszka w hotelu w Nowym Jorku i w ciepły piątkowy wieczór do jej drzwi dobija się Mr Smith, naczelny redaktor jakiegoś szalenie popularnego wydawnictwa. Elegancki gość wścieka się szarpiąc za klamkę i wykrzykuje, że nie dostał mojego maszynopisu i mnie zwalnia! Gdy w końcu wywarza drzwi, wpada do pokoju i znajduje mnie siedzącą na łóżku, zawinięta w patchworkowy pled z butelką whisky pod pachą i mamroczącą przez sen: potrzebuję jeszcze tydzień żeby skończyć kolejną powieść, bo moja wena poszła na spacer do Central Parku. Rano wena wraca, ja wyskakuje z rozciągniętego kardigana, kończę powieść i ona staje się bestsellerem:D:D:D
Miło jest pomarzyć...


 
Pierwszy egzemplarz...



Moja powieść dociera do Azji...















I nawet psy ją kupują?

środa, 20 listopada 2013

Burakowe love

No i znów przyszła jesień i w moim kochanym warzywniaku królują pachnące buraczki i jędrny szpinak. W związku z tym, właśnie te warzywa goszczą na naszym stole prawie codziennie. Nie pytajcie jak to znosi Filip, bo już przestał nawet komentować moje kuchenne wariacje. Zjada co mu nałożę, wyciera buzię, a kilka minut później pałaszuje kromale z majonezem i serem żółtym.
Dziś nie będę rozpisywała się na temat moich ostatnich przeżyć, bo działo się tak wiele, że muszę najpierw usiąść i się zastanowić od czego zacząć, obiecuję, że to zrobię w najbliższym czasie, gdzieś między burakiem i szpinakiem i podzielę się z Wami moimi przygodami.
Dziś moją misją jest rozkochanie Was w buraczkach:D Zamieszczę prosty przepis na przystawkę z "bordowym prostakiem" w roli głównej, a następnym razem na zieloną zupę, gdzie ten sam aktor zagra rolę drugoplanową. Dziś nie zdążę opisać obu, bo jakiś niedźwiedź warczy z gawry, żeby wyłączyć tą elektronikę, zgasić światło i iść w kimę;)

Carpaccio z buraka

0,5kg buraków
paczka ruccoli lub roszponki
pół szklanki orzechów i nasion (np taki mix: orzechy włoskie, nasiona słonecznika i pestki dyni)
parmezan
sól, pieprz, cytryna
2-3 łyżki oliwy z oliwek 

Buraki obieramy, myjemy, układamy w naczyniu żaroodpornym, oprószamy solą i skrapiamy oliwą. Po tych kilku zabiegach wkładamy je na 1,5h-2h do piekarnika nastawionego na 200 stopni, grzanie góra i dół. W między czasie oglądamy film i łupiemy orzechy, które później wraz z nasionami prażymy na suchej patelni.
Myjemy ruccole/roszponkę, która zanim dojdą buraczki obeschnie trochę na durszlaku, a my w tym czasie wyciskamy do kubka sok z połowy cytryny, dodajemy oliwę, sól i pieprz, mieszamy i mamy gotowy sosik sałatkowy. Gdy wszystkie składniki są już gotowe, na talerzu rzucamy dużą ilość zieleniny, na to układamy buraki pokrojone w plastry ( nie muszą być cienkie, każdy wedle uznania, ja np lubię takie grubaski), posypujemy wszystko mieszanko nasion i orzechów, polewamy sosikiem i na samą górę ścieramy odrobinę parmezanu...mniam Obiecuję, że nie pożałujecie:D


