piątek, 8 kwietnia 2016

Strajk głodowy! Dlaczego?/ Hunger Strike! Why?

PL
Nie wybrałam strajku głodowego w złości, latając na miotle po mieście co zasugerowali mi co poniektórzy!
To była świadoma i celowa decyzja! Myślałam, że to oczywiste, ale okazuję się, że nie dla wszystkich. Odmawianie pokarmów jest dla mnie najpiękniejszym dowodem na to, że mogę ze swoim ciałem zrobić wszystko, bo mam wybór! Nie jestem też idiotką i z dnia na dzień nie postanowiłam sobie zrobić JAJ i przestać jeść żeby zdechnąć z głodu w imię sprawy!
Tę formę oczyszczania organizmu stosuję od 4 lat w celu poprawienia kondycji mojego ciała. Od dwóch tygodni przygotowywałam się do rozpoczęcia kolejnego detoxu, a wiadomości z Polski tylko przyspieszyły ten proces! Człowiek bez jedzenia może przeżyć 2 miesiące, wspomagając się wywarami warzywnymi i owocowymi dłużej, a dobrze przygotowany jeszcze dłużej!

Nie potrafię inaczej. Decyzję już podjęłam i nie zmienię zdania! Nie zacznę jeść dopóki się nie dowiem, że TO nie przejdzie lub, gdy moje ciało zacznie w ramach protestu przeciwko głodówce konsumować samo siebie! Nie chcę umierać! Przemyślałam i tę kwestię. Mogłabym oddać życie w imię wolności kobiet, ale żywa mogę zrobić więcej!

STRAJK GŁODOWY W OBRONIE WOLNOŚCI KOBIET!

ENG
I didn't choose hunger strike by accident in a fit of anger! This is a conscious and deliberate decision.
This is proof that I can do with my body what I want. I am not an idiot, I did not stop to eat from day to day without preparations. I use fastings to cleane my body for 4 years. So I know how to do this!


I have to do something, I will not pick up women freedom!

wtorek, 5 kwietnia 2016

NIE! DLA TORTUROWANIA KOBIET!

Piszę dziś do Was, bo jestem zrozpaczona! Zrozpaczona i maksymalnie wściekła!
Nie mogę uwierzyć w to co się dzieje w tej chwili w Polsce. Całkowity zakaz aborcji jest dla mnie bestialstwem i największym okrucieństwem. W głowie mi się nie mieści, że może do tego dojść. Wiele rzeczy ostatnio mnie zbulwersowało, ale TO zabolało mnie najbardziej.
Kocham być kobietą, uważam że to najcudowniejsza rzecz jaka mogła mnie spotkać.  Dlatego nie zgadzam się na to, żeby znów zakuto nas w kajdany i odbierano nam wolność, a tym właśnie jest dla mnie ustawa antyaborcyjna. To jest ZNIEWOLENIE i GWAŁT na naszej płci w czystej postaci!

Nikt nie ma prawa zmuszać mnie do umierania w imię płodu. Nikt nie ma prawa decydować za mnie czyje życie jest ważniejsze!!! Nikt, nie ma prawa zmuszać mnie do urodzenia dziecka, które zostało poczęte podczas gwałtu!!! Nikt, nie ma prawa zmuszać mnie do noszenia w sobie istoty, która nie przeżyje poza moim ciałem!!! Nikt, oprócz mnie samej, nie ma prawa decydować o moim ciele!!! NIKT!!! To jest do cholery moja macica i mój pieprzony interes!

W związku z tym rozpoczynam PROTEST! W ramach solidaryzowania się z kobietami, które mieszkają w państwach, gdzie aborcja jest całkowicie zabroniona lub w tych, gdzie może zostać zabroniona, dziś o północy rozpoczynam głodówkę, która jest wyrazem mojego sprzeciwu wobec TORTUROWANIA KOBIET!

TAK dla kobiet!
TAK dla wolnośći!
TAK dla człowieczeństwa!



Nawołuję też do WAS WSPANIAŁE KOBIETY! NIE POZWÓLMY SIĘ ZNIEWOLIĆ!!!
Dołączcie do protestujących kobiet, podpisujcie petycje i jeśli znajdziecie siły dołączcie do mnie i odmówcie w najbliższych dniach, przyjmowania pokarmów przez kilka godzin lub dni!

