czwartek, 14 marca 2013

Nagły zwrot akcji x2

Starszyzna ma w zwyczaju mawiać: Nie chwal dnia przed zachodem słońca...ja za to mawiam: phi mam to w du... Jednak tym razem się doigrałam. Jeśli wczoraj komuś kto czytał moje wypociny przeszło przez głowę: no chyba jej za dobrze, dzisiaj może spać spokojnie, bo już mi nie jest tak dobrze:P Primo męczy mnie duszek kacorek, bo wczorajsze saneczkowanie skończyliśmy w knajpce na dole i w oczekiwaniu na wybór nowego "papasa" popijaliśmy tego niegroźnego spritza, o którym już wspominałam. No i może nie jest on mocny, ale po 10 takich rezultat jest jednak zacny:P Przykozaczyłam, bo wiedziałam że czeka mnie jeszcze długa droga pod górę do naszego hotelu i procenty szybko wyparują. Niestety nie wzięłam pod uwagę jednego, że jak już przykulam się do pokoju to znajdę jeszcze jedno wino na balkonie. Jaki z tego wniosek?? Nigdy nie wychodź w nocy na balkon!! No i budzę się dzisiaj rano i świeżynką to ja nie jestem:P Oprócz tego znów zbliża mi się okres, więc jestem zmierzła do granic możliwości, wkurza mnie dosłownie wszystko. Krzywo powieszona kurtka, skarpetka na podłodze, pryszcz na nosie, czterodniowydniowy zarost Filipa....WSZYSTKO! A teraz gwóźdź do trumny. Podniecałam się wczoraj, że będę dziś szalała poza trasami i będzie czad...nooo i ...zeszłam na śniadanie, uspokoiłam hormony, wzięłam witaminy, ibupromy i magnezy, żeby stłumić efekty wieczornych szaleństw i gdy już doszłam do siebie, odkryłam że za oknem świeci słońce, widać błękitne niebo, a na trasie jest mnóstwo świeżego śniegu. W tej radosnej atmosferze skonsumowałam śniadanko, ciepły croissant z "pasztetem"* był wisieńką na torcie, przedsmakiem cudownego dnia...do czasu...opuszczając strefę jadalnianą zatrzymał nas kelner i zagaduje: sci sci?? na co ja z ogromniastym uśmiechem na japie: si si, a on mnie ciągnie do okna i pokazuje prześwit między drzewami, w którym widać nasz wyciąg krzesełkowy, który ani drgnie!!!! No i tłumaczy mi: bla bla bla bla vento bla bla bla i macha rękami. Wieje tak potwornie, że nawet na spacer nie chce mi się wychodzić. Boję się że mnie porwie gdzieś pod chmury albo zepchnie w jakąś przepaść. W efekcie koczujemy w naszej gawrze i udajemy przed sobą, że niby chcemy coś robić, bo co jakieś 45 minut pada pytanie: to co robimy...i pozostaje ono bez odpowiedzi;( DÓŁ na maksa!! Pozostało nam jedynie "smarowanie" – bez skojarzeń, w słowniku narciarza oznacza to spożywanie alkoholu:P i gimnastyka- i tu już interpretacja dowolna;)

*pasztet- nie będę przeprowadzała tu wnikliwej analizy mojej jakże zaskakującej nazwy dla Nutelli, bo musiałabym poświęcić na to jakieś 3 dni, po prostu nazywam kremy czekoladowe pasztetami i już:D

PS. Podczas gdy ja przelewałam swoje smutki na "papier" Filip się ogolił, a huragan zelżał. Zrezygnowaliśmy ze "smarowania" i spędziliśmy cudowne popołudnie na biegówkach...jednak happy end...w nagrodę wcinam dziś pizzę:D malutka zaraz wyjedzie z pieca:D:D:D:

