Jednym słowem jest moc. Pierwszy raz przechodzę to moje głodowanie tak jak to opisują w mojej książce. Jedzenie 3 dnia w zasadzie przestało mnie interesować, tym razem nie żułam przez sen poduszki, ani nie podgryzałam w nocy Filipa, nie miałam też ochoty zniknąć z powierzchni ziemi, ani wyrywać drugiego śniadania dzieciom na ulicy. Dolegliwości fizyczne typu ból głowy czy uczucie zimna też minęły szybko. Tylko jedno się nie zgadza. Jak myślę o tym co bym zjadła jak już skończę głodowanie, czyli za jakieś dwa tygodnie, to wcale nie mam ochoty na tą moją zdrową kuchnię. Mam smaka na hamburgera, frytki, pizze, kiełbachę, hot doga, karczek...a podobno ma mnie od takich rzeczy odrzucać. Mam jednak nadzieję, że mi przejdzie, bo chciałam zaprowadzić pewne zmiany w moim odżywianiu. Myślałam, że już niewiele mogę zmodyfikować, ale doszłam do wniosku, że muszę popracować nad tymi 5 posiłkami dziennie, bo co z tego że jem lekko i zdrowo, skoro tylko dwa razy w ciągu dnia i duże porcje. To niestety jeszcze bardziej spowalnia metabolizm, bo układ pokarmowy się "wyłącza" podczas długich przerw, a gdy go stymulujemy częściej to cały czas jest na wysokich obrotach i nie trzeba go "rozkręcać". To tak w skrócie dla tych co nie wiedzą;)
W związku z tym, że wczoraj August Jakubik, dobiegł do Watykanu, przebiegając tym samym 1590km w ciągu 23 dni, chciałam na łamach mojego skromnego bloga się tym Człowiekiem pozachwycać. Dla jasności to wychodzi prawie 70km dziennie!!! Czy Wy to rozumiecie??!! Bo mnie się to w głowie nie mieści, chociaż uważam się za osobę o szerokich horyzontach. Podobno superbohaterowie są tylko w filmach i komiksach, a tu proszę jeden wyskoczył z ekranu i zasuwa po Europie. Polak...Nadczłowiek...no po prostu nie wierzę. Ja rozumiem, że można przebiec maraton i to już jest wyczyn, zrozumiem jeszcze, że można brać udział w biegach 24godzinnych, 48godzinnych i nie umrzeć, gdzieś jeszcze w mojej głowie się zmieści 100km ciurkiem, 200km też ogarnę, ale 1590km??!!! To już przekracza możliwości mojego mózgu!! August coś Ty jadł jak byłeś mały? Dzięki takim ludziom, którzy przekraczają możliwości ludzkiego organizmu, aż chce się żyć i łamać swoje ograniczenia. Dziękuję Trenerze, Mistrzu, Mentorze.
środa, 16 października 2013
poniedziałek, 14 października 2013
Ich habe Hunger, w wolnym tłumaczeniu armagedon:D
Ha! Pewnie myśleliście, że już sobie odpuściłam to głodowanie. A tu niespodzianka, nie jadłam niczego już cztery doby i tym razem wytrzymam jeszcze dłużej niż ostatnio. Skąd ta pewność? Bo jestem wściekła i ta złość doda mi sił! Naprawdę jestem "wpieniona" do kwadratu, ale tak bardzo, że aż dziw bierze, że moje komórki tłuszczowe same nie pouciekały, albo przynajmniej się nie pokurczyły ze strachu. A co taką spokojną obywatelkę tak wkurzyło? A to, że całe wakacje się katowała, jadła tylko śniadania (żeby nie skłamać to przyznaję, że gdy do drugiego dania były surówki moje przyjaciółki przynosiły mi je do pokoju lub na pomost, gdzie chowałam się w porze obiadu i wsuwałam je z radością) co drugi dzień biegała, codziennie prowadziła zajęcia dla dzieci od 9 do zmierzchu, wieczorami piła tylko wino i to sporadycznie, czasem coś podjadała ale kurde natychmiast starała się to wybiegać, wyćwiczyć, wypływać, wytenisować, wyrowerować, wyskakać....no po prostu stawałam na głowie żeby schudnąć i NIC!!! W ramach "promocji wakacyjnej" jeszcze przytyłam. Normalnie miałam ochotę wybuchnąć, byłam tak sfrustrowana, że już sama nie wiedziałam co ze sobą zrobić.
Jak zwykle na ratunek znów ruszyli moi rodzice. Moja Mama nie mogła zrozumieć jak moje ciało mogło nie schudnąć?! Podczas gdy się tak "dziwowała" oczywiście zauważyła jaka jestem zmęczona i zdesperowana. Co Ją jako dobrą ( a w zasadzie Najlepszą ) Mamę zmartwiło i czym prędzej podzieliła się swoimi troskami ze swym małżonkiem aka moim Tatinkiem. W wyniku czego okazało się, że mój tata poznał jakiś czas temu światowej sławy panią doktor endokrynologii i jest z nią w kontakcie, bo pomaga jej zakończyć budowę jej kliniki. Dalej poszło już szybko. Filip wyjechał na delegację, ja wpadłam do rodziców na noc, tata przycisnął "mnie kolankiem", zawiózł do kliniki i się zaczęło. Najpierw przemiła pani dietetyk zaciągnęła mnie za włosy na badanie składu ciała. Wtedy też mój Tatinek mnie rozczulił, bo jak ja byłam wleczona do gabinetu on rzucił zanim zamknęły się drzwi: "oj ale się pani zdziwi, Ona (że ja) tylko tak wygląda, to góra mięśni jest". Wtedy pomyślałam: "taaaaaa no na bank, gdybym miała tyle mięśni to nie miałabym problemów z przemianą materii, chyba tylko on w to jeszcze wierzy". Szybko jednak okazało się, że mój rodziciel miał rację, a ja w tym całym zamieszaniu sama już zwątpiłam w siebie.
