środa, 9 kwietnia 2014

Jesienna słota, dup! i wiosną wpadłam do błota:D

Pewnie dla niektórych to co teraz napiszę będzie oczywiste, dla mnie też by było, gdybym nie siedziała w miejscu w którym siedzę i nadal patrzyłabym na wszystko z większym dystansem, a już z pewnością byłabym zdystansowana do podziału doby w Skandynawii.
Podczas wertowania przewodnika po Sztokholmie natknęłam się na tabele, które zawierały między innymi ilość godzin, w których słońce jest na niebie w danym miesiącu, w skrócie ile trwa dzień. Przysięgam, że zdawałam sobie sprawę, że noce zimą są tutaj długie, ale kurde żeby aż tak!!! W styczniu słońce wschodzi na mniej niż 2h!!! to już lepiej brzmi w minutach, np dziś słońce pojawi się na 110minut...NIE! Minuty jednak niczego nie zmieniają, to nadal jest makabrycznie mało. Co za kraj??!! Nie dość, że zimno tu jak szlag, nawet teraz tego doświadczam- ludzie w parkach opalają się w rękawiczkach i szalikach, alkohol jest tu droższy niż mięso, a mięso jest droższe od kawioru! To na domiar złego zimą w zasadzie mają ciągle noc, a zima trwa tutaj 3/4 roku:P Czy to jakaś spirala nienawiści??!!
Dobra! Żarty na bok! Kto by się tym martwił, przecież my przybyliśmy do tego pokręconego kraju w najpiękniejszym możliwym okresie. Przed nami wiosna, która miejmy nadzieję najpóźniej w maju przyniesie zieleń i kilka stopni więcej, mnóstwo imprez sportowych i artystycznych, wakacje, rejsy statkami...będzie cudownie:D Chciałam też wziąć udział w Sztokholmskim maratonie, ale zapisy skończyły się 31 kwietnia! Nie, nie pomyliłam się, chodzi o zeszły rok! Trudno może mi się uda za rok...czyli właśnie powinnam się rejestrować. Może jednak się wstrzymam, bo co jeśli nie przetrwam zimy?? Jeśli zamarznę gdzieś w pogoni za królikami?? Cóż, sama nie wiem, Ja stworzenie Toskanio-lubne w kraju, o którym słońce na pół roku zapomina...WITAJ PRZYGODO!
Jedyne co mnie pociesza to moje zamiłowanie do śniegu, nareszcie będę mogła wyżyć się na biegówkach, które w tym roku ani razu nie opuściły komórki, bo jak wyjeżdżałam do Włoch było jeszcze zielono, a jak wróciłam było już zielono. Chciałam je oczywiście zabrać ze sobą, ale się nie zmieściły;(  Nic to, nie panikuję na zapas, trzeba się cieszyć tu i teraz, i ładować baterie. A w ogóle to się powinnam cieszyć, bo mi w tym roku nie grozi wbijanie się w strój kąpielowy:P Jednak wyłazi ze mnie optymistka, ja mam zawsze szklankę do połowy pełną, a bikini w szafie w 3 rozmiarach:D

Przynajmniej TO mi w tym roku nie grozi:P

niedziela, 6 kwietnia 2014

Pierwsze króliki za płoty!