środa, 13 marca 2013

Italiano vero:D

Wybaczcie taką długą absencję,ale gdy sezon zimowy trwa moje zakręcone myśli zasuwają niczym księżyc wokół ziemi tylko i wyłącznie wokół narciarstwa:D Teraz też jestem na wyjeździe, ale tym razem już tylko dla siebie. Miła odmiana jeździć w końcu przodem, równolegle i szybciej niż 5km/h:D Zarezerwowałam pokój i na spontanie wsadziliśmy z Filipem tyłki w auto i przykulaliśmy się do Włoch żeby wyszaleć się na śniegu. Oczywiście nie zabrakło przygód już w drodze...ledwo minęliśmy pierwszą sosnę za naszym domem okazało się, że mój luby zapomniał skarpet narciarskich, a wiadomo, że bez tego ani rusz, więc w tył zwrot, do "jednostki" wróć. Podejście nr dwa. Zjechaliśmy z trasy już tylko po płyn do spryskiwacza... płyn dolany, wsiadamy, pasy zapinamy, komu w drogę temu trampki...yyyyyy a buty do biegówek mamy?? Ja nie pakowałam, a Ty?? Ja też nie...w tył zwrot do domu... gazuuu:D Tym razem wsiedliśmy do auta, posiedzieliśmy minutę i dopiero wtedy zapieliśmy pasy i ruszyliśmy w drogę:D Przez następną godzinę aż mi się czerep dymił od tego myślenia, czy aby na pewno wszystko spakowałam...na miejscu okazało się, że...o niczym nie zapomnieliśmy:D Rozgościliśmy się w pokoju, Filip poszedł spać, a ja wyskoczyłam obiec okolicę, przywitać wszystkie świerki i zaspy. Po powrocie wskoczyłam do nagrzanego już wyrka i kimaliśmy jedynie 11h:P
Tak trochę, ale tylko trochę z innej beczki, to zawsze gdy jestem na nartach jako instruktor, to gdy wstaję rano, marzę sobie, że nie jestem w pracy i mogę sobie poleżeć do 9:00, później jem śniadanko i dopiero o 10:00 wypełzam na stok...no i po raz kolejny mam szansę spełnić moje marzenia, a zamiast tego urządzam sobie mały obóz odchudzający. Bo gdy ja się już wybiorę na wakacje to nie marnuję ani minuty, a mój dzień wygląda mniej więcej tak jak dziś: 7:30 jogging ( to tegoroczna nowość, nigdy wcześniej nie udało mi się biegać na wyjazdach)+ zimny prysznic 8:30 śniadanie 9:15 wpinam się w narty, śmigam co tchu do 11:00 i wtedy czas na...1 drinka odświeżającego czyli spritza:D (prosecco+aperol+woda+lód+pomarańcza= mniam) 11:15 powrót na trasę i pobijanie rekordów prędkości- wiadomo brawura po alkoholu:P no dobra to był głupi żart, właśnie dlatego popijamy tylko spritza, bo ma niską zawartość alkoholu, ogólnie nie uznaję jazdy na nartach pod wpływem!!:D 14:30 zjazd do hotelu na małe co nieco( zawsze dziabnę kawałek pizzuni Filipa:P) i byczenie się w leżaku:P 16:00 biegóweczki 17:00 spacer...18:00 spritz:D:D, później już tylko prysznic wino wyro wino filmy wino...gimnastyka...wino, spanie... i od rana powtórka z rozrywki:D:D:D:D
Co do pobijania rekordów, to dwa lata temu naszym celem było wyjeżdżanie na trasę jako przedzjeżdżacze czyli "pierwsi z pierwszych najpierwsiejsi", rok temu szliśmy na ilość i udało nam się jednego dnia przejechać 100km, a w tym roku stawiamy na prędkość...a wszystko zaczęło się od tego, że puściłam się wczoraj na pierwszej ściance ze szczytu , a zatrzymałam się dopiero na samym dole, no i gdy Filip dojechał do mnie przy bramkach do krzesełek, cały aż telepał się ze śmiechu. Zdziwiona zapytałam co go tak rozbawiło, a on na to: jesteś świrem Kochanie! Chyba jeszcze nigdy nie usłyszałam od niego piękniejszego komplementu:D Dzięki temu, że ostatnio jestem w doskonałej formie psychofizycznej i czuję się jak Superwoman nawet nie poczułam, że jadę jedynie 92km/h. Mało tego okazało się, że jestem podwójnym świrem, bo nie zwróciłam uwagi na to jak mam ustawione wiązania...przód miałam na 7 a tył na 6....dla niewtajemniczonych, dobrze że nie zgubiłam narty na pierwszym garbie;P jakby co to wszystkiego się wyprę:P Niestety dziś warunki nie pozawalały na pobicie wczorajszego wyniku, a wzięłam lepsze narty i przekręciłam wiązania... a tu śnieg, mgła i grząsko...ale jutro już nie odpuszczę i dobiję do stówki:D