No ale wracając do sedna sprawy, drzwi gabinetu się zamknęły, stanęłam na magicznej maszynie i odpowiedziałam na kilka pytań. Problem był tylko przy ostatnim: "wpisujemy że jest pani sportowcem czy nie??" Pytając pani dietetyk już miała palec na przycisku NIE. Nie zwracając na to uwagi nieśmiało odpowiedziałam, że raczej jestem typem sportowca. Babeczka spojrzała na mnie i odparła: hmmm ale to musi pani trenować co najmniej 3 razy w tygodniu...?? Ja: biegam tak 3-4 razy w tygodniu, ale jeśli liczyć rower w weekendy, tenis, basen....no to tak 5 razy w tygodniu to zawsze trenuję. Ona (nadal nie zdradzając niedowierzania): no tak ale te treningi musiałyby trwać tak półtorej godziny... Ja: czasem trwają półtorej godziny, często dłużej, czasem godzinę jak jestem przetrenowana... Ona (nie chcąc mnie urazić): no dobrze, wpiszmy typ sportowy... Po chwili z maszyny wyskakuje wydruk. Pani dietetyk przygląda mu się bacznie, dłuższą chwilę nic nie mówi, aż wreszcie się odzywa: "to może usiądźmy...". Ręce mi się pocą, jestem okrutnie zdenerwowana, a ona milczy. Wreszcie patrzy na mnie, kładzie przede mną wydruk i zaczyna tłumaczyć: "pani Igo ma pani zdumiewającą ilość tkanki mięśniowej, rzadko się z taką spotykam, przy tak pięknym wyniku ma pani metabolizm chorej osoby, czego jeszcze w zasadzie nigdy nie widziałam. Nie ma panie w ogóle złego tłuszczu, tylko ten podskórny, kości są pięknie zmineralizowane, BMI wysokie, ale mocno podbija je te 62 kg mięśni...koniecznie musimy pokazać to pani doktor, to jest niemożliwe, że przy takiej muskulaturze jest taki fatalny metabolizm...zresztą wejdę z panią, bo to jest niesamowite, sama to muszę pokazać".
Z niecierpliwością czekam na swoją kolej pod drzwiami mojej ostatniej deski ratunku. Wreszcie wchodzę. Opiszę to wydarzenie w telegraficznym skrócie: tarczyca-USG- piękny rozmiar narządu- torbiele na obu płatach- niezwykle umięśniona (zwykle tam nikt za wiele mięśni nie ma:P)- jeszcze panią osłucham- paseczek włosów na brzuchu- gdzie jeszcze jest ich więcej?-proszę się ubrać-skierowanie na badania- jeszcze więcej skierowań na badania- bądźmy w kontakcie, czekam na maila z wynikami, pani Igo głowa do góry, zajmiemy się tym. Później się kułam, kułam i kułam, z wyników nic nie kumam oprócz notki na końcu: wskazana pilna kontrola u lekarza. Zeskanowałam, wysłałam i teraz czekam na odpowiedź pani doktor, która w międzyczasie poleciała gdzieś za ocean, ale mam nadzieję, że wróci i coś poradzi, bo ja się poddaję.
STOP! Nagle jakiś głos w mojej głowie krzyknął: Nie można tak bezczynnie czekać!! Pofolgowałam sobie w nagrodę za to upuszczanie krwi, przez trzy dni jadłam wszystko na co miałam ochotę,a potem sama nie wiem skąd wytrzasnęłam siłę na kolejną głodówkę. Zmobilizowałam się tylko dlatego, że nadchodzi jesień, a ja nadal nie zapinam się w moje piękne płaszcze, a kupując je obiecywałam sobie, że do nich schudnę. I tak też się stanie!
Uciekam, bo słyszę, że Filip kończy jeść grzanki i może zostanie jakiś ketchup na talerzu do wylizania:D:D:D
Jak zwykle na ratunek znów ruszyli moi rodzice. Moja Mama nie mogła zrozumieć jak moje ciało mogło nie schudnąć?! Podczas gdy się tak "dziwowała" oczywiście zauważyła jaka jestem zmęczona i zdesperowana. Co Ją jako dobrą ( a w zasadzie Najlepszą ) Mamę zmartwiło i czym prędzej podzieliła się swoimi troskami ze swym małżonkiem aka moim Tatinkiem. W wyniku czego okazało się, że mój tata poznał jakiś czas temu światowej sławy panią doktor endokrynologii i jest z nią w kontakcie, bo pomaga jej zakończyć budowę jej kliniki. Dalej poszło już szybko. Filip wyjechał na delegację, ja wpadłam do rodziców na noc, tata przycisnął "mnie kolankiem", zawiózł do kliniki i się zaczęło. Najpierw przemiła pani dietetyk zaciągnęła mnie za włosy na badanie składu ciała. Wtedy też mój Tatinek mnie rozczulił, bo jak ja byłam wleczona do gabinetu on rzucił zanim zamknęły się drzwi: "oj ale się pani zdziwi, Ona (że ja) tylko tak wygląda, to góra mięśni jest". Wtedy pomyślałam: "taaaaaa no na bank, gdybym miała tyle mięśni to nie miałabym problemów z przemianą materii, chyba tylko on w to jeszcze wierzy". Szybko jednak okazało się, że mój rodziciel miał rację, a ja w tym całym zamieszaniu sama już zwątpiłam w siebie.
No ale wracając do sedna sprawy, drzwi gabinetu się zamknęły, stanęłam na magicznej maszynie i odpowiedziałam na kilka pytań. Problem był tylko przy ostatnim: "wpisujemy że jest pani sportowcem czy nie??" Pytając pani dietetyk już miała palec na przycisku NIE. Nie zwracając na to uwagi nieśmiało odpowiedziałam, że raczej jestem typem sportowca. Babeczka spojrzała na mnie i odparła: hmmm ale to musi pani trenować co najmniej 3 razy w tygodniu...?? Ja: biegam tak 3-4 razy w tygodniu, ale jeśli liczyć rower w weekendy, tenis, basen....no to tak 5 razy w tygodniu to zawsze trenuję. Ona (nadal nie zdradzając niedowierzania): no tak ale te treningi musiałyby trwać tak półtorej godziny... Ja: czasem trwają półtorej godziny, często dłużej, czasem godzinę jak jestem przetrenowana... Ona (nie chcąc mnie urazić): no dobrze, wpiszmy typ sportowy... Po chwili z maszyny wyskakuje wydruk. Pani dietetyk przygląda mu się bacznie, dłuższą chwilę nic nie mówi, aż wreszcie się odzywa: "to może usiądźmy...". Ręce mi się pocą, jestem okrutnie zdenerwowana, a ona milczy. Wreszcie patrzy na mnie, kładzie przede mną wydruk i zaczyna tłumaczyć: "pani Igo ma pani zdumiewającą ilość tkanki mięśniowej, rzadko się z taką spotykam, przy tak pięknym wyniku ma pani metabolizm chorej osoby, czego jeszcze w zasadzie nigdy nie widziałam. Nie ma panie w ogóle złego tłuszczu, tylko ten podskórny, kości są pięknie zmineralizowane, BMI wysokie, ale mocno podbija je te 62 kg mięśni...koniecznie musimy pokazać to pani doktor, to jest niemożliwe, że przy takiej muskulaturze jest taki fatalny metabolizm...zresztą wejdę z panią, bo to jest niesamowite, sama to muszę pokazać".