Pierwszy tydzień za nami! Moje poszukiwania pracy nadal trwają, Filip powoli oswaja się z nową sytuacją, poznajemy miasto i chyba pomału zaczyna do Nas docierać co się właściwie wydarzyło. Wreszcie na samą myśl o tym gdzie jestem, przestały uginać się pode mną kolana...teraz już tylko mam gęsią skórkę. Nadal coś mnie lekko gniecie w klatce piersiowej, gdy sobie przypominam, że najbliższe mi osoby są tak daleko, i że w najbliższym czasie ich nie zobaczę, ale nauczyłam się już kontrolować oddech i przestałam się dusić. Staram się też nie przywiązywać do tej dzielnicy, chociaż bardzo mi się tu podoba, bo za dwa tygodnie czeka nas kolejna przeprowadzka. Całe szczęście ostatnia w najbliższym półroczu, a dalej w przyszłość i tak staram się nie wybiegać.
Właściwie to kłamałam, bo już się "zaprzyjaźniłam" z tą okolicą. No bo jak się nie zakochać w pięknej kamienicy, stojącej wśród równie cudownych "koleżanek", dumnie prezentujących się na ulicy, której drugi koniec wpada do samego centrum tętniącego życiem starego miasta. Jak nie lubić tych starych krętych schodów, wyślizganych od ilości stóp, które się po nich wspięły, ciasnej windy, rodem ze starych francuskich filmów, balkonu wychodzącego na przytulne podwórze i wreszcie cudownie urządzonego wnętrza naszego mieszkania?? Gdyby tego było mało to zaledwie 5 minut od naszego lokum znajduje się genialny park. Jeden z największych w tym mieście, ze świetną trasą biegową dookoła jeziora Brunnsviken. Wystarczy się tam wybrać, żeby poczuć się jak na wakacjach. Po alejkach zasuwają króliki, w trzcinach brodzą czaple siwe, na rozległych, równo skoszonych trawnikach pasą się bernikle kanadyjskie, a na płocie okalającym letniskową rezydencję monarchy, dostojnie siedzi i spogląda na przechodniów Rybołów. No ja Was proszę!!!



Hagaparken spodobał mi się tak bardzo, że musiałam wyciągnąć do niego Filipa na... jogging. Jeszcze butów do biegania nie zdążyłam zasznurować, a mój luby, który ostatnio jakby nauczył się czytać w moich myślach, rzucił z kuchnii: no i pewnie chcesz kochanie obiec to jezioro?? Nieśmiało szepnęłam, że tak. Myślałam, że przyznając się do mojego niecnego planu stracę kompana, ale tak się nie stało. Filip podjął wyzwanie i kilka minut później śmigaliśmy po ścieżkach wzdłuż Brunnsviken. Skubaniec dotrzymał mi kroku i przebiegliśmy ramie w ramię ponad 14km. Zajęło nam to trochę, bo 90minut, ale dzięki temu niedzielę możemy zaliczyć do udanych. Nie wspomnę już jak nam obiad smakował.




wtorek, 1 kwietnia 2014

Pierwsze potknięcia.

Jako, że w ostatnim opublikowanym poście się "asiłam" i chwaliłam to teraz będę marudziła. A co?! Nie wolno??!! Każdy może się smucić, nawet w Sztokholmie. Do wczorajszego ranka jakoś się trzymałam, ale gdy po południu znalazłam za szybą mandat to złapałam doła. Kurde nie dość, że cały dzień siedziałam w samochodzie, bo mieszkanie miało być otwarte o 12:00 ale ktoś się pomylił i otworzył je dopiero o 15:00...a Filip musiał jednak jechać do pracy, bo facet, który miał go wprowadzić w projekt wziął urlop i wczoraj był ostatni dzień w firmie. No i musiałam siedzieć w "mondku" pod naszą kamienicą i pilnować naszych gratów. Dwa razy zaczepiałam straż miejską widząc, że mnie spisują, grzecznie wyjaśniałam sytuację, a oni zamiast mi powiedzieć, że chodzi im o bilet parkingowy, to mi coś "cedzili" o tym, że stoję 7 metrów od pasów, a trzeba 10! W końcu się wkurzyłam i przestawiłam samochód. Robiąc rundkę w poszukiwaniu lepszego miejsca znalazłam market, do którego oczywiście podreptałam gdy tylko bezpiecznie zaparkowałam auto. No i nawet na głupich zakupach musiałam się zdenerwować, bo gdy chciałam zapłacić kartą to wyskakiwał komunikat, że nie mam wystarczających środków...a wiedziałam, że mam...nieśmiało zagadnęłam kasjera, że mam euro i chciałam dopytać gdzie jest kantor, ale on się szybko uśmiechnął i podał mi cenę zakupów w eurasach:D:D:D Ufff nie wiem jak w innych sklepach, ale w Coopie można płacić w obu walutach. Zabrałam "obiad" i wróciłam do fury. Jako, że tutaj nadal jest zimno, w szczególności jak się siedzi w aucie, to zakutałam się w płaszcz i koce, i przycięłam komara. Jak się obudziłam to jakieś żółte badziewie powiewało za wycieraczką. Nadal jakoś się trzymałam, no bo co miałam zrobić?  ale jak wrócił Filip i zarzucił mi, że dałam sobie wlepić mandat to się poryczałam. Nie dość, że jestem skołowana tą całą nową sytuacją, hotele, mieszkania, pozwolenia na pobyt, szukanie pracy, nawet zakupy w sklepie mnie przerażają, bo nie dość, że wszystko ma jakieś dziwne nazwy to jeszcze ceny są kosmiczne, to na dodatek po całym dniu w aucie usłyszałam, że dałam ciała, bo mi mandat wlepili. Szkoda tylko, że kierowca zapomniał biletu parkingowego kupić, albo chociaż mi koron zostawić żebym mogła to zrobić!!!W napadzie złości chciałam spuścić obiad w toalecie, ale jak sobie przypomniałam ile mnie kosztował nerwów i kasy to nałożyłam go nam na talerze, daliśmy sobie po całusie i wszamaliśmy pierwszą szwedzką strawę czyli spaghetti:P