Nota bene nigdy nie przypuszczałam, że jeszcze przeskoczę umiejętnościami swoje narty. Może nie jest ona jakaś nie wiadomo jak wspaniała,więc może i nie jest to jakiś wyczyn, ale czuję, że mnie ogranicza i niczego więcej już z niej nie wycisnę. Poza tym już w zeszłym roku poczułam, że znalazłam swoją narciarską miłość, a w tym sezonie nie mam już żadnych wątpliwości, że.... uwielbiam jeździć śmigiem. Kiedyś tego nienawidziłam i do głowy by mi nie przyszło, że będzie mi to sprawiało taką frajdę. Tak się tym jaram, że aż brak mi słów, nie pozostało mi więc nic innego jak kupić slalomki i stworzyć z nimi duet idealny:D No i znowu wydatki...
Dość już o nartach, bo przecież nie każdy musi lubić ten sport...chociaż w zasadzie... Problem w tym, że ja od ponad dwóch miesięcy nie robię niczego innego i chyba nie mam do powiedzenia niczego na inny temat...wybór nowego papieża?? Berlusconi?? eee no bez jaj;)Chociaż dla Benka sza-cun!
O! ale miałam zabawną sytuację podczas ferii śląskich. Uczyłam jeździć na nartach Bruna i Huga (dwóch takich co ukradną księżyc, kto ich zna ten rozumie moje uwielbienie dla tych dwóch małych cherubinków z małymi różkami za uszkami). Pewnego dnia chłopaki dali czadu i poszliśmy w nagrodę na gorącą czekoladę, a że w tej knajpce do której się wybraliśmy serwują ją taaaaaaaką dużą i gęstą i z ogromną ilością bitej śmietany, że taki czterolatek jadłby ją dwa dni, a mięliśmy pół godziny, więc postanowiłam poprosić o specjalne wydanie mini tego przysmaku. Zaatakowałam bar i śpiewająco wyartykułowałam swoją prośbę-zaznaczę tutaj, że często spotykam się we Włoszech z obsługą która zasuwa w 5 językach jednocześnie, dlatego postanowiłam mówić ich sposobem i taki był tego rezultat: "Ciao! Per me una chioccolata con panna in duo cups becouse it's for zwei little bambini from my group." Barman spojrzał na mnie z pełną powagą i cudowną angielszczyzną odpowiedział: "no problem, I will make for you one hot chocolate in two cups...zwei little bambini si?? alles klar??" na co ja : "yyyyyyyy da, yes, si, tak, ano...:D" no i wtedy już oboje zaczęliśmy się turlać po podłodze. Od tamtej pory Sebastiano wita mnie z uśmiechem na twarzy, zawsze ucinamy sobie miłą pogawędkę (już w jednym języku), a dziś zaserwował mi mega super exstra dużego spritza.
No i na koniec kilka miłych słów na temat mego towarzysza, z którym dzielę radość z narciarstwa, życia, wiatru we włosach, słońca na twarzy i takie tam romantyczne duperele jeszcze. W poniedziałek gdy "objeżdżałam-oprowadzałam" go po okolicy, dojechaliśmy krzesełkiem na taki szczyt skąd widać orczyk który wciąga ludzi na "wyższy szczyt tej samej góry" tylko z innej strony. No i ja się tak strasznie napalałam, że sobie zjadę taką fajną trasą, na widok której mogłam się tylko oblizywać podczas moich szusów z moją mega pędzącą grupą 5 latków, i że później sobie wjadę tym orczykiem i będą tam lepsze widoki i w ogóle tam to musi być tak super extra skoro ja tam nie mogę jechać...no i jestem, bez grupy, wolna jak ptak, pędząca ja TGVe, a orczyk...nieczynny!!I dupa, bo jak zjadę moją wymarzoną trasą, nawet pomimo wbitego ogromnego zakazu "pista chiuso" to już nie wjadę i będę musiała drałować pieszo...Filip tylko na mnie spojrzał i po zaciśniętych wargach, zmarszczonych brwiach i zmrużonych oczach rozszyfrował co się święci...ta mina oznacza tylko jedno... kłopoty... po dłuższej chwili...wydusiłam z siebie pytanie: co byś powiedział na mały spacer?? Filip: co masz na myśli?? Iga: no wiesz...widzisz ten szczyt...bo mnie się on strasznie podoba i chętnie bym go zobaczyła z bliska... Filip: no ale może jutro puszczą ten orczyk i sobie tam pojedziemy...?? Iga: (no może nie krzyczałam, ale mówiłam dość głośno) No na bank!! na pewno go nie PUSZCZĄ!!! i ja już nie zobaczę co jest za tą górą!!! i do końca życia będę się zastanawiała co tam jest!!! Filip: no to co proponujesz?? Iga: Ja chcę tam wejść ( powiedziałam nieśmiało i dołączyłam spojrzenie kota ze Shreka) Filip: a co z nartami?? Iga: jak to co z nartami?? Musimy je wziąć, żeby mieć później na czym zjechać!!! Filip: (ze stoickim spokojem) no dobrze:) Iga: Kocham Cię:*
No i wleźliśmy na ten szczyt szczytów, i wcale nie było tam jakoś wybitnie wyjątkowo, ale ja byłam wyjątkowo szczęśliwa:D

