Pewnie się domyślacie, że skoro wiedziałam o prezencie schowanym gdzieś w domu to cały dzień molestowałam Filipa, żeby mi go już dał, bo co będzie się kurzył gdzieś w szafie skoro może już teraz mnie cieszyć. Oczywiście on był nie ugięty, ale jak 153 raz spojrzałam na niego jak dziewczynka w sklepie z cukierkami to zauważyłam, że zmiękł i powiedział, że się zastanowi. No i ...............późnym wieczorem w momencie kiedy dałam mu wreszcie święty spokój wyszedł do sypialni,a gdy wrócił wręczył mi pudełko:D:D:D:D Dawno się tak nie cieszyłam, a gdy je otworzyłam to już łzy mi leciały strumieniami. Kupił mi sportowy zegarek, o którym marzyłam już od roku!!!!!!!!!!! Casio Baby G- 2100-4DR! Ma stopery, timery i inne bajery. Skakałam pod sam sufit:D Jeszcze nigdy nie zrobił mi takiej niespodzianki, chociaż już nie raz się starał. Kurcze teraz ja będę musiała mocno się wysilić, żeby jemu sprawić tak wielką radość:D
Teraz czuję taaaaką moc że mogłabym głodować do Sylwestra:P Ale już powoli zamierzam wychodzić z głodówki i wcinać papkę z jabłek. Dłuższy post może uda mi się przejść przed Wigilią tak jak zapowiadałam:)A może ktoś chciałby ze mną zawalczyć?? Chętnie poinstruuję i wesprę, bo robię się coraz silniejsza w tych zmaganiach i zdaje się, że już mogę dzielić się doświadczeniem:) Czekam na zgłoszenia;) a póki co idę się pobawić moim zegarkiem:P
poniedziałek, 5 listopada 2012
niedziela, 4 listopada 2012
Pyszna i zdrowa pasta paprykowa
Etykiety:
Przepisy popisy,
słoikowo
Pomału kończy się sezon na przetwory, ale kilka słoików pasty paprykowej
można na szybko wyprodukować:D U Nas w kuchni właśnie bulgocze w
garnku czerwona pulpa. Jest bardzo łatwa w wykonaniu, wspaniale smakuje z
szynką, na kanapce i do niektórych dań, ale przede wszystkim jest
bogatym źródłem witaminy C-ma jej kilka razy więcej niż cytryna i ma
właściwości antyseptyczne. Jednak najistotniejszy jest fakt, że witamina
C zwykle traci na wartości podczas przetwarzania, ale nie w wypadku
papryki, ona traci jej bardzo niewiele. Dlatego gorąco polecam na zimę!
Pyszna i Zdrowa Pasta Paprykowa
2 kg papryki
1 papryczka chilli- jeśli lubicie na ostro:P
3-5 ząbków czosnku
1-2 średnie marchewki
1-2 łyżka cukru
1- 2 łyżki soli
150 ml octu
2 łyżki oliwy z oliwek bądź jakiejkolwiek oliwy:)
3-4 listki laurowe
10 tabletek słodzika (jeśli nie musicie uważać na kalorie to doradzam 10 łyżek cukru zamiast słodzika, bo nadal do końca nie wiadomo co w tym "siedzi i cukruje":P
szklanka H2O
Można dodać 2-3 łyżki przecieru pomidorowego żeby uzyskać lekki pomidorowy posmak i gładką konsystencję.
Rośliny z rodziny psiankowatych pozbawiamy gniazd nasiennych, wrzucamy do malaksera i międlimy aż papryka puści soki. Do masy przeciskamy czoch i marchewę startą na grubych oczkach- jeśli wolicie gładkie pasty to polecam zetrzeć na drobnych, ja jednak lubię czasem trafić na jakiś smakowity większy kąsek. Dodajemy resztę składników, mieszamy i gotujemy 1-1,5h co jakiś czas mieszając. W tym czasie wyparzamy sobie słoiki i odpalamy jakiś dobry film. Gdy z pasty odparuje ok połowa wody, a jej składniki będą już miękkie i stworzą jednolitą masę usuwamy z niej listki laurowe i przekładamy ją do słoików (garnek cały czas stoi na gazie!), których ranty czyścimy z resztek, zakręcamy i stawiamy dnem do góry. Jeśli chcemy mieć pewność, że nasz wysiłek nie pójdzie na marne i nie skończy z zielonym nalotem w muszli i nie mam na myśli tej koncertowej to warto słoiki zapasteryzować, czyli wstawić do garnka, zalać je do 2/3 wodą i gotować 30-40 minut. Czynność tą można powtarzać 2-3 razy. Ja robię to jednak tylko raz i niczego w tym sezonie jeszcze nie wyrzuciłam:) Później już tylko czekamy aż pasta przestygnie i możemy dekorować słoik nalepką z nazwą oraz serwetką i kokardką. Tak przygotowane przetwory są najpiękniejszą ozdobą kuchni.