niedziela, 30 marca 2014

Euro trip 2014

Wróciłam...ale już wyjechałam...ostatnie tygodnie były tak zakręcone, że naprawdę nie wiem jak to opisać żeby się nie pogubić. Najłatwiej będzie zacząć w miejscu gdzie skończyłam. Czyli we Włoszech, w moich ukochanych Dolomitach. Pod koniec pobytu dojechał do Nas Filip i spędziliśmy najpiękniejszy tydzień "ever". Pogoda była genialna, a warunki na trasach świetne. Ja miałam codziennie tylko kilka lekcji, na dodatek takich wykupionych z góry na cały tydzień, więc nie musiałam wieczorami biegać i szukać klientów. Zamiast tego włóczyliśmy się po knajpach...po tych 5 knajpach w Monte B. Oczywiście ja uwielbiam miejsca gdzie wszyscy się znają, dlatego kocham tą górską pipidówkę.
Nie mogłam też nie zabrać Filipa na wschód słońca na Pallon. Pożyczyłam rakiety i wyruszyliśmy o świecie na szczyt M.Bondone. Tym razem było dużo ciężej się tam wdrapać, bo oprócz ogólnego zmęczenia, w szczególności mojego ciała,  trafiło nam się takie wietrzysko, że momentami nie byliśmy w stanie oddychać. Jednak było warto! Zaraz po tym jak dotarliśmy na miejsce, słońce zaczęło pojawiać się na horyzoncie, a Filip wręczył mi spóźniony prezent na urodziny... najpiękniejszy prezent jaki mogłam sobie wymarzyć.