PS. Lisicaaaaa jak Ci dzisiaj po południu pisałam, że pada deszcz to jednak padało co innego, to był ten śnieg w wersji mini kulek tzw super mikro grad, a teraz lecą z nieba takie mega duże płaty śniegu, więc jutro będę zaznawała fantastico freerajdu...chciałabym to robić z Tobą...

PPS. A w nocy byliśmy na sankach...ale to już inna bajka:D



 

wtorek, 5 lutego 2013

Relacja prosto z frontu:D

Do wszystkich zaniepokojonych: NADAL WALCZĘ I NIE ZAMIERZAM SIĘ PODDAĆ!!! Ta cisza na łączach jest spowodowana opadem śniegu, który ściśle się wiąże z rozpoczęciem sezonu narciarskiego i ściśle z nim związanymi wyjazdami. W związku z tym we Włoszech byłam poddana próbom pizzowo-kolacyjnym i oczywiście ciężko zgubione kilogramy podczas głodowania i harowania w Szklarskiej poszły się paść i pasą się nadal na moim brzuchu!! Caspita! A naprawdę się ograniczałam, pilnowałam i lałam po łapach, aż mam sińce. Ale mam to w poważaniu booooo... mam formę ponad normę...wczoraj przebiegłam 7km w 50 minut, więc jest się z czego cieszyć!! Jest moc!! Czuję się tak jakbym miała zaraz rozpaść się na tysiąc kawałków i polecieć w kosmos. Radość z życia przepełnia mnie po same brzegi, po prostu CZAD! Wszystkie komórki mojego ciała są w takim dziwnym stanie jak po "amfie"- cudzysłów ma sugerować, że nigdy nie ćpałam i się tego nie wstydzę:D, wracając do moich podstawowych jednostek strukturalnych to one drgają i tańczą nawet gdy śpię:D:D:D Muszę poić je winem żeby poszły w kimę:D Swoją drogą dobrze, że za chwilę znów będę w słonecznej Italii gdzie wino jest tańsze od wody, bo bym zbankrutowała:D:D:D By the way kocham ten kraj w kształcie kozaka, ludzi go zamieszkujących, pogodę, góry, język, wszystko:D Kiedyś na pewno tam zamieszkam i będę jeszcze szczęśliwsza, chociaż wtedy to już na pewno wybuchnę, bo więcej szczęścia się już nie da pomieścić w jednej osobie:P
O rety no właśnie jakie ja miałam cudowne urodziny w tym roku! Zaczęło się już 22.01, impreza w jakże "ogromnym" apartamencie na poddaszu była elegancka, mimo ścisku były tańce, hulańce i wygibańce:D Przy tak zacnej ekipie rozmiar "dencplejscu" nie miał znaczenia:D Dnia następnego na ogromnym kacu tłukłam się PKSem do Katowic i już nie byłam taka szczęśliwa:P To wtedy odbierałam te smsy z życzeniami i miłe telefony, wybaczcie że nie tryskałam pozytywną energią, ale trochę mi jej wtedy brakowało:P W nocy z przystanku odebrał mnie Filip. W domu czekało na mnie tiramisu ( mój ukochany robi najlepsze "poderwij mnie" na świecie, włosi mogą się schować) na dodatek ze świeczkami w kształcie tych numerków, które tego dnia się zmieniły, kurde bez kitu nie mogę uwierzyć, że to już tyle!!! W lodówce chłodził się szampan, a w znanym i lubianym pudełeczku z apartu znalazłam to co kobiety kochają najbardziej:D żeby nie było zbyt romantycznie to może wytłumaczę, że ja dostaję biżuterię między innymi dlatego, że jest dobrą inwestycją i zawsze można na zacnym kruszcu zarobić:P Oczywiście mnie to nie przeszkadza, ważne że się "blyszczy" i skrzy i lśni i jest piękna:D:D:D No i do pełni szczęścia brakowało tylko jednego, ale matka natura postanowiła powiedzieć NIE miłości i po raz kolejny rozpoczęła cykliczne zmiany w obszarze moich narządów rodnych. SUKA! Jeszcze się z nią policzę!;P jeśli czyta mnie jakiś przedstawiciel płci przeciwnej to może przekazać reszcie swojej nacji: kobiety też mają potrzeby seksualne i gadamy o seksie więcej niż Wy!!! Ha! Whose the best??!! Kiedyś zdradzę Wam jeszcze jedną tajemnice, ale to jak mnie jakiś facet wkurzy;)Uciekam, bo mi zaczyna bić na dekiel jak mawia mój tatinek:D Muszę tą nadprogramową energię wybiegać:D 