Pyszna i Zdrowa Pasta Paprykowa
2 kg papryki
1 papryczka chilli- jeśli lubicie na ostro:P
3-5 ząbków czosnku
1-2 średnie marchewki
1-2 łyżka cukru
1- 2 łyżki soli
150 ml octu
2 łyżki oliwy z oliwek bądź jakiejkolwiek oliwy:)
3-4 listki laurowe
10 tabletek słodzika (jeśli nie musicie uważać na kalorie to doradzam 10 łyżek cukru zamiast słodzika, bo nadal do końca nie wiadomo co w tym "siedzi i cukruje":P
szklanka H2O
Można dodać 2-3 łyżki przecieru pomidorowego żeby uzyskać lekki pomidorowy posmak i gładką konsystencję.
Rośliny z rodziny psiankowatych pozbawiamy gniazd nasiennych, wrzucamy do malaksera i międlimy aż papryka puści soki. Do masy przeciskamy czoch i marchewę startą na grubych oczkach- jeśli wolicie gładkie pasty to polecam zetrzeć na drobnych, ja jednak lubię czasem trafić na jakiś smakowity większy kąsek. Dodajemy resztę składników, mieszamy i gotujemy 1-1,5h co jakiś czas mieszając. W tym czasie wyparzamy sobie słoiki i odpalamy jakiś dobry film. Gdy z pasty odparuje ok połowa wody, a jej składniki będą już miękkie i stworzą jednolitą masę usuwamy z niej listki laurowe i przekładamy ją do słoików (garnek cały czas stoi na gazie!), których ranty czyścimy z resztek, zakręcamy i stawiamy dnem do góry. Jeśli chcemy mieć pewność, że nasz wysiłek nie pójdzie na marne i nie skończy z zielonym nalotem w muszli i nie mam na myśli tej koncertowej to warto słoiki zapasteryzować, czyli wstawić do garnka, zalać je do 2/3 wodą i gotować 30-40 minut. Czynność tą można powtarzać 2-3 razy. Ja robię to jednak tylko raz i niczego w tym sezonie jeszcze nie wyrzuciłam:) Później już tylko czekamy aż pasta przestygnie i możemy dekorować słoik nalepką z nazwą oraz serwetką i kokardką. Tak przygotowane przetwory są najpiękniejszą ozdobą kuchni.
Prezentowy szpieg:D
Etykiety:
niezły bigos
And the winner is.................. (tu werble) ME! Tak właśnie się czułam gdy wczoraj stanęłam na wadzę, normalnie jakbym wygrała w totka 25 milionów. Już tylko 2 kilogramy dzielą mnie od nagrody, którą wymusiłam na Filipie. Niestety umowa była spisana na serwetce i w związku z tym nie była szczegółowa i jak się okazało nie mam prawa wybrać sobie upominku sama...ale ruskim targiem wynegocjowałam, że jeśli mój impresario wybierze coś co mi się nie spodoba, to będę miała prawo do wymiany;P Swoją drogą ciekawe co on wykombinował, że tak się upiera przy tym żeby samemu sprawić mi prezent...może już coś ma?? hehe jeśli tak to mam nadzieję, że dobrze to schował, bo ja mam nadprzyrodzone zdolności wyszukujące, moje ręce zaczynają mnie swędzieć gdy tylko w pobliżu mnie pojawi się coś zapakowanego w papier ozdobny i kokardy, a jak już jestem naprawdę blisko tego czegoś to aż mnie stopy pieką. Jeśli mój luby zaraz nie zwlecze się z łóżka to włączę moje systemy namierzające i zrewiduję nasze mieszkanie:P
Kalina wiem, że liczyłaś na to, że napiszę coś o naszym wczorajszym biesiadowaniu u cioci Marioli, przyznam szczerze, że opisanie naszych spotkań nie jest łatwą sprawą...kojarzy mi się to z taką prawdziwą włoską rodziną, rodem z Toskanii, co prawda nas jest przy stole o wiele mniej, ale hałasu robimy tyle samo:P Oczywiście uwielbiam te nasze emocjonujące dyskusje, to że wszyscy się tak angażują i przeżywają wszystko o czym się mówią, ale wczoraj nie potrafiłam się skupić na konwersacji, bo zapachy jedzenia świdrowały mi w nosie i jedyne na co miałam ochotę to rzucić się na stół i turlać się w tych smakołykach. Był to dla mnie niesamowity sprawdzian silnej woli, ale zdałam go w mojej opinii na 6.