Nie odpuszczę! Jestem gotowa odmawiać pokarmów do utraty sił! Zamierzam walczyć, interweniować i łączyć się z innymi kobietami! TUTAJ link do wydarzenia-Strajk Głodowy/ Hunger Strike!
W tym miejscu apeluję do WAS! Pokażcie, że WAM zależy, że jesteście dumne z tego, że jesteście kobietami, że chcecie mieć WYBÓR i nie dacie się ZNIEWOLIĆ!
Jeśli jesteście ze mną wyślijcie mi proszę ( fitendjami@gmail.com) swoje zdjęcie z napisem : "NIE DLA TORTUROWANIA KOBIET!" i notką, że zgadzacie się na jego publikację, a ja obiecuję zrobić wszystko, żeby zostały one opublikowane nie tylko na łamach mojego bloga. ŁĄCZMY SIĘ DZIEWCZYNY! KOCHAM WAS!



niedziela, 20 marca 2016

Pożegnanie zimy!

Dziś w związku z projektem zorganizowanym przez Klub Polki Na Obczyźnie odpowiadam na pytanie: jak przetrwać zimę?
Hmmm właściwie to nie odpowiem na to pytanie, bo ja kocham zimę i uważam, że nią się należy delektować, a nie szukać sposobów na jej przetrwanie!



ZIMA! Dlaczego ją kocham? Bo jest dowodem na to, że człowiek jest na ziemi tylko gościem. Gdy "Królowa Śniegu" zechce to skuje wszystko lodem lub zasypie białym puchem, czy nam się to podoba czy nie! Lubi człowieka sponiewierać, zmęczyć mrozem, wiatrem, gradem. Nie pyta czy może. Rządzi się i już!

Tylko od nas zależy czy się z nią zaprzyjaźnimy. Na początek wystarczy przestać traktować ją jak wroga. Pokochać jej chłodne oblicze, zaakceptować przewagę nocy nad dniem, polubić szlachetną biel. Sprzymierzeńców jest wielu: wełna i wodo-wiatro-szczelne ciuchy, które nas ochronią przed jej "złością". Sporty, które pozwolą nam wykorzystać jej atuty. Formy wypoczynku, które nie baczą na porę roku... Ileż cudownych rzeczy można robić zimą! Czy może być coś piękniejszego niż ślizganie się po tafli zatoki w zimowym słońcu? Albo dla mniej odważnych w Ogrodach Królewskich lub innej ślizgawce.



Narty w górach i na nizinach. Och, jak ja kocham śnieżne szaleństwa. Biegówki, zjazdówki,rakiety, skitury... rowerowa wycieczka w 15 stopniowym mrozie może również być fajną przygodą. Jogging też nie zważa na temperaturę, kto biega ten wie! Wyjście na basen może i jest zimą nieco utrudnione, bo chyba wszyscy uwielbiamy wyjść z pływalni z mokrą głową! Jednak coby nie mówić, na basen można wyskoczyć zawsze. Gorzej z taplaniem się w jeziorze, chociaż znam takich, dla których wykucie przerębli i lodowata woda to żadna przeszkoda. Wielki szacun dla morsów! Tego jeszcze nie robiłam. Turlałam się nago w zaspach, ale do jeziora zimą nie wskoczyłam. Swoją drogą chyba nie chcę tego zmieniać brrrr

Dodaj napis

Kina, knajpki, muzea, palmiarnie, warsztaty, jarmarki. Zimą trzeba się grzać w cieple innych ludzi, w przytulnych wnętrzach, własnych pomysłach. Uwielbiam te wieczory pełne wełny i nowych projektów. Kolacje przy świecach, skrzący za oknem śnieg i szyby skute lodem. Mrrrr te ciepłe czapki, szale, rękawiczki...
Sanki, dupoloty, wojny na śnieżki, bałwany, anioły... jak nie kochać zimy?!