sobota, 8 grudnia 2012

Mikołajkowa karma

Doszłam wczoraj do wniosku, że byłam niegrzeczną dziewczynką i w ramach pokuty postanowiłam wychłostać się depilatorem po brzuchu. Jako, że gdy tyję przestaję oglądać się w lustrze, a przynajmniej unikam tego jak ognia to zupełnie zapomniałam, że należę do kobiet posiadających na brzuchu tzw. ścieżkę miłości, wyleciało mi też z głowy jak bardzo jej nienawidzę. Jednak ponieważ wraz z utratą kilogramów zwykle pomału zaczynam się przepraszać ze zwierciadłami w mieszkaniu, a gdy już oswoiłam paniczny strach przed swoim odbiciem i obejrzałam się dokładnie to w tym samym momencie wróciły zapomniane uprzedzenia i awersja do autostrady na bebzolu. W skutek tych jakże przykrych wniosków sięgnęłam po nowoczesną maszynę tortur skonstruowaną najpewniej przez mężczyznę, który pałał żądzą zemsty na kobiecym rodzie. Tylko za co on tak strasznie Nas nienawidził? Jeśli dowiem, że się depilator wymyśliła kobieta to przysięgam, że zwątpię w naszą nację i wyrzeknę się swojej płci!
Cóż... od wczoraj odkładam na zabieg laserem, lub na psychoterapię pt. "polub swoje hery", nie ma bata żebym ten zuchwały czyn powtórzyła, śmierć mechanicznym wyrywaczom! Urządzam jutro samosąd na depilatorze, jacyś chętni??
Oprócz "rózgi" vel bicza, którego sama na siebie ukręciłam doczekałam się wiechcia długich czerwonych róż...jak zwykle przemiłe panie w kwiaciarni wcisnęły memu lubemu najstarsze kwiaty jakie miały na zapleczu. Zaledwie wczoraj je dostałam, a już im łby opadają...a może to taka karma, może po prostu nie zasłużyłam na nic więcej... o nie moi drodzy, nie lękajcie się, mój Mikołaj zwyczajnie urwał się z choinki i zamówił dostawę prezentu za pośrednictwem poczty polskiej, która czasem (czytaj zawsze) ma obsuwy czasowe. Dlatego ja swój podarek otrzymałam dziś. Moja cierpliwość jednak została wynagrodzona i  wymarzony naszyjnik już "blyszczy" na mej gardzieli. Tym razem nie było niestety elementu zaskoczenia, bo bardzo subtelnie sugerowałam co bym chciała, ale czasem trzeba z czegoś zrezygnować dla dobra sprawy:P
Nawiązując do tematu niespodzianek to zaraz obok półki na której one leżą znajdują się też niezastąpione psikusy. Rety, chyba nie ma drugiej osoby na świecie, która "kupuje" je w takich ilościach jak ja. Zwykle płatam figle dzieciakom, ale zaraz na drugim miejscu jest mój Filip. Po prostu nie mogę się oprzeć. On wszystko łapie jak pelikan. Oczywiście po latach treningu nie wystarczy banalne: "noooooooo nieeeeeeeee znowu wlazłeś w gów... w psią kupę..." albo zawsze skuteczne i dobre na każdą pogodę :"cały dzień chodziłeś z tą dziurą na tyłku??". Teraz już muszę się nieźle nagimnastykować, żeby wkręcić mego wiecznie czujnego