Z niecierpliwością czekam na swoją kolej pod drzwiami mojej ostatniej deski ratunku. Wreszcie wchodzę. Opiszę to wydarzenie w telegraficznym skrócie: tarczyca-USG- piękny rozmiar narządu- torbiele na obu płatach- niezwykle umięśniona (zwykle tam nikt za wiele mięśni nie ma:P)- jeszcze panią osłucham- paseczek włosów na brzuchu- gdzie jeszcze jest ich więcej?-proszę się ubrać-skierowanie na badania- jeszcze więcej skierowań na badania- bądźmy w kontakcie, czekam na maila z wynikami, pani Igo głowa do góry, zajmiemy się tym. Później się kułam, kułam i kułam, z wyników nic nie kumam oprócz notki na końcu: wskazana pilna kontrola u lekarza. Zeskanowałam, wysłałam i teraz czekam na odpowiedź pani doktor, która w międzyczasie poleciała gdzieś za ocean, ale mam nadzieję, że wróci i coś poradzi, bo ja się poddaję.
STOP! Nagle jakiś głos w mojej głowie krzyknął: Nie można tak bezczynnie czekać!! Pofolgowałam sobie w nagrodę za to upuszczanie krwi, przez trzy dni jadłam wszystko na co miałam ochotę,a potem sama nie wiem skąd wytrzasnęłam siłę na kolejną głodówkę. Zmobilizowałam się tylko dlatego, że nadchodzi jesień, a ja nadal nie zapinam się w moje piękne płaszcze, a kupując je obiecywałam sobie, że do nich schudnę. I tak też się stanie!
Uciekam, bo słyszę, że Filip kończy jeść grzanki i może zostanie jakiś ketchup na talerzu do wylizania:D:D:D
poniedziałek, 23 września 2013
Obecna, ćwiczę, mam strój!
Kiedyś myślałam, że jako szczęśliwy człowiek nie mam marzeń, bo cóż ja bym takiego mogła chcieć. No może jedynie wygrać w totka, ale to takie banalne, że szkoda czasu na taką fantazję. Oczywiście odkąd pamiętam chciałam być chuda, ale to bardziej moja zmora niż marzenie, więc też odpada. Jednak jakiś czas temu wykluło się w mojej głowie małe pragnienie, o którym zresztą coś już wspominałam w jednym z moich wpisów , bodajże na wiosnę. A mianowicie czasem biegając po parku, żeby sobie umilić czas i zmotywować się do cięższego treningu, myślałam sobie jakby to było wspaniale wziąć udział w jakimś większym biegu i na mecie wpaść w ramiona najbliższych mi osób. Snułam w głowie całe opowieści o tym jak przekazuję medal mojej mamie, jak tata robi mi zdjęcia, Filip mówi, że jest ze mnie dumny, a przyjaciele skandują gdy przebiegam linię mety. No i muszę przyznać, że marzenia się spełniają. Brzmi banalnie, ale naprawdę trzeba tylko bardzo mocno chcieć i w moim wypadku okrutnie się spocić, ale warto. Jako, że moje marzenie ziściło się zaledwie wczoraj nadal jestem pod wpływem wielkich emocji, którymi chciałabym się podzielić z całym światem. Dlatego opiszę pokrótce historię związaną z moim pierwszym półmaratonem i podzielę się pozytywną energią, która mnie przepełnia.
Wszystko zaczęło się pół roku temu, gdy zadzwoniła do mnie Aga B. dla wtajemniczonych " żona B&B" i zapytała czy bym nie poszła z nią na trening do parku, bo tam we wtorki są takie mitingi organizowane przez Stadion Śląski, które prowadzi August Jakubik i może przyjść każdy kto tylko ma ochotę. Mimo głosów w mojej głowie, które krzyczały "NIEEEEEEEEE!!", bo należę do stworzeń, które nie lubią zgromadzeń i wszelkich sytuacji gdzie jest dużo obcych ludzi, zgodziłam się. Już na wstępie zakomunikowałam, że będę chodziła tylko z Agą, bo sama się boję. Wbrew wszelkim oznakom jestem nieśmiała i bardzo długo się aklimatyzuję w nowym środowisku. Ten szeroki uśmiech to przykrywka i moja tajna broń.
Nigdy nie zapomnę Naszego pierwszego treningu z Augustem. Było świetnie. Przyszłyśmy przed czasem, a ON od razu do Nas podszedł i się przywitał. Wielki człowiek, a niesamowicie skromny i miły. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam do czynienia z Mistrzem takiego kalibru, ale polubiłam go od pierwszej chwili i już wiedziałam, gdzie będę spędzała wtorkowe popołudnia. Później odkryłyśmy, że treningi są też w czwartki. No i sobie tak biegamy z banda zakręconych ludzi, pocimy się grupowo i jest wesoło. Wracając do pierwszego wtorku, to pamiętam jak Aga zagadnęła mnie o start w półmaratonie. Wtedy bardzo mnie to rozbawiło i powiedziałam, że ja raczej się do takich "akcji" nie nadaję, że w ogóle się w takim biegu nie widzę, trułam coś o tym, że nie lubię rywalizacji i takie tam, ale obiecałam, że jak zmienię zdanie to dam znać. Minęły wakacje i Aga zadzwoniła i powiedziała, że zapisała się na półmaraton w WPKiW i czy też bym nie pobiegła. Oczywiście spanikowałam, za dobrze znam tą trasę i gdy sobie pomyślałam, że miałabym ją pokonać 3 razy... NO WAY!! nie zapisałam się, ale moja przyjaciółka biegaczka zasiała w mojej głowie ciekawość...a może jednak dałabym radę?? To wystarczyło, siadłam przed komputerem, znalazłam półmaraton w dzielnicy Bytomia, której kompletnie nie znam i wypełniłam formularz zgłoszeniowy. Szybko przelałam opłatę startową i zadzwoniłam do Filipa. Nie był zachwycony, bo w przypływie emocji zapomniałam, że planowaliśmy wakacje w tym terminie. Jakoś go udobruchałam, a wakacje nadal przed nami:D
Po tym jakże krótkim wstępie pora przejść do meritum. Otóż 22 września stanęłam na starcie wraz z innymi tysiąc ośmiuset zawodnikami. Tuż obok mnie stali moi najwierniejsi kibice, moi rodzice i Filip, który był równie zdenerwowany jak Ja. Żeby nie zrobiło się zbyt pompatycznie to przyznam się do czegoś:P Na minutę przed startem poryczałam się i szepnęłam im, że ja bym jednak chciała iść do domu, że w sumie to ja nie wiem co ja tu robię, dostałam okres, fatalnie się czuję i nienawidzę biegać!!! Ten kryzys trwał tylko do momentu wypowiedzenia tych słów, mama mnie przytuliła, otarłam łzy i zaczęło się odliczanie, po którym nie ma już odwrotu, wiedziałam, że jak już ruszę to nic mnie nie powstrzyma! Punkt 11:00 ogromna fala ludzi zaczęła płynąć, a ja razem z nią. Było cudownie. Obcy ludzie przybijali mi piątki, dzieciaki machały a wszyscy obok mnie biegli. Później oczywiście zrobiło się luźniej i każdy już został sam ze swoimi myślami i długą drogą do mety. Szybko, zrozumiałam co miał na myśli August, który gdy mu powiedziałam, że zapisałam się na Bytomską połówkę, stwierdził, że wybrałam sobie ciężką trasę jak na pierwszy raz...noooooooo podbiegi były zacne, ale adrenalina zrobiła swoje i wbiegałam na nie bez mrugnięcia, ale za to z sapnięciem. Oj dyszałam jak lokomotywa, ale kto by nie dyszał.