Jarmarki świąteczne w Skansenie- Grudzień 2015


Zimo moja ukochana, żegnam Cię czule i będę Cię wypatrywała z końcem roku!



wtorek, 15 marca 2016

Ogłoszenia parafialne

Przede wszystkim chciałam Wam podziękować za wszystkie słowa wsparcia i moc pozytywnej energii, którą "napakowaliście" maile i komentarze dotyczące opowieści A. Gdy ją spotkałam zaraz po publikacji "naszej" historii była wzruszona. Przetłumaczyła sobie każde Wasze zdanie i była niesamowicie zaskoczona ilością miłych słów. Przekazałam jej też każdy uścisk, który wysłaliście w wiadomościach do mnie. Kochani! Możemy zmienić świat! Szczerze w to wierzę!

Teraz mała prywata.
Wiadomość do wszystkich babeczek ze Sztokholmu i okolic. Organizuję kolejne spotkanie. Tym razem tylko dla dziewczyn, bo uważam że nie ma nic cudowniejszego niż magia kobiet! (lub Kobieca Siła, ale w tej kwestii specjalistką jest Gabrysia!). Panowie nie gniewajcie się, Was też uwielbiam, ale kobiety czuję, każdą komórką mojego ciała ;) 

Od jakiegoś czasu marzy mi się taka dziewczęca grupa wsparcia, jednocząca babeczki z całego świata, których drogi skrzyżowały się w tym pięknym mieście, w którym mam teraz przyjemność mieszkać. Mogę Wam obiecać miłą atmosferę, moc wrażeń i walizkę fajnych doświadczeń. Kto wie, może i kilka przyjaciółek, ale to już zależy tylko i wyłącznie od Was.

Impreza odbędzie się w najbliższy poniedziałek 21.03. o godzinie 17:00 w siedzibie szkoły SFI Liljeholmen- Lövholmsvägen 2, plan 4, 117 43 Stockholm, kod do drzwi szkoły to 2016. Na bieżąco będę podawała szczegóły spotkania TUTAJ

 Chciałam Was też zachęcić do odwiedzenia fajnego miejsca w sieci, które organizuje cudowne warsztaty z różnych dziedzin sztuki. The Craft Lab, w którego zarządzie mam zaszczyt zasiadać, to organizacja non profit zrzeszająca artystów i miłośników sztuki, i rzemiosła z całego świata. Dzielimy się wiedzą, poznajmy szalonych twórców i chcemy zarazić miłością do rękodzieła każdego, kto tylko czuje, że coś w nim drzemie, ale jeszcze nie wie CO. Znajdziecie nas na Facebooku oraz jako społeczność- The Craft Lab Community

Na tą chwilę to chyba wszystko, a już wkrótce kolejna historia. 




czwartek, 10 marca 2016

Moja afrykańska dusza!

Historia W.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam W. zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym weszła do sali. Miała taaaakie wielkie oczy... dokładnie takie same jak ja, gdy kilka tygodni wcześniej, weszłam pierwszy raz na zajęcia ze szwedzkiego...same obce, przerażone gęby, szalony nauczyciel, który od progu nawija "po tutejszemu", wszyscy naokoło szepczą w różnych magicznych językach... współczesna wieża Babel!

Oczywiście ruszyłam W. na ratunek i ucieszyłam do niej japę (czytaj: uśmiechnęłam się szeroko), i już po chwili siedziała koło mnie. Jej oczy zdawały się być coraz większe z każdym zdaniem naszego wykładowcy. Szepnęłam, by ją uspokoić: "wiem co czujesz, nic się nie martw, za kilka tygodni zaczniesz łapać, o co w tym wszystkim chodzi. Też chciałam na początku uciekać ;)" Chwilę później rozdano ćwiczenia i zostaliśmy zmuszeni do grupowych dyskusji, o jedzeniu z naszych rodzinnych stron. Gdy już skończyliśmy dukać: "ja lubić warzywa, tu mięso nie być dobre", wertować słowniki i rysować o co nam chodzi, nasz oprawca- nauczyciel zaczął nas nękać indywidualnie... gdy przyszła kolej W. i padło pytanie: "Vad saknar du mest?"- Za czym tęsknisz najbardziej? Po jej twarzy zaczął spływać wodospad łez. Łkała i przepraszała...szepnęła,że tęskni strasznie za swoimi córeczkami, które nie mogły z nią przyjechać...
 Rany, jak ja "strasznie nie wiedziałam" co mam zrobić. Z tej niemocy zaczęłam ją gładzić po plecach i hipnotyzować wzrokiem, powtarzając w głowie: "proszę nie płacz, błagam nie cierp tak potwornie".