Kalina wiem, że liczyłaś na to, że napiszę coś o naszym wczorajszym biesiadowaniu u cioci Marioli, przyznam szczerze, że opisanie naszych spotkań nie jest łatwą sprawą...kojarzy mi się to z taką prawdziwą włoską rodziną, rodem z Toskanii, co prawda nas jest przy stole o wiele mniej, ale hałasu robimy tyle samo:P Oczywiście uwielbiam te nasze emocjonujące dyskusje, to że wszyscy się tak angażują i przeżywają wszystko o czym się mówią, ale wczoraj nie potrafiłam się skupić na konwersacji, bo zapachy jedzenia świdrowały mi w nosie i jedyne na co miałam ochotę to rzucić się na stół i turlać się w tych smakołykach. Był to dla mnie niesamowity sprawdzian silnej woli, ale zdałam go w mojej opinii na 6.
piątek, 2 listopada 2012
Pomarańczowy zawrót głowy
Etykiety:
Przepisy popisy
Jestem głodna! Jestem głodna! Jestem głodnaaaaaaa! Masakra. Tym razem pierwsze dwa dni minęły jak z bicza, nawet nie spostrzegłam, że nie jem. No dobra kłamałam, trochę mi to doskwierało, ale tylko troszeczkę :P Niestety okres beztroski minął. Dziś już było ciężko, gdyby nie moja mama, która do mnie przyjechała i zrobiłyśmy sobie hardcorowy rajd zakupowy to chyba bym posiekała wiklinowy parawan z dużego pokoju i ugotowała z niego spaghegtti. Dzięki Mamuś!
Całe szczęście relacje między domownikami na Cyryla się poprawiły co bardzo mi ułatwia zmagania z moim przeciwnikiem czyli potworem głodomorem! Znów jesteśmy z Filipem jak Bonnie i Clyde i radośnie planujemy nasze małe zbrodnie. Mamy już w planach napad na warzywniak i mord na paprykach. Na dobry początek Filip zaciukał pomarańcze i zabawił się w małego chemika. W wyniku tych eksperymentów w kącie w kuchni stoi baniak z pomarańczówką. Zainteresowanym pachnąco-rozweselającym dodatkiem do zimowej herbaty zamieszczam przepis:
Pomarańczowy zawrót głowy:D
Ingrydiensy:
1 litr spirytusy
8 pomarańczy
1,2 kg cukru (może być 1kg)
1,2 litra wody
Pomarańcze parzymy i szorujemy do bólu. Następnie "obdzieramy" je ze skóry i wyciskamy do garnka sok dopóki pomarańcze nie zaczną błagać o litość. Dolewamy wodę i wsypujemy cukier. Teraz już tylko całość zagotowujemy i odstawiamy do przestygnięcia. W tym czasie oddzielamy od skórek białą część (w ten sposób pozbędziemy się nutki goryczy) i to co nam pozostało, czyli pomarańczowe fragmenty tniemy na mniejsze kawałki, wciskamy je do butli, zalewamy ostudzoną miksturą - najlepiej wlewać przez lejek od góry przykryty gazą. Na końcu dodajemy spirytus i starannie mieszamy. I teraz test na cierpliwość...tak przygotowaną naleweczkę odstawiamy na minimum 4 dni w ciemne miejsce. Później już tylko hulaj dusza piekła nie ma:)
Dobra rada cioci samo zło:
Odchudzającym się lub z kiepską przemianą materii odradzam nawet robienie tego "wynalazku". Mnie wprost skręca, że nie będę mogła jej pić, ale niestety jest to prawdziwa bomba kaloryczna. W zeszłym roku musiałam lać się po łapach żeby się do niej nie przytulić;)