Oprócz wielu miłych sytuacji, które spotkały mnie na trasie, mamy która krzyczała najgłośniej ze wszystkich, uśmiechniętego taty robiącego mi zdjęcia, Filipa który gdy przebiegłam połowę czekał na mnie z piciem i podniósł mnie na duchu tymi oto słowami: jestem z Ciebie dumny, masz świetny czas, tak trzymaj! miała też miejsce sytuacja komiczna. W okolicach 15 km był punkt odżywczy, gdy ja tam dotarłam były już tylko ciastka, bo wszystkie "małpy" które były wcześniej zeżarły banany, więc dobiegając do dziewczyny trzymającej tackę krzyknęłam: "nie ma już bananów"? na co ona odparła: "nie ma, za późno" na co ja, mijając ją: " za późno?! ja Ci dam za późno, biegnę najszybciej jak potrafię!!!" , porwałam ciacho, puściłam jej oko i uśmiechnęłam się szeroko pędząc dalej. hehe "za późno!!",śmiałam się w głos, inni biegacze totalnie skupieni, a jedna wariatka się chichra.
Później już było "z górki", oprócz ostatnich kilkudziesięciu metrów do mety, które były pod górkę:P Na ostatnim kilometrze przyspieszyłam, a na metę wpadłam "sprintem" prosto w ramiona mamy i Mrówki, przyjaciółki, która przyjechała z Gliwic specjalnie dla mnie! Łkałam jak dziecko, a moja mama razem ze mną, nie mogła uwierzyć, że to zrobiłam, ja sama nie mogłam w to uwierzyć. Kasia wyściskała mnie mimo lejącego się ze mnie potu (sza-cun Mrówi) i pobiegła do malutkiej Hani, która za parę lat będzie biegała z ciocią:D Po chwili dobiegł Filip i mój tata, którzy mi nieśmiało zakomunikowali, że zabrakło dla mnie medalu, bo organizatorzy nie spodziewali się takiej frekwencji, a że najpierw dostali Ci co przebiegli 10km, później Ci co szli z kijami, to dla części osób biegnących półmaraton zwyczajnie zabrakło!!!Skończyły się kilka minut przed moim przybyciem. Oczywiście było mi strasznie przykro, ale starałam się tego nie okazywać. Poszłam się szybko zapisać na listę osób, które dostaną medal pocztą i wróciłam świętować moje małe zwycięstwo w gronie najbliższych. To był piękny dzień!
Wszystko zaczęło się pół roku temu, gdy zadzwoniła do mnie Aga B. dla wtajemniczonych " żona B&B" i zapytała czy bym nie poszła z nią na trening do parku, bo tam we wtorki są takie mitingi organizowane przez Stadion Śląski, które prowadzi August Jakubik i może przyjść każdy kto tylko ma ochotę. Mimo głosów w mojej głowie, które krzyczały "NIEEEEEEEEE!!", bo należę do stworzeń, które nie lubią zgromadzeń i wszelkich sytuacji gdzie jest dużo obcych ludzi, zgodziłam się. Już na wstępie zakomunikowałam, że będę chodziła tylko z Agą, bo sama się boję. Wbrew wszelkim oznakom jestem nieśmiała i bardzo długo się aklimatyzuję w nowym środowisku. Ten szeroki uśmiech to przykrywka i moja tajna broń.