Za chwilę zajęcia potoczyły się dalej, ale ja już nie mogłam się skupić. Myślałam tylko o tym jakie to potworne być mamą, która jest tak daleko od swoich ukochanych dzieci. Co musi się wydarzyć, żeby zdecydować się na taką rozłąkę i co się wtedy czuje? 

Gdy wybiła 16:30 i zaczęliśmy pakować manatki, spojrzałam na W. i zapytałam: "może masz ochotę na kawę, jest taka piękna pogoda, znam fajną kawiarnię, która serwuje świetną latte na wynos, weźmiemy po kubku i usiądziemy nad wodą???" W. spojrzała na mnie zdziwiona, była ewidentnie zakłopotana, a ja nie miałam pojęcia dlaczego."Jeśli nie masz czasu lub ochoty to nie ma sprawy..." Wreszcie odpowiedziała: "Bardzo chętnie pójdę do parku, ale ja nie piję kawy...bardzo Cię przepraszam, nie wiedziałam co odpowiedzieć, bo jesteś pierwszą białą dziewczyną w moim życiu, która zaprosiła mnie na kawę". !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! <Może mnie ktoś oświecić i podpowiedzieć co się mówi w takiej chwili??? >!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Potrafiłam jedynie wydukać: "Powiadasz, że nie szlajasz się z białą hołotą? Mądry wybór! Cieszę się, że zrobisz dla mnie wyjątek!"

W rezultacie, piętnaście minut później siedziałyśmy na pomoście z kubkami wypełnionymi świeżymi sokami. Rozmawiałyśmy jakbyśmy się znały od dawna. Religia, polityka, dyskryminacja, moda, diety, faceci, kosmetyki... przeleciałyśmy tamtego popołudnia chyba przez wszystkie możliwe tematy. Pamiętam jak w pewnym momencie przemknęła mi przez głowę myśl: " jakie to niesamowite, że pochodzimy z tak odległych od siebie miejsc, różnych kultur, tradycji, religii, a jesteśmy TAKIE SAME!!!

 Do dziś nie wiem skąd w tej dziewczynie tyle siły i pozytywnej energii. Ona mówi, że tacy właśnie są Kenijczycy, ja natomiast myślę, niektórzy po prostu rodzą się bohaterami. Nie wiem do końca dlaczego W. musiała wyjechać. Po hektolitrach wypitych razem soków i strzępkach historii, wiem że każdy chce żyć jak najdłużej, a gdy w pobliżu jest tylko jeden szpital, który akurat nie zajmuje się nowotworami, bo w całym kraju jest tylko jedna taka placówka, a Ty masz dwójkę dzieci i chcesz żyć do cholery, to zrobisz wszystko! W. poświęciła wiele, skorzystała z szansy, którą podrzucił jej los, a teraz musi zwrócić życiu z nawiązką to co pożyczyła. Mam nadzieję, że wreszcie na jej niebie zaświeci słońce.

Zanim się rozstałyśmy W. obdarowała mnie pięknym prezentem, mianowicie powiedziała mi na pożegnanie, że mam afrykańską duszę. Zawsze o tym marzyłam, zawsze chciałam być murzynką i okazuje się, że JESTEM! 

 
Friends


wtorek, 1 marca 2016

Bombowa wycieczka

Żyję, mam się dobrze i nie wiem jak to się stało, że tak długo nie pisałam. Właściwie to wiem doskonale, ale wytłumaczę się kiedy indziej, bo teraz mam inne plany. Od pewnego czasu chodzi mi po głowie pewien projekt i właśnie dziś postanowiłam wprowadzić go w życie. Podzielę się z Wami kilkoma historiami, będą to prawdziwe opowieści ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Gdy opublikuję cały cykl postaram się całość podsumować. Nie będę teraz truła, zaczynamy!

Historia A.

A. znam od niedawna. Jeszcze kilka tygodni temu opisałabym ją tak: drobna babeczka, koło 40-tki, nieco "pańciowata", zawsze modnie ubrana i zadbana. Kobietka lubiąca być pod skrzydłami mężczyzny. Męża owinęła sobie wokół palca tak, że codziennie przychodzi po nią po zajęciach, wszystkie drzwi dla niej otwiera najszerzej jak tylko potrafi i gdyby mógł to pozamiatałby spod jej nóg wszystkie kamienie. Tak widziałam ją miesiąc temu. Dziś wstydzę się, że kiedykolwiek tak o niej pomyślałam. Wszystko zmieniła jedna, wspólnie wypita kawa. Rozmawiałyśmy o duperelach, gdy nagle A. zaczęła swoją opowieść...