poskramiacza dowcipów. Całe szczęście nadal udaje mi się wyłapać taki moment, gdy jego radary są ospałe, wtedy natychmiast włączam tryb: figlarz i robię, go w konia. Nigdy nie zapomnę jak się schowałam za drzwiami, wszędzie było pogaszone i wyskoczyłam na niego z klasycznym "BU!", hehe ale go wystraszyłam...sama szczerze tego rodzaju zabaw nienawidzę, więc długo musiałam go błagać, żeby mścił się w inny sposób. Uległ i wyobraźcie sobie, że po kilku latach doczekał się w pewnym sensie zadość uczynienia. Byliśmy kilka dni temu na spacerze w celu celebrowania pojawienia się na drogach pierwszych odśnieżarek. Małe osiedle domków jednorodzinnych, późny wieczór, głucho wszędzie, śnieg cudownie skrzypi, przy płocie jednego z domu mały krzaczek, mijamy go, a on...jak kurde w transformersach w mgnieniu oka zmienił się w psa, skoczył na płot i jak nie szczeknął...wrzasnęłam! Pierwszy raz w życiu ze strachu aż zawyłam, pomimo tego, że otwierając usta już wiedziałam, że nie ma się czego bać to niestety impuls z mózgu do mięśni już poszedł i to se newrati...ale miał Filip ubaw...sama po chwili turlałam się po ulicy ze śmiechu. W przyrodzie jednak jest równowaga, ja płatam figle Fifowi, a on...czeka aż sama się na sobie zemszczę:P



czwartek, 6 grudnia 2012

Złośliwość rzeczy martwych

Ło matko i córko! Odwiedziłam dziś rano domowe pomieszczenie popularnie zwane kuchnią. Moja noga nie przestępowała progu tej izby od niedzieli, ale dziś rano musiałam sprawdzić co tak śmierdzi w tamtej okolicy. Tajemnica została rozwikłana. Nie da się ukryć, że Filip nie lubi zmywać:P Po tym co tam zastałam straciłam apetyt na cały dzień...chyba zamiast krzyczeń na niego to mu podziękuję...Zresztą dziś są Mikołajki, a poza tym mam świetny humor i nie zamierzam go sobie psuć takimi błahostkami...no dobra tak naprawdę to boję się, że nie da mi prezentu, a strasznie chcę go dostać:D
A tak z innej beczki, to popsuła mi się waga...wywaliłam na nią kupę kasy, a ona teraz, gdy wreszcie jest eksploatowana i powinna się cieszyć, odmawia posłuszeństwa. Nigdy jej nie lubiłam, wredne stworzenie! Jadę ją reklamować;)

sobota, 1 grudnia 2012

Jak grzeszyć to tylko w ten sposób:D

Tak z innej beczki, to żeby się dobić, zrobiłam sobie zapachową chłostę;P Przed wczoraj robiłam tacie z okazji imienin czekoladowe trufle. To był koszmar. Kulałam kulki z masy czekoladowej własnoręcznie...jak te aromaty świdrowały w nosie...pal sześć że miałam to na rękach, bo w sumie nie lubię się paciać w czekoladzie, ale zapach zniewalał...jednak było warto, tatinek się ucieszył, a goście się zachwycali. Jeśli chcecie zrobić komuś kto nie musi liczyć kalorii i lubi słodycze miłą niespodziankę zamieszczam przepis.