Całe szczęście relacje między domownikami na Cyryla się poprawiły co bardzo mi ułatwia zmagania z moim przeciwnikiem czyli potworem głodomorem! Znów jesteśmy z Filipem jak Bonnie i Clyde i radośnie planujemy nasze małe zbrodnie. Mamy już w planach napad na warzywniak i mord na paprykach. Na dobry początek Filip zaciukał pomarańcze i zabawił się w małego chemika. W wyniku tych eksperymentów w kącie w kuchni stoi baniak z pomarańczówką. Zainteresowanym pachnąco-rozweselającym dodatkiem do zimowej herbaty zamieszczam przepis:
Pomarańczowy zawrót głowy:D
Ingrydiensy:
1 litr spirytusy
8 pomarańczy
1,2 kg cukru (może być 1kg)
1,2 litra wody
Pomarańcze parzymy i szorujemy do bólu. Następnie "obdzieramy" je ze skóry i wyciskamy do garnka sok dopóki pomarańcze nie zaczną błagać o litość. Dolewamy wodę i wsypujemy cukier. Teraz już tylko całość zagotowujemy i odstawiamy do przestygnięcia. W tym czasie oddzielamy od skórek białą część (w ten sposób pozbędziemy się nutki goryczy) i to co nam pozostało, czyli pomarańczowe fragmenty tniemy na mniejsze kawałki, wciskamy je do butli, zalewamy ostudzoną miksturą - najlepiej wlewać przez lejek od góry przykryty gazą. Na końcu dodajemy spirytus i starannie mieszamy. I teraz test na cierpliwość...tak przygotowaną naleweczkę odstawiamy na minimum 4 dni w ciemne miejsce. Później już tylko hulaj dusza piekła nie ma:)
Dobra rada cioci samo zło:
Odchudzającym się lub z kiepską przemianą materii odradzam nawet robienie tego "wynalazku". Mnie wprost skręca, że nie będę mogła jej pić, ale niestety jest to prawdziwa bomba kaloryczna. W zeszłym roku musiałam lać się po łapach żeby się do niej nie przytulić;)
Opowieści z krypty
Etykiety:
niezły bigos
Tak jak pisałam w poprzednim poście ruszyliśmy wczoraj w nocy w tournee po Bytomskich cmentarzach i muszę przyznać, że niezły szok przeżyłam, gdy dotarliśmy do pierwszej bramy, a ona była zamknięta na cztery spusty, a tabliczka obok głosiła: "czynne od 7 do zmierzchu" noooooooo bez jaj. Czyżby w Bytomiu grasował gang hien cmentarnych i tak się przed nim zabezpieczają??!!O mało mnie krew nie zalała. Myślałam, że taka noc rządzi się innymi prawami. Trochę sobie łagodnie mówiąc pozrzędziłam, bo jak jestem wściekle głodna to takie rzeczy natychmiast wywołują u mnie falę złości. Jednak nie zniechęciło mnie to na tyle żeby się poddać, więc ruszyliśmy dalej. W tej okolicy jest kilka parków sztywnych i po chwili byliśmy przy następnym i to "egzotycznym", bo wielowyznaniowym. Był mroczny, nie tak mocno rozświetlony zniczami, zarośnięty i pełen pułapek...tu studzienka bez kratki, tam gałąź na środku ścieżki...czuliśmy się jak w jakimś horrorze, ale było miło. Później przedostaliśmy się przez dziurę w murze na cmentarz obok i on był już w wydaniu klasycznym. Łuna, miliony lampek...a robiliście tak jak byliście mali, że mrużyliście oczy i światełka się tak fajnie rozmazywały?? Ba! Kto tego nie robił, to pytanie jest wręcz nie na miejscu:P Pospacerowaliśmy jeszcze po "naszym" mieście i gdy opadłam z sił, a uwierzcie mi, że bez "paliwa" nie zajeżdżam już tak daleko, wróciliśmy do domu. Głodowanie świetnie wpływa na pracę mojego mózgu, co zresztą wydaje się być sprzeczne z fizjologią, ale nie pozwala mi na długi wysiłek. Wracam do sprzątania, bo przez to pisanie okrutnie zaniedbałam naszą kwaterę;P I will be back soon!