"Wiesz, to nie jest mój pierwszy mąż. Gdy miałam 30 lat, wybraliśmy się z moim ówczesnym mężem na wycieczkę, już nie pamiętam gdzie my w ogóle jechaliśmy. To był okres, gdy w kraju, w którym mieszkaliśmy nie było spokojnie... No i nagle wybuchliśmy, ktoś zakopał minę w drodze i nas wysadziło...
(A. opowiadała dalej, a ja właściwie, nie wiedziałam czego słucham)
...jak się wreszcie ocknęłam to pamiętam, że spojrzałam na mojego ukochanego i wiedziałam, że on nie żyje. Sama chciałam umrzeć, ale przypomniałam sobie, że mam dwie córeczki i skoro JEGO już nie ma to ja muszę przeżyć, bo one nie mogą zostać same..."

A. chwyciła moją rękę i położyła ją najpierw na swoim ramieniu, potem na obojczyku i na koniec na swojej głowie. Czułam pod jej skórą odłamki, moja dłoń wysyłała sygnały do mózgu, ale ja nie mogłam tego przetworzyć...po mojej twarzy zaczęły spływać łzy, a ona opowiadała dalej.

" Mam różne rzeczy w ciele, nie wszystko udało się usunąć. Najgorsze są te w głowie. Nie mogę patrzeć w górę, bo mam mroczki przed oczami, często kręci mi się w głowie i są dni kiedy do niczego się nie nadaję, nie mam siły wyczołgać się z łóżka, wszystko wiruje, wszystko boli..."

Milczałam, nadal płakałam, nie potrafiłam przestać.

" I dlatego teraz mam innego męża. To był kiedyś tylko przyjaciel, ale po wypadku to właśnie on się mną zaopiekował, przyjeżdżał ze Szwecji tak często jak tylko mógł i wreszcie zabrał mnie i moje córki ze sobą żebyśmy były bezpieczne. On nadal się bardzo o mnie martwi i dlatego zawsze po mnie przychodzi, wszędzie mnie zawozi i troszczy się o mnie."

Po mojej głowie krążyły różne myśli, ale żadna z nich nie nadawała się do zwerbalizowania, więc chwyciłam A. za rękę i siedziałyśmy kilka minut w milczeniu. Potem jak gdyby nigdy nic zaczęłyśmy narzekać na kawę, którą kupiłyśmy w kafejce.

Jeszcze długo po naszej rozmowie, myślałam o A. Nie mogę sobie wyobrazić ile trzeba mieć w sobie siły żeby przejść przez to wszystko, pozbierać się i nauczyć się życia na nowo. To już nie jest ta sama kobieta, którą widziałam na zdjęciu sprzed 10 lat. To jest zupełni inny człowiek .
Jest jeszcze jeden bohater w tej opowieści, którego podziwiam i obdarowuję szerokim uśmiechem, gdy tylko odbiera A. po zajęciach.

Nie mam pojęcia czy historia Wam się podobała czy nie. To są fakty, tu nie ma nic do lubienia. Jestem tylko ciekawa ile osób wyobrażając sobie moich bohaterów, pokolorowało im skórę. Nie zdradzę Wam pochodzenia A. ani jej męża. Może są z Ukrainy, może z Urugwaju, a może z Meksyku. Mogą być z każdego miejsca na ziemi, dla mnie to nie ma znaczenia i pragnę się otaczać ludźmi, którzy tak samo jak ja widzą innych przez pryzmat czynów, a nie aparycji, pochodzenia czy wiary. Kto dał nam prawo do dzielenia ludzi na lepszych i gorszych?
Gdy byłam mała myślałam, że ludzie dzielą się na złych i dobrych, potem że na mądrych i głupich, i  że tylko Ci durni są okrutni. Teraz wiem, że ludzie to tylko zwierzęta i tylko od Nas zależy czy zostaniemy czymś więcej.