O świcie na szczycie II vel Jeszcze we Włoszech...
W radosnym uniesieniu zeszliśmy na dół i świętowaliśmy do samego wieczora, a właściwie do późnych godzin nocnych, bo to był czwartek, a właśnie w czwartki są nocne jady, których nie mogliśmy odpuścić!!! Karolina dołożyła wszelkich starań żeby uświetnić ten dzień, uwierzcie mi na słowo, że dobra jest w te klocki, pożyczyła nawet kamerę i mamy pamiątkowe filmiki, na których oprócz szaleństw na śniegu uwiecznione zostały szaleństwa w barze. Trzeźwości nie udało się utrzymać, bo gdzie się nie ruszyliśmy stawiano nam drinki, pizze i inne łakocie. Jednym słowem to był piękny dzień...06.03.2014...TAK...takich dni może być więcej:D
Niestety kiedyś trzeba było spakować manatki, wsadzić w auto zadki i wrócić do Polski. Jak się szybko okazało nie na długo. Filip wreszcie dostał wiadomość, na którą czekaliśmy już od dawna: "1 kwietnie zaczyna pan pracę w Sztokholmie". Kilka dni później dostaliśmy bilety na prom, zdjęcia naszego mieszkania i zaczęły się szalone przygotowania.
Pakowanie się było istnym koszmarem, wywiezienie wszystkich rzeczy jeszcze większym, podzielenie wszystkiego na kategorie, czyli to co chcemy zabrać ze sobą, co przewiezie nam firma transportowa, które graty zostawiamy u mojej babci, a które u Filipa i jeszcze co wyrzucić??!! Do tego pozamykanie wszystkich niedokończonych spraw, pożegnania, zakupy...Gdy wczoraj o 4 nad ranem pakowaliśmy auto myślałam, że jakoś to wszystko przeszłam, tak w miarę bezboleśnie, ale gdy o 5:30 Filip znosił ostatnie rzeczy i przy koszu z pierdołami, rzucił pytanie: a te dwa talerze są jakieś wyjątkowe, że muszą jechać z Nami?? to się rozpadłam na milion kawałków. Krzyknęłam, że zostawiłam już tyle ukochanych rzeczy, że więcej nie dam rady, że te talerze wcale nie są wyjątkowe, ale że ja lubię z nich jeść, bo na tym dużym, który zawsze dostaje Filip, to się tyle mieści i jest rancik, dzięki czemu nic nie spada, a na tym małym który jest mój nie da się zbyt dużo pomieścić, ale wygląda jakby była cała masa jedzenia i zawsze wydaje mi się dzięki temu, że też zjadłam dużo...jak już to wszystko powiedziałam to usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Filip mnie przytulił, zaczął głaskać po głowie i szepnął, że damy radę i że weźmiemy te talerze...po chwili doszłam do siebie, bo wiedziałam, że nie mamy czasu na rozklejanie się, stwierdziłam, że wyryczę się w samochodzie, a teraz trzeba się sprężać. No i jakimś cudem o 7 siedzieliśmy już w aucie. Oczywiście nie zmieściło się wszystko i nadal ściska mnie w gardle na myśl o tych rzeczach, które musiałam porzucić...dobrze, że wszystko działo się tak szybko inaczej pewnie zabrałabym wszystko i musiałabym jechać z tym na kolanach:P
...chwilę w Polsce..

Do Gdańska dojechaliśmy bez problemów, jaja się zaczęły jak dojechaliśmy do Portu Północnego, z którego miał wypłynąć nasz prom. Wszędzie pusto, żywego ducha nie widać, wreszcie gdy wypatrzyłam faceta to okazało się, że nie jest zbyt kumaty, ale wiedział przynajmniej, że w okolicy nie ma ulicy Przemysłowej!!! Jako że mięliśmy półtorej godziny zapasu to wróciliśmy do ostatniego ronda, na którym były jakieś znaki, niestety niczego to nie zmieniło, oprócz tego, że straciliśmy pół godziny. Zaryzykowaliśmy po raz kolejny i wybraliśmy kolejną drogę, która niestety wywiozła nas na manowce. W panice, gdy tylko zobaczyłam samochód jadący z naprzeciwka, kazałam się Filipowi zatrzymać i wyskoczyłam na środek szosy. Ludzie, których "napadłam" byli przemili, wpisali w nawigację szukany przez Nas adres, okazało się, że to zupełnie inna część miasta. Widząc przerażanie w naszych oczach zaproponowali, żebyśmy jechali za nimi, zaprowadzą Nas gdzie trzeba. Noooooooooo to był kawał drogi, ciężko byłoby nam trafić, zwłaszcza w takim stresie...ale najważniejsze, że się udało:) Później poszło już z górki. Wjechaliśmy na prom, kupiliśmy na pokładzie wino, zaszyliśmy się w kabinie, z której podziwialiśmy zachód słońca, a po 20:00 zasnęliśmy kołysani przez fale.
...już w Szwecji.