Czekoladowe kule armatnie

6 tabliczek czekolady (4 gorzkie, dwie mleczne)
250ml śmietany kremówki 30%
50 ml cointreau (lub innego trunku: koniak, brandy itp.)
ciemne kakao do obtaczania lub mielone orzechy
małe papilotki 

Receptura:
Czekoladę łamiemy na kawałki i roztapiamy w kąpieli wodnej (miskę stawiamy na garnku z wodą i odpalamy pod nim gaz), zalewamy śmietanką, alkoholem i mieszamy do momenty gdy powstanie jednolita masa. Masę zamykamy w szczelnym pojemniku i odstawiamy na 24h do lodówki. Następnego dnia małą łyżeczką formujemy kulki, które "dokulowujemy" w rękach i wrzucamy do miseczki z ciemnym kakaem, obtaczamy i przekładamy do papilotek. Wszystkie trufle wkładamy do pojemnika, zamykamy i przechowujemy w lodówce. Można kupić ładne pudełko i stworzyć cudną bombonierkę, ale to prezent tylko dla najbliższych:D



Emocjonalny striptiz

Chyba muszę kilka rzeczy sprecyzować odnośnie mojej wypowiedzi dotyczącej nałogu jedzeniowego. Większość ludzi otyłych lub z nadwagą boryka się z kilogramami ze względu na fatalną dietę i tryb życia, a nie z powodu uzależnienia.  Nie chcę tu siebie wybielać, ale złe nawyki żywieniowe i brak ruchu to inny rodzaj "choroby" i może tu zaznaczę, że ja sobie sama diagnozy nie postawiłam. Oczywiście każdy bez względu na to z jakich powodów ma problemy ze zbędnymi kilogramami może liczyć na moje wsparcie. Chciałam tylko wyjaśnić, że bycie jedzenioholikiem nie jest takie kolorowe i przylepianie sobie takiej łatki wcale niczego nie ułatwia.
Może przybliżę Wam temat. Ja już jako dziecko jadłam po kryjomu, w mig nauczyłam się otwierać lodówkę tak, żeby nikt tego nie usłyszał, bezszelestne podnoszenie i odkładanie pokrywki garnka zajęło mi trochę dłużej, ale do dziś jestem w tym mistrzem. Gdy w szafce była otwarta czekolada zjadałam całą i szybko pędziłam do sklepu żeby ją odkupić i odłożyć na miejsce, w podstawówce wszystkie pieniądze zostawiałam w sklepiku, a w zerówce (chodziłam tam jakieś dwa miesiące) dzieci dawały mi do zjadania skórki z chleba. Takich patentów na podżeranie mogłabym mnożyć bez liku...Moja rodzina przez lata nie wiedziała dlaczego przy tak zdrowej diecie i przy tak aktywnym trybie życia, moi rodzice są super nadaktywni,  mam problemy z nadwagą. W zasadzie już w podstawówce byłam z mamą u lekarza, badania wykazały, że mam słabą przemianę materii i na jakiś czas takie uzasadnienie wszystkich trochę uspokoiło. Później jeszcze nie raz odwiedzałam lekarzy i dietetyków, ale coraz rzadziej przynosiło to jakikolwiek efekt. No i doszło do tego, że straciłam nad tym kontrolę.  Na pierwszym roku studiów osiągnęłam wagę maksymalną, ale już tego nie zauważałam, przysięgam, że patrząc w lustro widziałam szczupłą osobę. Wtedy po raz kolejny do akcji wkroczyła moja mama, ta to ze mną miała siedem światów. Zapisała mnie do poradni leczenia otyłości w Katowicach. Czekałam na wizytę pół roku, ale warto było. Spędziłam tam cały dzień. Zaczęło się od wykładu na temat zdrowego żywienia, później dwu godzinna pogadanka z dietetykiem, jak gotować bez tłuszczu, czym zastąpić pewne produkty i inne cenne wskazówki, następnie każdy wchodził do