PS. Wybaczcie mi ten przewrotny tytuł.

Rodzina jak każda inna...


poniedziałek, 30 marca 2015

Liebster Award Blog



Jakiś czas temu... właściwie już spory kawał czasu temu... no dobra powiem wprost 4 miechy temu zostałam niespodziewanie nominowana do Liebster Award Blog 2014. Tak tak to był jeszcze 2014. Ta niespodzianka dopadła mnie w dość szalonym momencie i dlatego z jej ujawnieniem czekałam aż do teraz. Nooo przysięgam, że nie miałam czasu wcześniej.

Musze przyznać, że wiadomość o tej nominacji sprawiła mi ogromną radość, ale też wprawiła mnie w osłupienie...boooo.... to znaczy, że ktoś oprócz moich znajomych czyta mojego bloga... tzn że te tysiące wejść to nie roboty tylko jednak ludzie... iiiii.... i ktoś uznał, że to co robię zasługuje na wyróżnienie...

Czym dokładnie jest Liebster Award Blog? Oczywiście gdy po raz pierwszy to przeczytałam nie miałam pojęcia, musiałam zajrzeć na bloga pisarki, która mnie nominowała czyli No so secret blog i tam znalazłam odpowiedź : Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana blogom o mniejszej ilości obserwatorów, by umożliwić ich rozpowszechnienie. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób, informujesz ich o tym oraz zadajesz swoje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który nominował Ciebie." Jednym słowem blogerzy - blogerom :)

Nie pozostało mi już nic innego jak odpowiedzieć na 11 zadanych mi pytań, oto i one:

1. Jakie jest Wasze największe marzenie?
2. Co sprawia Wam przyjemność?
4. Mieszkacie w bloku czy w domu?
5. Czemu uważacie, że Wasz blog jest ciekawy?
6. Jak często dodajecie posty?
7. Jaki jest Wasz ulubiony kolor?
8. Ulubiony sport?
9. Gdzie chcielibyście zamieszkać?
10. Czy rowadzicie jeszcze jakąś stronę?
11. Często się uśmiechacie?


1. Chciałabym zamieszkać w Toskanii, prowadzić przytulny pensjonat z pysznym jedzeniem, rodzinną atmosferą, hamakami w ogrodzie, basenem, winnicą... Moi rodzice zamieszkali by z nami, mama zajmowałaby się wnukami, ja nadzorowałabym rozwój mojej firmy, która byłaby już popularna niczym adidas. Filip panowałby w kuchni, przychodziłby do ogrodu z drewnianą łyżką, i dawałby mi swoje nowe potrawy do skosztowania pomiędzy moją jedną, a drugą robótką. Mój brat organizowałby szalone wycieczki po okolicznych miastach. Prowadziłby je w każdym możliwym języku... tak mam genialnego brata, który włada wieloma językami tego świata! Wieczorami cała okolica byłaby otulona dźwiękami cudownej gitary Barta... a może całego zespołu, może i jego marzenie się spełni...

2. Och jest mnóstwo rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Narty, szydełkowanie, przytulanie, przebywanie z ludźmi, jazda na rowerze, zwiedzanie i podróżowanie, jedzenie dobrych rzeczy, czytanie, dobre kino... tarzanie się w życiu.

4. Nadal w wynajmowanym mieszkaniu, ale robimy wszystko żeby wreszcie mieć swój własny kąt, gdzie od podłogi aż po sufit będzie czuć tylko nas.

5. Mój blog jest ciekawy, bo.... ja tam wcale nie jestem pewna czy jest taki ciekawy, to nie ja powinnam odpowiadać na to pytanie. Piszę po prostu o tym co czuję i myślę.

6. O rany, różnie, jak mam czas to co kilka dni, a jak nie mam czasu to nawet co miesiąc lub półtorej.

7. Wszystkie kolory uwielbiam, fiolet, zieleń, róż, szary, indygo, cyklamen... te najbardziej.

8. Zdecydowanie narciarstwo, potem jogging, rower i pływanie, windsurfing, łyżwiarstwo, siatkówka, tenis ziemny i stołowy... rany wiele sportów lubię, chyba wszystkie oprócz jeździectwa i gier zespołowych, w których jest kontakt cielesny z przeciwnikiem, do dziś lubię.