Nigdy nie zapomnę Naszego pierwszego treningu z Augustem. Było świetnie. Przyszłyśmy przed czasem, a ON od razu do Nas podszedł i się przywitał. Wielki człowiek, a niesamowicie skromny i miły. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam do czynienia z Mistrzem takiego kalibru, ale polubiłam go od pierwszej chwili i już wiedziałam, gdzie będę spędzała wtorkowe popołudnia. Później odkryłyśmy, że treningi są też w czwartki. No i sobie tak biegamy z banda zakręconych ludzi, pocimy się grupowo i jest wesoło. Wracając do pierwszego wtorku, to pamiętam jak Aga zagadnęła mnie o start w półmaratonie. Wtedy bardzo mnie to rozbawiło i powiedziałam, że ja raczej się do takich "akcji" nie nadaję, że w ogóle się w takim biegu nie widzę, trułam coś o tym, że nie lubię rywalizacji i takie tam, ale obiecałam, że jak zmienię zdanie to dam znać. Minęły wakacje i Aga zadzwoniła i powiedziała, że zapisała się na półmaraton w WPKiW i czy też bym nie pobiegła. Oczywiście spanikowałam, za dobrze znam tą trasę i gdy sobie pomyślałam, że miałabym ją pokonać 3 razy... NO WAY!! nie zapisałam się, ale moja przyjaciółka biegaczka zasiała w mojej głowie ciekawość...a może jednak dałabym radę?? To wystarczyło, siadłam przed komputerem, znalazłam półmaraton w dzielnicy Bytomia, której kompletnie nie znam i wypełniłam formularz zgłoszeniowy. Szybko przelałam opłatę startową i zadzwoniłam do Filipa. Nie był zachwycony, bo w przypływie emocji zapomniałam, że planowaliśmy wakacje w tym terminie. Jakoś go udobruchałam, a wakacje nadal przed nami:D
Po tym jakże krótkim wstępie pora przejść do meritum. Otóż 22 września stanęłam na starcie wraz z innymi tysiąc ośmiuset zawodnikami. Tuż obok mnie stali moi najwierniejsi kibice, moi rodzice i Filip, który był równie zdenerwowany jak Ja. Żeby nie zrobiło się zbyt pompatycznie to przyznam się do czegoś:P Na minutę przed startem poryczałam się i szepnęłam im, że ja bym jednak chciała iść do domu, że w sumie to ja nie wiem co ja tu robię, dostałam okres, fatalnie się czuję i nienawidzę biegać!!! Ten kryzys trwał tylko do momentu wypowiedzenia tych słów, mama mnie przytuliła, otarłam łzy i zaczęło się odliczanie, po którym nie ma już odwrotu, wiedziałam, że jak już ruszę to nic mnie nie powstrzyma! Punkt 11:00 ogromna fala ludzi zaczęła płynąć, a ja razem z nią. Było cudownie. Obcy ludzie przybijali mi piątki, dzieciaki machały a wszyscy obok mnie biegli. Później oczywiście zrobiło się luźniej i każdy już został sam ze swoimi myślami i długą drogą do mety. Szybko, zrozumiałam co miał na myśli August, który gdy mu powiedziałam, że zapisałam się na Bytomską połówkę, stwierdził, że wybrałam sobie ciężką trasę jak na pierwszy raz...noooooooo podbiegi były zacne, ale adrenalina zrobiła swoje i wbiegałam na nie bez mrugnięcia, ale za to z sapnięciem. Oj dyszałam jak lokomotywa, ale kto by nie dyszał.
Oprócz wielu miłych sytuacji, które spotkały mnie na trasie, mamy która krzyczała najgłośniej ze wszystkich, uśmiechniętego taty robiącego mi zdjęcia, Filipa który gdy przebiegłam połowę czekał na mnie z piciem i podniósł mnie na duchu tymi oto słowami: jestem z Ciebie dumny, masz świetny czas, tak trzymaj! miała też miejsce sytuacja komiczna. W okolicach 15 km był punkt odżywczy, gdy ja tam dotarłam były już tylko ciastka, bo wszystkie "małpy" które były wcześniej zeżarły banany, więc dobiegając do dziewczyny trzymającej tackę krzyknęłam: "nie ma już bananów"? na co ona odparła: "nie ma, za późno" na co ja, mijając ją: " za późno?! ja Ci dam za późno, biegnę najszybciej jak potrafię!!!" , porwałam ciacho, puściłam jej oko i uśmiechnęłam się szeroko pędząc dalej. hehe "za późno!!",śmiałam się w głos, inni biegacze totalnie skupieni, a jedna wariatka się chichra.
Później już było "z górki", oprócz ostatnich kilkudziesięciu metrów do mety, które były pod górkę:P Na ostatnim kilometrze przyspieszyłam, a na metę wpadłam "sprintem" prosto w ramiona mamy i Mrówki, przyjaciółki, która przyjechała z Gliwic specjalnie dla mnie! Łkałam jak dziecko, a moja mama razem ze mną, nie mogła uwierzyć, że to zrobiłam, ja sama nie mogłam w to uwierzyć. Kasia wyściskała mnie mimo lejącego się ze mnie potu (sza-cun Mrówi) i pobiegła do malutkiej Hani, która za parę lat będzie biegała z ciocią:D Po chwili dobiegł Filip i mój tata, którzy mi nieśmiało zakomunikowali, że zabrakło dla mnie medalu, bo organizatorzy nie spodziewali się takiej frekwencji, a że najpierw dostali Ci co przebiegli 10km, później Ci co szli z kijami, to dla części osób biegnących półmaraton zwyczajnie zabrakło!!!Skończyły się kilka minut przed moim przybyciem. Oczywiście było mi strasznie przykro, ale starałam się tego nie okazywać. Poszłam się szybko zapisać na listę osób, które dostaną medal pocztą i wróciłam świętować moje małe zwycięstwo w gronie najbliższych. To był piękny dzień!
| Moja mama się nie poddała i pożyczyła dla mnie medal, a panowie tak ją polubili, że i jej pożyczyli:D |
wtorek, 21 maja 2013
Hell yeah!
Etykiety:
niezły bigos
Jeśli dorwę drania który przebieżki, podbiegi i inne sprinty nazwał zabawami biegowymi to przysięgam, że mu nawtykam. Zabawa kojarzy się z czymś przyjemnym, a gdy czytam w moim planie treningowym "zabawa biegowa" i jest to np 8x100m sprintem to mi się zbiera na wymioty. Na samą myśl o sprincie czuję jakby mnie ktoś smagał biczem po plecach. Rety, ale dość marudzenia, bo zrobiłam to do cholery, mimo tego że skrzyżowały się wszystkie możliwe przeciwności losu. Głodówka, miesiączka, burza z piorunami, no nie przypuszczałam, że zdołam się wbić w... <tu fanfary> legginsy i ruszyć na mój prywatny stadion aka osiedlowy skwer o podobnych wymiarach. O mało nie wyzionęłam ducha, ale dałam radę i z uśmiechem na pysku wróciłam do domu. Jestem twarda babka- ktoś mi dziś tak napisał i pierwszy raz tak się właśnie czuję...dzięki siostro!
Niesamowite ile sił drzemie w człowieku. Wczoraj już myślałam, że to koniec, a dziś czuję, że to dopiero początek. W przypływie pozytywnej energii wybrałam bieg, w którym chcę wystartować. Jest to bieg dzika, który odbędzie się w lasach panewnickich 16 czerwca. Nie wiem czy odważę się ubrać getry, ale pracuję nad tym. Staram się nie myśleć o tym jak w nich wyglądam tylko skupić się na tym, że są super praktyczne i wygodne.