 
Carpaccio burakowe:D







wtorek, 22 października 2013

Warzywne reggae

No i znów się nie udało, nie wiem jak niektórzy to robią i nie jedzą ponad dwa tygodnie?! O tych "hardkorowcach" którzy wytrzymują o samej wodzie miesiąc już nie wspomnę. Ja nawet do 10 dni nie dotrwałam. Znów wymiękłam podczas 9 doby. Na pocieszenie powiem, że nie poddałam się zupełnie, po prostu płynnie przeszłam na głodówkę warzywną, czyli jem tylko produkty z tej grupy spożywczej i mam nadzieję, wytrwać w tym postanowieniu co najmniej dwa tygodnie. Pewnie co poniektórzy z Was już współczują mojemu biednemu partnerowi, ale bez obaw, wyjechał i tam gdzie jest z głodu na pewno nie umrze:) Zresztą tym razem naprawdę nie miał powodów do narzekań. No może za wyjątkiem pierwszych trzech dni, gdy byłam wściekła, wręcz zrozpaczona rozłąką z jedzeniem co objawiało się wrogością, agresją, aktami przemocy, wyzwiskami, płaczem i takimi tam jeszcze drobiazgami. Za to natychmiast gdy "jedzeniowe delirium tremens" ustało zaczęłam wynagradzać mu te złośliwości pysznymi obiadami. Pierwszy raz gotowałam podczas głodówki, nie wiem jak to zniosłam, ale się udało, a Filip pierwszy raz nie schudł razem ze mną:P
Korzystając z okazji, chciałam uspokoić wszystkich, których niepokoją moje głodówki. Podczas wizyty u mojej genialnej pani endokrynolog przyznałam się do moich postów. Pewnie niektórzy z Was nie uwierzą, ale pani doktor nie miała nic przeciwko, uważa że to bardzo zdrowe, chociaż podkreśliła, że z punktu fizjologicznego lepiej całkowicie nie pozbawiać pracy jelit, szczególnie przy tak fatalnym metabolizmie jak mój. Poradziła mi żebym miksowała warzywa z jakimś owocem i wypijała je w formie takiego gęstego koktajlu, który podtrzyma pracę jelit podczas postu. Dla zainteresowanych, a wiem że są tacy;) dostałam też tablety na tarczycę, która ma jakieś tam dziwne twory w sobie, guzy, torbiele, jamochłony i inne. Lek ten ułatwi mi trochę odchudzanie, co ma pomóc w wyjaśnieniu poziomu testosteronu w moim organizmie. Mam go tyle, że mogłabym obdzielić nim ze trzech chłopów i byliby bardziej męscy od Rambo. W każdym razie jeśli wraz z sadłem, którego mam się pozbyć spadnie poziom tego mało kobiecego hormonu, to znaczy, że był to testosteron związany z tłuszczem, ale jeśli jego poziom nie spadnie mimo spadku masy mojego ciała to będę musiała się położyć i się badać, bo potwierdzi to nieprawidłową pracę nadnerczy. To tak w telegraficznym skrócie. Oczywiście nie zostałam odesłana tylko z receptą, już po chwili siedziałam w gabinecie pani dietetyk, która też zachwalała głodówki i sama podsunęła mi tą warzywną, z której mogłam zrezygnować ze względu na mój trwający już post, ale stwierdziłam, że dla lepszego efektu połączę obie i zobaczymy co się będzie działo:P Jak zacznie mi się pojawiać trzecie oko na środku czoła albo drugi kciuk to natychmiast dam znać:)
A tak z innej beczki to po miesiącu nerwowego biegania do skrzynki pocztowej, wreszcie przyszła moja długo oczekiwana paczuszka, a w niej mój "wypocony" medal. Ośrodek Sportu w Bytomiu dotrzymał słowa i dostarczył mi moją nagrodę. Lepiej późno niż wcale:D


Nareszcie!!!

środa, 16 października 2013

Powrót Jedi i Superbohater!

Jednym słowem jest moc. Pierwszy raz przechodzę to moje głodowanie tak jak to opisują w mojej książce.  Jedzenie 3 dnia w zasadzie przestało mnie interesować, tym razem nie żułam przez sen poduszki, ani nie podgryzałam w nocy Filipa, nie miałam też ochoty zniknąć z powierzchni ziemi, ani wyrywać drugiego śniadania dzieciom na ulicy. Dolegliwości fizyczne typu ból głowy czy uczucie zimna też minęły szybko. Tylko jedno się nie zgadza. Jak myślę o tym co bym zjadła jak już skończę głodowanie, czyli za jakieś dwa tygodnie, to wcale nie mam ochoty na tą moją zdrową kuchnię. Mam smaka na hamburgera, frytki, pizze, kiełbachę, hot doga, karczek...a podobno ma mnie od takich rzeczy odrzucać. Mam jednak nadzieję, że mi przejdzie, bo chciałam zaprowadzić pewne zmiany w moim odżywianiu. Myślałam, że już niewiele mogę zmodyfikować, ale doszłam do wniosku, że muszę popracować nad tymi 5 posiłkami dziennie, bo co z tego że jem lekko i zdrowo, skoro tylko dwa razy w ciągu dnia i duże porcje. To niestety jeszcze bardziej spowalnia metabolizm, bo układ pokarmowy się "wyłącza" podczas długich przerw, a gdy go stymulujemy częściej to cały czas jest na wysokich obrotach i nie trzeba go "rozkręcać". To tak w skrócie dla tych co nie wiedzą;)