Później już tylko przybiliśmy do brzegu, gdzie przywitała Nas tęcza, przejechaliśmy 60km do Sztokholmu, zameldowaliśmy się w Marriocie!!! Tak, tak, nie pomyliłam się, kolejna niespodzianka, mój Filip zarezerwował nam nocleg w Marriocie, bo nasze mieszkanie jest wolne dopiero od jutra. Byliśmy już na spacerze w starym mieście, widziałam już ratusz, wieżę widokową i miasto z jej szczytu, kilka rzeczy których nazw nie zapamiętałam, a w drodze powrotnej gdy powłócząc nogami nieśmiało wymamrotałam, że jestem zmęczona mój luby wyciągnął kartę do metra i wróciliśmy tym środkiem transportu pod sam hotel.
No! A teraz piszę do Was, leżąc na najmiększych i najbardziej dopasowujących się do głowy poduszkach jakie w życiu widziałam. Jutro kolejny szalony dzień, więc trzymajcie mocno kciuki, bo ja jeszcze nie do końca wierzę, że tu jestem.

PS. Za błędy przepraszam, ale jestem trochę skołowana, jutro lub za kilka dni wprowadzę poprawki;)

sobota, 1 marca 2014

Tydzień pełen zwrotów akcji!

W zasadzie nie wiem co napisać, bo ostatnich tygodni po prostu nie da się opisać słowami. Mimo choroby, która mnie dopadła w najcięższym tygodniu, świńskiego numeru, który wycięli mi Polacy, potu lejącego się po plecach, ciągłej walki z kilogramami, mimo tego wszystkiego nie ma dnia żeby na naszym przytulnym poddaszu nie padły słowa: jest mi cholernie dobrze, czy nie mogłoby tak być już zawsze?? A jutro, jak jeszcze dojedzie Filip to już chyba mnie rozsadzi. W jednej osobie nie da się zmieścić tyle radości!
Humoru nie zepsuła mi nawet okropna rodzina polaków, którzy chcieli odjechać nie płacąc za szkolenie swoich dzieci. Dawno nikt mnie tak nie wyprowadził z równowagi. Mieszkali drzwi w drzwi, więc gdy udało Nam się zorganizować grupy , podeszłam do nich i zaproponowałam szkolenie, nawet załatwiłam im fajną cenę, bo chcieli tylko na trzy dni zapisać dwójkę szkrabów do mojej grupy, a nie bardzo byli przy forsie. Szybko tego pożałowałam. Nie dość, że dzieciaki do łatwych nie należały, to do ostatniej chwili tylko oni nie uregulowali płatności. W biurze obiecałam, że to załatwię, chociaż nie znoszę takich sytuacji. Słowo się rzekło, pukam wieczorem do sąsiadów i nieśmiało zagaduję: "po pierwsze jak tam dzieciaki, bo widziałam, Wasz rodzinny zjazd? Wszyscy cali?? bla bla bla kurcze i jeszcze taka sprawa, nie gniewajcie się na mnie, ale ścigają mnie w szkółce, bo nie wszyscy z mojej grupy zapłacili i prosiłabym żebyście jutro rano wyjeżdżając podjechali i......" tu wcina się mama: "to już załatwione, byłam po południu!!!!" No to jeszcze durna Nasiex zaczęła przepraszać, że zawracała gitarę i że w takim razie bardzo się cieszy i już nie przeszkadza.
Rano w radosnym uniesieniu zbiegałyśmy do Ski- bazy, żegnając po drodze sąsiadów, którzy jeszcze krzyczeli za nami, że nam zostawią jakieś rzeczy, które zostały im w lodówce. 
Wbijamy do szkółki: Ciao! Ciao! Pędzę do Kjary i rzucam tak tylko pro forma: to ja już jestem na czysto, wszyscy zapłacili...Kjara na mnie patrzy jak na wariata i mówi, że nadal mam dwójkę dzieci nie opłaconą, że nic się w tej kwestii nie zmieniło...proszę żeby jeszcze raz sprawdziła, wyjaśniam że byłam u nich i zapewniali mnie że zapłacili. Przeglądamy wczorajsze rachunki, transakcje...patrzę na Karo ona na mnie, sekundę później już pędzimy do apartamentowca modląc się żeby ich jeszcze złapać. Na ostatnim skrzyżowaniu się rozdzielamy, ja zasuwam do recepcji, a Karo prosto pod ich klatkę. W recepcji dowiaduję się że jeszcze nie oddali klucza, w skrócie wyjaśniam skąd purpura na mojej twarz i piana z pyska. Dopadam ich jeszcze w pokoju i nadal grzecznie, bo