9. Odpowiedź na to pytanie zawarłam w pytaniu 1. Włochy, Toskania, okolice Trento.

10. Owszem, prowadzę fanpage na facebooku pod nazwą BIKEandSOUL oraz stronę www.bikeandsoul.com (obiecuję nad nią popracować :P) Jeszcze kilka projektów jest w planach ;)

11. Tak często jak tylko się da :)

PS. Autorka pytań poszachrowała i zgubiła pytanie numer 3 ;)


A jakie ja pytania chciałabym zadać osobom, które nominuję... oto one:

1. Gdzie byś się przeniosła/przeniósł będąc w posiadaniu wehikułu czasu?

2. Jakie miejsce na świecie chciałabyś/chciałbyś najbardziej zobaczyć?

3. Gdybyś wygrała/wygrał dużą kwotę pieniędzy na co byś je przeznaczyła/przeznaczył?

4. Dlaczego lubisz pisać?

5. Co lubisz robić najbardziej?

6. Kto jest najważniejszą osobą w Twoim życiu?

7. Gdybyś wiedział, że świat się za 24h rozpadnie na milion kawałków jak spędziłbyś/spędziłabyś tą ostatnią dobę?

8. Kiedy i gdzie byłaś/byłeś ostatnio wakacjach?

9. Czy lubisz zwierzęta? Jeśli tak, to jakie masz lub chciałabyś/chciałbyś mieć?

10. Gdybyś mogła/mógł wybierać to kim chciałabyś/chciałbyś być w kolejnym wcieleniu?

11. Czy oprócz tego bloga jesteś autorem/autorką jakiejś innej przestrzeni w internecie?

No to dałam czadu z tymi pytaniami, aż się rozmarzyłam :)

A oto lista blogów, które chciałabym nominować:

1.Blog Sen Mai

2.Pstrokato

3. Misiura

4. Life Good Morning

5. Love Street Fashion

6. Żyj/Kochaj/Twórz

7. Yoga in Stockholm

8. Twoje Zwycięstwo

9. Śląski Handmade

10. bloSilesia

11. Babskie Tabu


Gorące polecam wymienione blogi!






sobota, 21 marca 2015

Pierwszy dzień wiosny, po tak pięknej zimie :)

Wróciłam!
Zjechałam z mojej ukochanej góry, pognałam do Polski wyściskać rodzinę, uporządkować wszystkie zaległe sprawy i ruszyłam na Daleką Północ. Stockholm przywitał mnie najpiękniej jak tylko potrafił. Słonko, zorza polarna, zaćmienie, cudowny spacer z Klaudią, lunch z szalonymi babeczkami, świeży śnieg... to ostatnie przypomina mi na każdym kroku tą wspaniałą słoneczną zimę w Monte Bondone.

Zorza nad naszym domem!
 Długo będę wspominała ten magiczny sezon. Mimo skręconego kolana, pracowałam jak szalona! BIKEandSOUL pędził jak opętany co uskrzydliło mnie niesamowicie. Były tygodnie, podczas których spałam tylko 2-3h godziny dziennie, bo po zejściu ze stoku pędziłyśmy z Karo do hoteli zbierać zapisy na kolejne lekcje i zamówienia na moje cuda z włóczki, które nocami wyczarowywałam w szalonym tempie! Mało tego! Zamówienia przychodziły też drogą mailową i wysyłałam w świat paczki pełne moich ciepłych myśli, ze szczytu MOJEGO świata! Dziękuję :)

W jednej ręce Spritz od Tadka w drugiej szydło :)
Mimo ogromnego zmęczenia byłam cholernie szczęśliwa! Poznałam cudownych ludzi,  zaprzyjaźniłam się jeszcze bardziej z włoską bandą i nawiązałam kontakty. Zmagazynowałam w sobie mnóstwo pozytywnej energii, którą teraz zamierzam przekuć w coś niesamowitego. Już szykuję włóczkę i wynajduję w centrum porzucone rowery, które pomaluję szydłem i dam im drugie życie.