W związku z tym, że wczoraj August Jakubik, dobiegł do Watykanu, przebiegając tym samym 1590km w ciągu 23 dni, chciałam na łamach mojego skromnego bloga się tym Człowiekiem pozachwycać. Dla jasności to wychodzi prawie 70km dziennie!!! Czy Wy to rozumiecie??!! Bo mnie się to w głowie nie mieści, chociaż uważam się za osobę o szerokich horyzontach. Podobno superbohaterowie są tylko w filmach i komiksach, a tu proszę jeden wyskoczył z ekranu i zasuwa po Europie. Polak...Nadczłowiek...no po prostu nie wierzę. Ja rozumiem, że można przebiec maraton i to już jest wyczyn, zrozumiem jeszcze, że można brać udział w biegach 24godzinnych, 48godzinnych i nie umrzeć, gdzieś jeszcze w mojej głowie się zmieści 100km ciurkiem, 200km też ogarnę, ale 1590km??!!! To już przekracza możliwości mojego mózgu!! August coś Ty jadł jak byłeś mały? Dzięki takim ludziom, którzy przekraczają możliwości ludzkiego organizmu, aż chce się żyć i łamać swoje ograniczenia. Dziękuję Trenerze, Mistrzu, Mentorze.



poniedziałek, 14 października 2013

Ich habe Hunger, w wolnym tłumaczeniu armagedon:D

Ha! Pewnie myśleliście, że już sobie odpuściłam to głodowanie. A tu niespodzianka, nie jadłam niczego już cztery doby i tym razem wytrzymam jeszcze dłużej niż ostatnio. Skąd ta pewność? Bo jestem wściekła i ta złość doda mi sił! Naprawdę jestem "wpieniona" do kwadratu, ale tak bardzo, że aż dziw bierze, że moje komórki tłuszczowe same nie pouciekały, albo przynajmniej się nie pokurczyły ze strachu. A co taką spokojną obywatelkę tak wkurzyło? A to, że całe wakacje się katowała, jadła tylko śniadania (żeby nie skłamać to przyznaję, że gdy do drugiego dania były surówki moje przyjaciółki przynosiły mi je do pokoju lub na pomost, gdzie chowałam się w porze obiadu i wsuwałam je z radością) co drugi dzień biegała, codziennie prowadziła zajęcia dla dzieci od 9 do zmierzchu, wieczorami piła tylko wino i to sporadycznie, czasem coś podjadała ale kurde natychmiast starała się to wybiegać, wyćwiczyć, wypływać, wytenisować, wyrowerować, wyskakać....no po prostu stawałam na głowie żeby schudnąć i NIC!!! W ramach "promocji wakacyjnej" jeszcze przytyłam. Normalnie miałam ochotę wybuchnąć, byłam tak sfrustrowana, że już sama nie wiedziałam co ze sobą zrobić.
Jak zwykle na ratunek znów ruszyli moi rodzice. Moja Mama nie mogła zrozumieć jak moje ciało mogło nie schudnąć?! Podczas gdy się tak "dziwowała" oczywiście zauważyła jaka jestem zmęczona i zdesperowana. Co Ją jako dobrą ( a w zasadzie Najlepszą ) Mamę zmartwiło i czym prędzej podzieliła się swoimi troskami ze swym małżonkiem aka moim Tatinkiem. W wyniku czego okazało się, że mój tata poznał jakiś czas temu światowej sławy panią doktor endokrynologii i jest z nią w kontakcie, bo pomaga jej zakończyć budowę jej kliniki. Dalej poszło już szybko. Filip wyjechał na delegację, ja wpadłam do rodziców na noc, tata przycisnął "mnie kolankiem", zawiózł do kliniki i się zaczęło. Najpierw przemiła pani dietetyk zaciągnęła mnie za włosy na badanie składu ciała. Wtedy też mój Tatinek mnie rozczulił, bo jak ja byłam wleczona do gabinetu on rzucił zanim zamknęły się drzwi: "oj ale się pani zdziwi, Ona (że ja) tylko tak wygląda, to góra mięśni jest". Wtedy pomyślałam: "taaaaaa no na bank, gdybym miała tyle mięśni to nie miałabym problemów z przemianą materii, chyba tylko on w to jeszcze wierzy". Szybko jednak okazało się, że mój rodziciel miał rację, a ja w tym całym zamieszaniu sama już zwątpiłam w siebie.