czwartek, 1 listopada 2012
Lista nieobecnośći
Etykiety:
niezły bigos
No i nie dotarłam tej nocy do sypialni!!! Mam nadzieję, że to nie oznaka tego, że nasz związek wszedł w etap znieczulicy, bo to by było straszniejsze niż zakończenie kariery aktorskiej przez Sylwestra Stalone. Czym byłoby kino bez tak utalentowanej gwiazdy Hollywood??!!No ja się pytam czym??:P O dziwo pomimo spędzenia nocy w salonie wyspałam się jak nigdy na tej krótkiej kanapie, ale niestety zaraz po otwarciu oczu przypomniałam sobie dlaczego moje głodne ciało nie jest w sypialni. Przez absencję Fifsona nie spędziliśmy Święta Zmarłych razem....ubrałam się i wyszłam z domu bez pożegnania. To było najtrudniejsze, musiałam trzymać emocje na wodzy, żeby się nie złamać i nie zawrócić, ale udało się. Wskoczyłam do samochodu i ruszyłam na podbój Dąbrowy Górniczej. Jako, że jeżdżę teraz wozem, którego nie trzeba kopnąć żeby się otworzył i na dodatek ma radio, to skorzystałam z tego przywileju i włączyłam jedyną dobrą stację czyli Trójkę...a tam ze względu na specyfikę dzisiejszych obrzędów same ballady i inne smuty. No i z tego wszystkiego deszcz nie hulał już tylko za oknem, ale burza rozpętała się też w środku. Z grobowego nastroju wyrwały mnie echem obijające się po głowie słowa: musisz być silna, jesteś kobietą niezależną, sama dasz radę dojechać do celu i wrócić i w ogóle będzie super, tym razem na pewno się nie zgubisz! Natychmiast poczułam nadchodzącą falę energii z kosmosu, wcisnęłam gaz i zaczęłam śpiewać razem z Łitnej Hjuston na całe gardło I'll always Love You noooooooo i powiem Wam, że udało mi się wyciągnąć z nią nawet ostatnie U w słowie You, wiecie, ona tam tak wyje na końcu Youuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu Dojechałam cała i zdrowa, zapaliłam znicze i z Gołonoga popędziłam prosto do Gliwic gdzie spędziłam z rodziną cudowny dzień. Oczywiście myśli raz po raz uciekały mi w stronę Bytomia i Filipa, ale nie ugięłam się i nie wróciłam do domu aż do wieczora. Jak każda kobieta, która wzięła swego lubego na przetrzymanie spodziewałam się gorącego przyjęcia, pięknych kwiatów i innych dupereli, ale tak to chyba tylko w filmach mężczyźni się zachowują, w realu jest zupełnie inaczej. Było mi trochę przykro i raczyłam poinformować Filipa o tym, że się nie spisał, a w ramach zemsty, powiedziałam, że w takim razie kończę głodówkę i sama zjem to co przekazała dla niego moja babcia...ooooooo jak mu się oczy zaświeciły jak zobaczył czosnkową kiełbaskę i furę szałotu... gdy uwierzył, że naprawdę zamierzam sama to zjeść, wyszedł i rzucił tylko na odchodne: phi zjem sobie grzanki. Ukroiłam jeszcze do tych pyszności dwie kromeczki chleba i zaniosłam mu tą pachnącą kolację. Aż mnie skręcało z zazdrości, było mi dużo trudniej niż przy obiedzie u rodziców, bo oni potrafią docenić moje wyrzeczenia i dodać mi otuchy, a Filip mam wrażenie, że uważa moje głodowanie za pierdnięcie. Cóż dla mnie moje zmagania są niczym wejście na Mont Everest . Swoją drogą ciekawe jak Wanda Rutkiewicz by się czuła gdy jej mąż uznał zdobywanie przez nią szczytu ośmiotysięcznika za wpełznięcie z sankami na pagórek w parku. Eh to była babeczka, w takim dniu właśnie takie osoby powinniśmy wspominać. Pierwsza europejka na Czomolungmie! Mam nadzieję, że kiedyś i ja zlokalizuję swój "szczyt" i znajdę w sobie siły żeby go zdobyć.