gabinetu pomiarowego...no i to był przełom...przeżyłam szok, wtedy dopiero zrozumiałam jak ogromny mam problem. Na koniec każdemu przydzielili lekarza, z którym każdy już indywidualnie odbywał rozmowę. Kazali mi każdy produkt czy potrawę którą zamierzałam zjeść zważyć, przeliczyć to na kalorie i ponownie się zastanowić czy chcę to zjeść. Dostałam takiego kopa energetycznego, że zaraz po powrocie do domu zaczęłam biegać i sama gotować. W pół roku schudłam 25 kg i przez kolejne 3 lata udało mi się tą wagę utrzymać. Później poznałam Filipa i moje sprytne uzależnione alter ego szybko znalazło wymówkę by jeść trochę więcej i biegać trochę rzadziej. Po dwóch latach wróciło 25kg i gratis jeszcze 5, a ja znów tego nie zauważyłam. Tym razem się załamałam, bo chyba trzeba mieć coś z głową, żeby nie spostrzec, że się przytyło 30 kilo!!!! Znów zaczęłam się borykać z wagą, ale po 20 latach ciągłej walki tym razem brakowało mi motywacji. Oprócz tego, że przestałam wierzyć w to, że to się może udać, miałam depresję, którą w miarę skutecznie przed wszystkimi ukrywałam. Unikałam spotkań ze znajomymi, bo uważałam, że skoro przytyłam to znaczy, że poniosłam sromotną klęskę i tym samym jestem beznadziejnym człowiekiem. Przez ostatnie dwa i pół roku miotałam się jak mucha zamknięta w słoiku. Prywatni dietetycy, tabletki, które nota bene już wycofali ze sprzedaży, no i wreszcie przychodnia zaburzeń odżywiania. Cały czas mimo ogromnego wsparcia rodziny i Filipa czułam się okrutnie samotna. Chciałam nawet polubić się taką jaką jestem, ale nie udało się...całe szczęście. No i podczas kolejnej awantury, Filip powiedział coś czemu oczywiście gorliwie zaprzeczałam , ale tak naprawdę wiedziałam, że ma rację. "Iga Ty nie chcesz schudnąć". Równolegle maglowali mnie moi rodzice, którzy zaczęli podejrzewać, że jestem uzależniona. Wtedy tata podrzucił mi książkę o głodówce, mama i brat namawiali, żebym się tak zresetowała nie jedząc, Filip przestał narzekać, że zdrowo jemy... wtedy znowu coś we mnie zaskoczyło i tym sposobem jesteśmy w tym miejscu. Cały czas czuję na karku szpony nałogu, ale obiecałam sobie, że dopóki z nim nie wygram, będę powtarzała głodówki. Nie w celu utraty wagi, ale w celu zapanowania nad uzależnieniem. Może kiedyś będę w stanie napisać, że jestem wolnym człowiekiem, bo na tą chwilę się boję i nie czuję się stabilna.
Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam problem, jak znów poczuję się silną niezależną osobą opiszę uczucia, które mną targały i przemyślenia, które przez te lata zgromadziłam w mojej głowie.
Liczę na to, że nie zniechęciłam nikogo do mojej osoby. Trochę się martwię swoja szczerością, ale zawsze cechował mnie ekshibicjonizm emocjonalny i wiara w ludzi. Jest mi naprawdę ciężko i wiem, że jest wiele osób które borykają się z różnymi problemami...mam nadzieję, że będzie Wam lżej.

A co do poniedziałkowego postu oto dzisiejszy przedgłodówkowy jadłospis:
śniadanie-twarożek z warzywami+ kawa z mlekiem 0,5%
przekąska-3 wafle ryżowe
obiad- główka sałaty i 25 dag pomidorów koktajlowych + kromka razowego chleba
kolacja- jabłko/pomarańcza+ kakao z mlekiem zero