No ale wracając do sedna sprawy, drzwi gabinetu się zamknęły, stanęłam na magicznej maszynie i odpowiedziałam na kilka pytań. Problem był tylko przy ostatnim: "wpisujemy że jest pani sportowcem czy  nie??" Pytając pani dietetyk już miała palec na przycisku NIE. Nie zwracając na to uwagi nieśmiało odpowiedziałam, że raczej jestem typem sportowca. Babeczka spojrzała na mnie i odparła: hmmm ale to musi pani trenować co najmniej 3 razy w tygodniu...?? Ja: biegam tak 3-4 razy w tygodniu, ale jeśli liczyć rower w weekendy, tenis, basen....no to tak 5 razy w tygodniu to zawsze trenuję. Ona (nadal nie zdradzając niedowierzania): no tak ale te treningi musiałyby trwać tak półtorej godziny... Ja: czasem trwają półtorej godziny, często dłużej, czasem godzinę jak jestem przetrenowana... Ona (nie chcąc mnie urazić): no dobrze, wpiszmy typ sportowy... Po chwili z maszyny wyskakuje wydruk. Pani dietetyk przygląda mu się bacznie, dłuższą chwilę nic nie mówi, aż wreszcie się odzywa: "to może usiądźmy...". Ręce mi się pocą, jestem okrutnie zdenerwowana, a ona milczy. Wreszcie patrzy na mnie, kładzie przede mną wydruk i zaczyna tłumaczyć: "pani Igo ma pani zdumiewającą ilość tkanki mięśniowej, rzadko się z taką spotykam, przy tak pięknym wyniku ma pani metabolizm chorej osoby, czego jeszcze w zasadzie nigdy nie widziałam. Nie ma panie w ogóle złego tłuszczu, tylko ten podskórny, kości są pięknie zmineralizowane, BMI wysokie, ale mocno podbija je te 62 kg mięśni...koniecznie musimy pokazać to pani doktor, to jest niemożliwe, że przy takiej muskulaturze jest taki fatalny metabolizm...zresztą wejdę z panią, bo to jest niesamowite, sama to muszę pokazać".
Z niecierpliwością czekam na swoją kolej pod drzwiami mojej ostatniej deski ratunku. Wreszcie wchodzę. Opiszę to wydarzenie w telegraficznym skrócie: tarczyca-USG- piękny rozmiar narządu- torbiele na obu płatach- niezwykle umięśniona (zwykle tam nikt za wiele mięśni nie ma:P)- jeszcze panią osłucham- paseczek włosów na brzuchu- gdzie jeszcze jest ich więcej?-proszę się ubrać-skierowanie na badania- jeszcze więcej skierowań na badania-  bądźmy w kontakcie, czekam na maila z wynikami, pani Igo głowa do góry, zajmiemy się tym. Później się kułam, kułam i kułam, z wyników nic nie kumam oprócz notki na końcu: wskazana pilna kontrola u lekarza. Zeskanowałam, wysłałam i teraz czekam na odpowiedź pani doktor, która w międzyczasie poleciała gdzieś za ocean, ale mam nadzieję, że wróci i coś poradzi, bo ja się poddaję.
STOP! Nagle jakiś głos w mojej głowie krzyknął: Nie można tak bezczynnie czekać!! Pofolgowałam sobie w nagrodę za to upuszczanie krwi, przez trzy dni jadłam wszystko na co miałam ochotę,a potem sama nie wiem skąd wytrzasnęłam siłę na kolejną głodówkę. Zmobilizowałam się tylko dlatego, że nadchodzi jesień, a ja nadal nie zapinam się w moje piękne płaszcze, a kupując je obiecywałam sobie, że do nich schudnę. I tak też się stanie!
Uciekam, bo słyszę, że Filip kończy jeść grzanki i może zostanie jakiś ketchup na talerzu do wylizania:D:D:D