A tak z innej beczki to żałujcie, że się nie wybraliście ze mną do Katowic w Noc Muzeów. Było super, nareszcie dowiedziałam się co jest za tymi drzwiami na końcu korytarza po lewej stronie na 1 piętrze Muzeum Śląskiego. Zawsze byłam ciekawa. Zresztą to taka moja przypadłość, muszę wiedzieć gdzie prowadzi dana droga, lub co jest za zamkniętymi drzwiami. Dlatego właśnie tak dobrze znam Śląsk i wszędzie potrafię dojechać na skróty:P Już jak byłam mała dręczyła mnie ta "uliczna ciekawość". Gdy tylko dostałam rower, dotarłam do każdego zakamarka Gliwic, a gdy tata fundnął mi Trabika to już szwendałam się po wszystkich okolicznych miastach. Tak już mam, muszę wiedzieć co jest na końcu drogi. Wracając do Nocy Muzeów to nawet się cieszę, że byłam sama, bo lubię snuć się po swojemu. Odwiedziłam "Żydówkę z cytrynami" aka "Pomarańczarkę" Gierymskiego i tu skorzystam z okazji i zwrócę honor koledze, z którym się spierałam o nazwę tego wybitnego dzieła. Jak się okazuje obie są poprawne, przepraszam za mój upór. Przywitałam się z całym moim ukochanym 1 piętrem, czyli stałą ekspozycją malarstwa polskiego, po czym skierowałam swe kroki na piętro 3 gdzie odbywał się wykład na temat kultury Albanii. Nie wiem jak nazywał się mężczyzna, który go prowadził, ale opowiadał w tak interesujący sposób, że przystanęłam tam na dłużej. Zaraz obok mnie stało małżeństwo w wieku jeśli się nie mylę zbliżonym do moich rodziców i piszę o nich, bo dzięki nim ten wieczór stał się jeszcze bardziej magiczny. W pewnym momencie prelegent zaczął opowiadać o małżeństwie, obrządkach i niestety o tym, że kobieta nie ma wpływu na to z kim się zwiąże. Mężczyzna ją "wykupuje" od rodziny i w pewnym sensie staje się ona jego własnością. Wtedy pierwszy raz od dawna ucieszyłam się, że urodziłam się w Polsce;) Opowiadał też o parze, która jednak zawalczyła o swoje uczucia i mimo piekła, które musiała przejść udało im się pobrać i żyć razem. No i gdy on tak snuł swoje opowieści, miły pan w średnim wieku, stojący obok mnie objął swoją partnerkę i szepnął jej do ucha: "widzisz, ja Cię nie musiałem wykupić, a jesteś dla mnie największym skarbem...kocham Cię". Speszyłam się odrobinę, bo te słowa nie miały dotrzeć do mych uszu, ale mimo wszystko mnie to ucieszyło i w tym radosnym uniesieniu ruszyłam dalej.
Niesamowite ile sił drzemie w człowieku. Wczoraj już myślałam, że to koniec, a dziś czuję, że to dopiero początek. W przypływie pozytywnej energii wybrałam bieg, w którym chcę wystartować. Jest to bieg dzika, który odbędzie się w lasach panewnickich 16 czerwca. Nie wiem czy odważę się ubrać getry, ale pracuję nad tym. Staram się nie myśleć o tym jak w nich wyglądam tylko skupić się na tym, że są super praktyczne i wygodne.
A tak z innej beczki to żałujcie, że się nie wybraliście ze mną do Katowic w Noc Muzeów. Było super, nareszcie dowiedziałam się co jest za tymi drzwiami na końcu korytarza po lewej stronie na 1 piętrze Muzeum Śląskiego. Zawsze byłam ciekawa. Zresztą to taka moja przypadłość, muszę wiedzieć gdzie prowadzi dana droga, lub co jest za zamkniętymi drzwiami. Dlatego właśnie tak dobrze znam Śląsk i wszędzie potrafię dojechać na skróty:P Już jak byłam mała dręczyła mnie ta "uliczna ciekawość". Gdy tylko dostałam rower, dotarłam do każdego zakamarka Gliwic, a gdy tata fundnął mi Trabika to już szwendałam się po wszystkich okolicznych miastach. Tak już mam, muszę wiedzieć co jest na końcu drogi. Wracając do Nocy Muzeów to nawet się cieszę, że byłam sama, bo lubię snuć się po swojemu. Odwiedziłam "Żydówkę z cytrynami" aka "Pomarańczarkę" Gierymskiego i tu skorzystam z okazji i zwrócę honor koledze, z którym się spierałam o nazwę tego wybitnego dzieła. Jak się okazuje obie są poprawne, przepraszam za mój upór. Przywitałam się z całym moim ukochanym 1 piętrem, czyli stałą ekspozycją malarstwa polskiego, po czym skierowałam swe kroki na piętro 3 gdzie odbywał się wykład na temat kultury Albanii. Nie wiem jak nazywał się mężczyzna, który go prowadził, ale opowiadał w tak interesujący sposób, że przystanęłam tam na dłużej. Zaraz obok mnie stało małżeństwo w wieku jeśli się nie mylę zbliżonym do moich rodziców i piszę o nich, bo dzięki nim ten wieczór stał się jeszcze bardziej magiczny. W pewnym momencie prelegent zaczął opowiadać o małżeństwie, obrządkach i niestety o tym, że kobieta nie ma wpływu na to z kim się zwiąże. Mężczyzna ją "wykupuje" od rodziny i w pewnym sensie staje się ona jego własnością. Wtedy pierwszy raz od dawna ucieszyłam się, że urodziłam się w Polsce;) Opowiadał też o parze, która jednak zawalczyła o swoje uczucia i mimo piekła, które musiała przejść udało im się pobrać i żyć razem. No i gdy on tak snuł swoje opowieści, miły pan w średnim wieku, stojący obok mnie objął swoją partnerkę i szepnął jej do ucha: "widzisz, ja Cię nie musiałem wykupić, a jesteś dla mnie największym skarbem...kocham Cię". Speszyłam się odrobinę, bo te słowa nie miały dotrzeć do mych uszu, ale mimo wszystko mnie to ucieszyło i w tym radosnym uniesieniu ruszyłam dalej.
poniedziałek, 20 maja 2013
Nirvana czy cisza przed burzą??