w głowie mi się nie mieści, że mnie okłamali, proszę żeby jedno z nich podeszło ze mną wyjaśnić tą sytuację. Mówią że dopakują samochód i podjadą. Oczywiście przeszło mi przez głowę, że powinnam im się wpakować do auta, ale musiałabym usiąść dzieciakom na kolanach, więc wolałam zaryzykować, że mi uciekną niż na siłę się tam wciskać. Schodzimy droga do miasteczka i obstawiamy obie możliwe drogi ucieczki. Wybierają tą przy której stoję ja, wychodzę na szosę, babka wysiada i nadal z uśmiechem na twarzy "bieży" w moją stronę, żartuje, że mogą jej w biurze nie poznać, bo ma inną kurtkę i jest bez czapki... puszczam ją przodem żeby zobaczyć czy w ogóle wie gdzie iść, niby trafia bez pudła ale wyczuwam, że nie do końca jest pewna przy którym kontuarze stanąć. Od progu krzyczy, że przyszła wyjaśnić sprawę płatności, staje przed Kjarą i mówi że była o 16:30 i to właśnie JEJ zapłaciła. Nasza kochana Kej ma coraz większe oczy, ale spokojnie prosi o rachunek. Oczywiście potwierdzenie zostało spakowane bardzo głębooooko i nie da się go wyciągnąć... baba dalej się upiera przy swojej wersji, a ja nadal grzecznie proszę o rachunek, bo nigdzie w biurze taka transakcja nie została zarejestrowana. Oczywiście walizka, w której jest świstek jest na samym dnie bagażnika.... po raz kolejny słyszę, że była najpierw w wypożyczalni oddać narty, później w sklepie i wracając do domu wpadła zapłacić za szkolenie i wszędzie płaciła kartą...EUREKA!!! Proszę w takim razie żeby zalogowała się na swoim koncie i pokazała mi transakcje z wczorajszego dnia. Minuty lecą, a ona już zaczyna bajerować, że pewnie jeszcze nie ma tego w historii, wreszcie się loguje a tam... czary: sklep jest, wypożyczalnia jest, a szkolenia nie ma. MAGIA! No i nagle ona proponuje, że zapłaci jeszcze raz!!!!!!! FUCK!!! Ale prosi o wszystkie moje dane, bo gdyby jednak ściągnęli jej podwójnie z konta to muszę jej wysłać te "niewidzialne" pieniądze. Ona wychodzi, a ja ze złości się poryczałam. Kjara nie wierzy w to co zaszło, bo kto jak kto ale ona ogarnia wszystko i pamięta każdego!!!Zaraz gdy zamknęły się drzwi krzyknęła : bitch with shit face!!! hehe mało tego, nie zgadniecie co znalazłyśmy na wycieraczce przed naszym apartamentem?! Otwarte mleko i dwa jajka!!! Jaja od razu poleciały za okno, a mleko wylądowało w zlewie!!!
Muszę przyznać, że bardzo mi w tej sytuacji pomogła Karo, nie wiem co bym bez niej zrobiła! Nawet nie zapytałam czy pójdzie ze mną, po prostu biegłyśmy ramie w ramię...dobrze mieć takich przyjaciół...
Po tym "uroczym" poranku nie wierzyłam, że ten dzień może się jeszcze skończyć dobrze...a jednak!!! Rodzice dzieciaków, które miały jeszcze jeden dzień ze mną pożegnali mnie tak ciepło, że zmiękły mi kolana, na każdym kroku spotykały mnie same miłe słowa i gesty, a na zakończenie podszedł do mnie tata Wiktora, który jeździł w grupie Karoliny i powiedział, że jeśli jestem wolna to chciałby zrobić żonie niespodziankę i wykupić jej jeszcze jedną lekcję ze mną, no i kilka minut później szusowałyśmy uśmiechnięte od ucha do ucha po naszej ulubionej trasie. Wjechałyśmy ostatnim krzesełkiem, na szczycie przywitało nas słonko i usłyszałam takie słowa, którymi się nie podzielę, bo to tylko MOJA chwila. Obie się popłakałyśmy i padłyśmy sobie w ramiona. To piękne popołudnie uwieńczyłyśmy oceanem spirtza, a wieczorem umówiliśmy się w barze i rozmawialiśmy godzinami przy piwku. Po porannym kryzysie i utracie wiary w ludzi, nie został najmniejszy ślad!!! Ściskam Was: Monika, Piotrek, Wiktor, Marcin, Aga, Pola, Szymek... i babcia:D Dzięki Wam wszystkim ten tydzień był naprawdę cudowny!!! Dziękuję!