Szkoda byłoby zmarnować tak piękną noc przed komputerem, więc lecę ubrać ciepłe skarpety, porwę pod pachę Filipa i jedziemy poszwędać się po cmentarzach...tylko raz do roku wyglądają tak magicznie:)
Szkoda byłoby zmarnować tak piękną noc przed komputerem, więc lecę ubrać ciepłe skarpety, porwę pod pachę Filipa i jedziemy poszwędać się po cmentarzach...tylko raz do roku wyglądają tak magicznie:)
Relacja z przebiegu konfliktu prosto z linii frontu
Etykiety:
niezły bigos
Wojna na przezwiska trwa. Przyjęła nieco łagodniejszy wymiar, bo porzuciliśmy akty przemocy na rzecz rywalizacji ideologicznej. Nasz konflikt przyjął kształt "zimnej wojny", a wyścig zbrojeń pod postacią licytacji na coraz to bardziej okrutne przydomki rani do żywego. Oboje jednocześnie pękamy ze śmiechu na wieść o nowym pomyśle przeciwnika, ale w środku się gotujemy, bo oboje wynajdujemy ksywki, które do przyjemnych nie należą i trafiają w czułe punkty rywala. Pod moim adresem padło już: "łajza, parówson, parów, parówa, głupek, salsiczia,smród, wyrób z wieprza, ofiara...." pierwszego i ostatniego nienawidzę niesamowicie!!!! Ale ja a nie byłam Filipowi dłużna: "gnój, cymbał, mały, frędzel, bąk, głupek, nadęciak i wieśniak". Pewnie nie jest tajemnicą, który pocisk najbardziej zranił Fifsona?? Gdyby faceci mieli krztę dystansu do siebie:P Wiem, że nie ma się czym chwalić, ale nie mogłam się powstrzymać, bo mimo tego, że trup gęsto się ściele to jest w tym element komediowy. Ja np. jak słyszę Parówson to mnie to bawi, a zarazem doprowadza do szału. Najpierw śmieję się przez zęby, a chwilę później zaciskam pięści i spinam pośladki. Próbowałam już nawet wymyślić sobie jakąś mantrę, żeby polubić, a przynajmniej traktować neutralnie te przezwiska, ale mi nie wyszło. Może jutro spróbuję medytacji;) Niestety w związku z naszymi potyczkami słownymi popsuła się atmosfera w naszym domostwie...zresztą poza nim też kiepsko się dogadujemy, mam tylko nadzieję, że kamuflaż nam dobrze wychodzi, bo dziś Ewa z Rafałem byli z nami w kinie i liczę na to, że nie zauważyli jak Filip bez przerwy mnie szturchał i warczał: "uspokój się", "ostatni raz poszedłem z Tobą do kina", "jak Ty się zachowujesz"...było mi przykro, bo mam wrażenie, że on najbardziej nie lubi gdy ja mam wyśmienity humor i dobrze się bawię... w moim wypadku jest na odwrót, cieszy mnie ogromnie, gdy on sobie poczyna jak mały chłopiec w sklepie z zabawkami i pomimo tego, że jego zachowanie też jest dla mnie momentami infantylne to go nie "gaszę", bo i po co, niech się cieszy. Któreś z Nas ma dziwny sposób postrzegania świata i to na pewno nie jestem ja:P Wolę być zbyt radosna niż zbyt poważna, ale niestety nie każdy ma takie podejście do życia. Jasne, że jak wszyscy mam swoje zmartwienia, ale nie zamierzam im pozwolić grać pierwszych skrzypiec, one mogą grać jedynie role drugoplanowe;) Żal mi tylko takich dni kiedy się staram zbudować miła atmosferę, umawiam Nas ze znajomymi do kina, stawiam bilety na film wybrany pod niego, a w zamian cały wieczór jestem szturchana i strofowana....żal mi go, bo wiem, że pewnie on był tak traktowany będąc dzieckiem i ktoś zabił w nim radość życia, ale ja sobie na to nie zasłużyłam. Już bardzo rzadko ujawnia się to mroczne oblicze mojego partnera, ale jednak nadal gdzieś czyha, a gdy się tylko wychyli to czuję jakby mi ktoś podciął skrzydła i odessał wszystkie kolory z mojej małej planety. Eh z tego wszystkiego nawet nie jestem w stanie napisać krótkiej recenzji nowego Bonda, bo nie umiem się skupić na niczym inny niż na tym skąd bierze się taka drętwota i jak tak mądry facet może uważać, że jak się człowiek śmieje i żartuje to jest odbierany przez innych jako kretyn, co gorsza nie widzi, że tylko on mnie tak postrzega i błazna robi z siebie. Nie ma co się nad tym więcej rozwodzić, bo ja to próbuję rozgryźć już dobrych parę lat i niczego to nie zmieniło. Ta bomba zegarowa musi co jakiś czas pierdyknąć i w związku z tym dziś śpię na kanapie!!