Etykiety:
niezły bigos
Przekroczyłam Rubikon i mam nadzieję, że zagoszczę na drugim brzegu trochę dłużej. Nie wiem czy uda mi się przetrwać bez jedzenia 10 dni, ale już 8 jest dla mnie ogromnym sukcesem. Ważniejsze jest dla mnie w tej chwili to, że udało mi się zepchnąć jedzenie na drugi plan. Pierwszy raz od bardzo dawna przestało mieć ono dla mnie znaczenie. Nie wiem jak długo to potrwa i obawiam się, że gdy tylko wprowadzę jakieś pokarmy to moje demony wrócą, ale wierzę że tym razem walka jest bardziej wyrównana. Jeśli chodzi o kondycję fizyczną to dzisiaj czuję się nieźle, ale nie będę ukrywała kryzysu, który mnie wczoraj dopadł. Nie miałam siły iść nawet do sklepu, kręciło mi się w głowie i było mi niedobrze. Muszę jednak być obiektywna i przyznać, że nie jest to jedynie efekt głodówki. Pech chciał, że na ten termin przypadły też dni mojej menstruacji. Zupełnie o tym zapomniałam planując mój post. Tak bardzo się skupiłam na tym, że muszę wykorzystać nieobecność Filipa, że nie myślałam o niczym innym. Zresztą sama już nie wiem czy to był taki dobry pomysł. Jednak dobrze mieć w tych dniach u boku kogoś kto w tych trudnych chwilach przytuli, przyniesie szklankę wody i podtrzyma na duchu miłymi słowami. Z drugiej strony chyba nie wytrzymałabym tak długo, gdybym nie była sama. Kusiłyby mnie zapachy i odgłosy jedzenia, a ponadto ogromną motywacją w ostatnich dniach stała się taka oto wizja: podjeżdżam na lotnisko po Filipa, wysiadam z auta w mojej nowej sukience, a on mnie nie poznaje... Wiem, że będzie ze mnie dumny i bardzo się ucieszy, gdy mnie zobaczy, zwłaszcza, że zbliżam się do rozmiaru z dnia w którym się poznaliśmy. Teraz już nikt nie będzie się dziwił, że się we mnie zakochał. Niesamowite jak wiele się od tamtej pory zmieniło. Kiedyś naprawdę wierzyłam, że najważniejsze jest to jacy jesteśmy, a nie to jak wyglądamy. Nadal jest to dla mnie kwestia pierwszorzędna, ale teraz wiem, że ludzie zawsze będą postrzegać innych przez pryzmat ich aparycji. Jest to zupełnie normalne, przecież zanim przejdziemy do rozmowy osoba, z którą się spotykamy najpierw nas widzi. Sama pewnie podświadomie tak robię mimo tego, że tak bardzo staram się każdemu dać równe szanse. Pora się chyba z tym pogodzić.
piątek, 17 maja 2013
"Dej fynf"
Etykiety:
niezły bigos
Yeahhhhhhhhhh jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, a mój organizm nie odmówi posłuszeństwa to własnie jestem na półmetku. Tym razem chciałam przekroczyć magiczną granicę 6 dni i wytrzymać 10. Wszystko wskazuje na to, że moje ciało też jest do tego przygotowane. Głowa bolała mnie nieznacznie tylko 1 dnia, siły witalne w normie, wieczorami marznę, ale to efekt nie tylko spowolnienia krążenia- Filip wracaj, mdłości też przeszły mi stosunkowo szybko, muszę tylko nad psychiką pracować, bo w mojej głowie poprawa jest ledwo zauważalna. Może i jest mi trochę łatwiej, bo już się tak nie boję, że umrę z głodu, ale nadal mam fiksacje na punkcie jedzenia. W zasadzie myślę o nim non stop i wprost nie mogę się doczekać kiedy skończy się moja udręka, bo tarte jabłka nagle stały się wykwintnym daniem, o którym śnię na jawie. Strasznie chciałabym już móc je skonsumować, ale uparłam się i dotrwam do środy. No chyba, że źle się poczuję, bo tak jak już kiedyś wspominałam ja zawsze monitoruję reakcje mojego organizmu i to on mówi mi kiedy mam skończyć. Jak na razie prognozy są zacne zwłaszcza, że pomimo trwającej głodówki nie przerwałam treningów i przed chwilą wróciłam z joggingu. Oczywiście z pulsometrem i telefonem, który już miał wbity w szybkie wybieranie numer alarmowy na wypadek zasłabnięcia, ale całe szczęście nie musiałam z niego korzystać, bo czułam się świetnie, zrealizowałam plan, a teraz siedzę na kanapie i klaszczę uszami z radości:D Oprócz tego wczoraj, podczas naszych czwartkowych zajęć na sali, jak co tydzień na koniec graliśmy z dzieciakami w nogę iiiiiiiiiiiii strzeliłam dwa gole iiiiiiiiiiiiiii przyjęłam piłkę na klatę i kolanko. Jednym słowem wymiatam. Cieszyłam się jak dziecko... to było miłe, zwłaszcza, gdy po gwizdku sędziego, kończącym mecz podeszła do mnie dziewczynka z grupy starszej, którą prowadzi mój przyjaciel i zapytała czy może ze mną przybić piątkę. Zawsze ją lubiłam natomiast nic nie wskazywało na to, że ona darzy mnie sympatią i chyba dlatego zrobiło mi się tak miło. Dzieci to jednak takie małe radary, które odbierają fale, które wysyłamy, nie analizują, nie spiskują tylko odbijają sygnał zwrotny zgodny z ich odczuciami. Za to właśnie tak bardzo je lubię i szanuję.