niedziela, 23 lutego 2014

Maestri di Sci e Snowboard:D

Wsiąknęłyśmy na dobre. Jest nam tu dobrze i wcale nie chcemy wracać!! Na dowód tego, że jesteśmy już włoskimi instruktorkami i zapuściłyśmy korzenie zamieszczam to oto zdjęcie:


sobota, 15 lutego 2014

Walę w tynki- święto murarzy:D

OMG!!!"To się nie dzieje się!!!" Wybaczcie, ale zaczynam mieć problemy z pisaniem po polsku. Mój mózg skutecznie się przestawił na angielski i na dodatek lekko miksuje z włoskim i czeskim. Kurcze naprawdę chciałabym teraz być Czesławem Niemenem i wyśpiewać Wam jaki piękny był ten dzień. Chyba żadne słowa w żadnym języku nie są w stanie oddać tej magii. 

Zaczęło się już o 9:00 gdy ruszyłyśmy z Karo poza trasy. Nie ma nic cudowniejszego niż szusowanie po świeżym śniegu w miejscach gdzie jeszcze nikogo nie było, przecinać go dechami i płynąć w oceanie bieli w nieznane. Udało Nam się machnąć Mugon tylko raz, bo Karo miała lekcje, ja za to ruszyłam na stok w poszukiwaniu klientów, ale zamiast tego spotkałam...Stefy!!! No i się zaczęło. Uknułyśmy misterny plan, że strzelimy sobie bombardino w Scuoli i pojedziemy na freerajdzik, tak po tajniacku, nie mówiąc nic nikomu. 

Jednak Stefka nie potrafi trzymać gęby na kłódkę i ledwo przekroczyła próg szkółki już się darła : yeahhhhhhhh we andiamo to freeride with Iga!!!!!!!!!! No i po chwili pędziliśmy już w trójkę... po pierwszych kilkudziesięciu metrach przestałam jednak żałować, że Mateo wybrał się z Nami, jest genialnym przewodnikiem i wspaniałym snowbordzistą, który zna każdy zakamarek tej góry. Balansowaliśmy na grani podziwiając szczyty i migoczące w oddali Trento. CZAD!!!

 Po południu dołączyła do Nas Karo i jeszcze kilku naszych włoskich przyjaciół. Muszę przyznać, że grupowy freeride daje jeszcze większego kopa. Gęba się śmieje jeszcze szerzej, gdy widzisz wokół siebie płynących w śniegu ludzi.

Oczywiście nie obyło się bez walentynkowych akcentów. Gdy po porannym joggingu zasiadłam do śniadania, które moja "kochanka-współlokatorka" zawsze szykuje gdy ja hasam po górach, okazało się że brakuje dla mnie filiżanki na naszą poranną pachnącą kawusię, idę do kuchni otwieram szafeczkę, a tam Nutella i śliczne serduszkowe kolczyki:D Ja Karoli zrobiłam opaskę z serduchem w kolorach, które jej się marzyły i położyłam jej o północy na poduszce, oczywiście obudziła mnie z piskiem- szalona Karola:D Jednym słowem radośnie się rozpieszczamy. Żyjemy w jakiejś zakręconej symbiozie, nawzajem się stymulując i motywując. Nie wiem co bym tu bez tej Wariatki zrobiła. Nie ma dnia żebyśmy podskakując pod chmury nie wykrzykiwały: ja chcę tu zostać, ja chcę tu zostać!!!


Italio kochamy Cię!!! 

Trojaczki:D:D:D