Nie dość, że jestem głodna, bo tak jak obiecałam przeszłam dziś w stan wegetacji to jeszcze będę marzła na tej niewygodnej "pryczy"...ale nie ma innej opcji, nie pójdę do frędzla! Ale gdybym jadła to bym poszła...najadłabym się fasoli i ruszyłabym do boju z bronią chemiczną...podkołderniki jadowite sesese ups zapomniałam, że kobiety nie robią kupy i nie puszczają bąków, ale faux pax. Raju, ale wiecie co mnie najbardziej boli, że jutro wszystkich śniętych iiiiii moja babcia jak co roku robi gołąbki z tej okazji, najlepsze "ptaki bez ptaków" na śląsku, a ja ich nie zjem buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu co tam przezwiska i obelgi, są większe tragedie na świecie i to jest właśnie jedna z nich. Ale bym coś teraz wszamała, dobrze że podczas seansu nikt obok mnie nie jadł popcornu, bo na pewno moja ręka trafiłaby do pudełka na autopilocie, mimo szczerej nienawiści do tej przekąski bleeeeeeee teraz pewnie nawet trawa smakowałaby jak delicje:D
Nic to zwijam się w kłębek i czekam, aż mój oprawca po mnie przyjdzie i wycedzi: "co Ty wyprawiasz?? chodź do łóżka", a ja wtedy odpowiem: " nie rozmawiam z Tobą, wolę spać na kanapie" i do rana będę żałowała, że nie zmiękłam i męczę się na sofie;P
Nie dość, że jestem głodna, bo tak jak obiecałam przeszłam dziś w stan wegetacji to jeszcze będę marzła na tej niewygodnej "pryczy"...ale nie ma innej opcji, nie pójdę do frędzla! Ale gdybym jadła to bym poszła...najadłabym się fasoli i ruszyłabym do boju z bronią chemiczną...podkołderniki jadowite sesese ups zapomniałam, że kobiety nie robią kupy i nie puszczają bąków, ale faux pax. Raju, ale wiecie co mnie najbardziej boli, że jutro wszystkich śniętych iiiiii moja babcia jak co roku robi gołąbki z tej okazji, najlepsze "ptaki bez ptaków" na śląsku, a ja ich nie zjem buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu co tam przezwiska i obelgi, są większe tragedie na świecie i to jest właśnie jedna z nich. Ale bym coś teraz wszamała, dobrze że podczas seansu nikt obok mnie nie jadł popcornu, bo na pewno moja ręka trafiłaby do pudełka na autopilocie, mimo szczerej nienawiści do tej przekąski bleeeeeeee teraz pewnie nawet trawa smakowałaby jak delicje:D
Nic to zwijam się w kłębek i czekam, aż mój oprawca po mnie przyjdzie i wycedzi: "co Ty wyprawiasz?? chodź do łóżka", a ja wtedy odpowiem: " nie rozmawiam z Tobą, wolę spać na kanapie" i do rana będę żałowała, że nie zmiękłam i męczę się na sofie;P