Mam też dobrą historię z poniedziałku. Spałam u rodziców i wieczorem wyciągnęłam brata do lasu coby razem jakąś aktywność fizyczną uskutecznić, ja biegałam, a on towarzyszył mi na rowerze. Śmigaliśmy sobie radośnie alejkami i tu muszę opisać jak one wyglądają, ponieważ jest to istotne dla całej przygody. Mianowicie ścieżyny te należą do rodzaju tych niewybetonowanych czy niewypłytkowanych, a po obu ich stronach ciągną się wzdłuż rowy melioracyjne i to one są tu istotne. Gadaliśmy sobie gdy nagle usłyszeliśmy wielkie poruszenie w pobliskim krzaku. Mignęły mi małe dzicze dupki, które uciekały w popłochu... a to oznaczało tylko jedno, że gdzieś w pobliżu krąży locha, która jak głoszą legendy zawsze broni swoich małych niczym lwica. Nie musieliśmy długo szukać, w odległości dwóch metrów, pod pobliskim dębem stała dorodna dzicza mama. Dzielił nas od niej tylko ten malutki rów. Najpierw nas sparaliżowało, a po chwili już frunęłam nad rowem po drugiej stronie, chowałam się za brzozą i krzyczałam do Barta: wsiadaj na rower i ucieeeeeeekaj Ty na rowerze dasz radę! On ani drgnął spojrzał na mnie i ze stoickim spokojem powiedział, że nigdzie się nie ruszy, nie zostawi mnie samej i koniec! Spieraliśmy się dobre kilkanaście sekund, ja nie odpuszczałam, bo uruchomił mi się instynkt starszej siostry i walecznej Joanny, a Bart jako odważny mężczyzna i dobry przyjaciel też nie dopuszczał innej opcji niż zostanie ze mną. Wreszcie postanowiliśmy sprawdzić jak rozwija się sytuacja. Wtedy właśnie oboje rzuciliśmy wyzywające spojrzenie naszemu wrogowi. Jakież było nasze zdziwienie gdy dotarło do nas, że pani dzikowa ma nas kompletnie w du...żym żołędziu. Zna się na ludziach skubana, my i zagrożenie dla jej dzieci?! Najpierw wybuchnęliśmy śmiechem, a po chwili ruszyliśmy dalej na... spotkanie z sarną, później już był tylko jeż i niedźwiedź, ale ten ostatni jest oswojony i nas spłodził.
Mam też dobrą historię z poniedziałku. Spałam u rodziców i wieczorem wyciągnęłam brata do lasu coby razem jakąś aktywność fizyczną uskutecznić, ja biegałam, a on towarzyszył mi na rowerze. Śmigaliśmy sobie radośnie alejkami i tu muszę opisać jak one wyglądają, ponieważ jest to istotne dla całej przygody. Mianowicie ścieżyny te należą do rodzaju tych niewybetonowanych czy niewypłytkowanych, a po obu ich stronach ciągną się wzdłuż rowy melioracyjne i to one są tu istotne. Gadaliśmy sobie gdy nagle usłyszeliśmy wielkie poruszenie w pobliskim krzaku. Mignęły mi małe dzicze dupki, które uciekały w popłochu... a to oznaczało tylko jedno, że gdzieś w pobliżu krąży locha, która jak głoszą legendy zawsze broni swoich małych niczym lwica. Nie musieliśmy długo szukać, w odległości dwóch metrów, pod pobliskim dębem stała dorodna dzicza mama. Dzielił nas od niej tylko ten malutki rów. Najpierw nas sparaliżowało, a po chwili już frunęłam nad rowem po drugiej stronie, chowałam się za brzozą i krzyczałam do Barta: wsiadaj na rower i ucieeeeeeekaj Ty na rowerze dasz radę! On ani drgnął spojrzał na mnie i ze stoickim spokojem powiedział, że nigdzie się nie ruszy, nie zostawi mnie samej i koniec! Spieraliśmy się dobre kilkanaście sekund, ja nie odpuszczałam, bo uruchomił mi się instynkt starszej siostry i walecznej Joanny, a Bart jako odważny mężczyzna i dobry przyjaciel też nie dopuszczał innej opcji niż zostanie ze mną. Wreszcie postanowiliśmy sprawdzić jak rozwija się sytuacja. Wtedy właśnie oboje rzuciliśmy wyzywające spojrzenie naszemu wrogowi. Jakież było nasze zdziwienie gdy dotarło do nas, że pani dzikowa ma nas kompletnie w du...żym żołędziu. Zna się na ludziach skubana, my i zagrożenie dla jej dzieci?! Najpierw wybuchnęliśmy śmiechem, a po chwili ruszyliśmy dalej na... spotkanie z sarną, później już był tylko jeż i niedźwiedź, ale ten ostatni jest oswojony i nas spłodził.
wtorek, 14 maja 2013
"Powtórka z rozrywki, rozrywka z powtórki"
Etykiety:
niezły bigos
Nie wyobrażacie sobie jak JA bardzo nie chcę nie jeść, czyli w skrócie chcę jeść!! Dżizys, normalnie tak mi nie po drodze tym razem ta głodzilla jak Mielno w drodze na Dubrownik??? Jednak uparłam się i okiełznam tego potwora! Planowałam to już od dawna, dobrze się przygotowałam i muszę wykorzystać fakt, że Filip wyjechał. W związku z tym nie muszę gotować, ani oglądać go spożywającego pokarmy. Opróżniłam też lodówkę i pozbyłam się z domu wszelkich pokus. Nic tylko zaszyć się pod łóżkiem, ssać kciuk i czekać aż mnie wciągnie czarna dziura, która właśnie wiruje w moim żołądku. Oprócz kolejnej morderczej rozłąki z żarciem konsekwentnie realizuję mój plan treningowy dla biegaczy...też w to nie wierzę, a skoro nawet ja tego nie ogarniam to przypuszczam, że nikt tego nie ogarnia:D Chyba chodzi o motywację, która jakimś cudem wraca do mnie czasem jak bumerang. Chciałabym po prostu znów cieszyć się swoim ciałem, a nie unikać swojego odbicia w lustrze czy sklepowych witrynach. Tak mnie to wkurza, że jednocześnie chce mi się płakać i...kogoś kopnąć. Najlepiej matkę naturę, że się nie skupiła jak mnie lepiła;)
Nie ma to tamto! Koniec użalania się nad sobą. Właśnie dlatego postanowiłam trzymać się planu i wyznaczyłam sobie cel! A mianowicie chciałabym wystartować w jakimś biegu w obcisłych getrach do biegania:D Legginsy to ta prioryretowa część planu:P Już widzę moją rodzinę na mecie. Rany ale by było...tzn będzie!A w nagrodę pizza:D Jak będę gotowa i wybiorę termin to dam znać, może się ktoś skusi. Nasiex w getrach to rzadki widok, który zapada w pamięć na długo. Może nawet będę pobierała opłatę za tą atrakcję...albo dopłatę;)
Nie ma to tamto! Koniec użalania się nad sobą. Właśnie dlatego postanowiłam trzymać się planu i wyznaczyłam sobie cel! A mianowicie chciałabym wystartować w jakimś biegu w obcisłych getrach do biegania:D Legginsy to ta prioryretowa część planu:P Już widzę moją rodzinę na mecie. Rany ale by było...tzn będzie!A w nagrodę pizza:D Jak będę gotowa i wybiorę termin to dam znać, może się ktoś skusi. Nasiex w getrach to rzadki widok, który zapada w pamięć na długo. Może nawet będę pobierała opłatę za tą atrakcję...albo dopłatę;)
![]() |