Los zadbał nawet o to żeby wynagrodzić mi "zepsutą" nogę. Pewnego wieczoru skoczyłyśmy z nową kumpelką, Olgą na pizzę do Nevady. Siedziałyśmy w opustoszałej knajpie i wcinałyśmy radośnie prosciutto crudo e ruccola, gdy nagle w tempie przyspieszonym stoliki i krzesła zaczęły się zapełniać. Pizzeria pękała w szwach. Dziwy jakieś! Po 15 minutach wyszła na środek animatorka i krzyknęła: TOMBOLA! Nie wiedząc co się dzieje (my po włosku prowadzimy póki co proste rozmówki, animatorka po angielsku ni hu hu) zgodziłyśmy się wziąć udział. Każda z nas dostałą kartonik z liczbami, które można było zasłaniać, po chwili dziewczyna przystąpiła do losowania. Skumałyśmy jedynie, że to coś na kształt bingo. Raz po raz zamykałyśmy okienka na swoich tabliczkach,a  kilka minut później Olga wygrała weekend nad morzem! Ależ była radocha! Pod koniec już wiedziałyśmy na czym polegała zabawa. Pierwsza osoba która zasłoniła 2 liczby obok siebie dostawała batonika, pierwsza osoba która zasłoniła 5 liczb obok siebie wygrywała weekend w jednym z czterech hoteli , a osoba której udało się jako pierwszej zakryć wszystko krzyczała: TOMBOLA! i dostawała voucher na tygodniowy pobyt dla 1 osoby w hotelu nad morzem lub w górach (do wyboru do koloru). Gdy wszystkie nagrody zostały rozdane, zaczęłyśmy się zbierać. Jednak gdy spojrzałyśmy w stronę kasy zamówiłyśmy karafkę wina i postanowiłyśmy kolejkę przeczekać przy stoliku.

Nie minęło 5 minut, gdy ogłoszono drugą rundę loterii. Już miałyśmy zrezygnować, ale... ale doszłyśmy do wniosku, że skoro siedzimy to możemy spróbować, a co! Po chwili Karo dzierżyła w dłoni batona!!! Pękałyśmy ze śmiechu, knajpa pełna ludzi, 6 nagród na całą salę , a to właśnie MY mamy dwie z nich. Już miałyśmy się zbierać, bo przy kasie zrobiło się luźniej, gdy spojrzałam na swoją tabliczkę i szepnęłam do dziewczyn: laski mnie brakuje jednej liczby! 37... na pewno nie wygram, bo 3 nagroda przy naszym stoliku byłaby już przesadą... cała pula nasza... ale muszę wiedzieć jak to się skończy... trzy minuty później zdawało mi się, że animatorka powiedziała: "trentasette", nieśmiało zapytała o powtórzenie po angielsku... thirty-seven... yyyyyyyyy TOMBOLA TOMBOLA TOMBOLA!!!! Zaczęłam biegać wokół mojego krzesła, a gdy zaczęto sprawdzać czy wszystko dobrze zaznaczyłam, zaczęłam wątpić... pewnie się gdzieś pomyliłam, przecież tu jest taki hałas, ten jej angielski i mój włoski... za chwilę trzymałam już voucher!!!!!!!!!!!!
Chwilę później dzwoniłam już do Filipa, który na wiadomość o mojej wygranej zapytał: Co Ty piłaś Kochanie? A gdy zaczęłam się wściekać, bo nie chciał mi uwierzyć rzucił: Mówiłaś, że w tym roku chcesz jechać na wakacje do Chorwacji!!! Rozłączyłam się i w radosnym uniesieniu pomaszerowałam z dziewczynami do domu. Do F. po miesiącu wreszcie dotarła ta radosna nowina i już planujemy wspólnie kolejną podróż po naszej ukochanej Italii. 

TOMBOLA

Podsumowując. To był ciężki sezon, pełen zwrotów akcji, pięknych przygód, ciężkich rozmów i kosmicznych niespodzianek. Najbardziej dała mi popalić ta cholerna noga,  dawała czadu, ale nie pozwoliłam jej panoszyć się w moim świecie. Muszę jednak przyznać, że miałam w pewnym momencie kryzys i chciałam rzucić wszystko, teleportować się do domu i zaszyć się pod kołdrą. To było szóstego dnia po kontuzji. Właśnie zbierałam się na stok, bo nazajutrz miałam zacząć zajęcia z grupą czyli zajęcia od godziny 9:30 do 15:30 i musiałam zrobić mały test. W skrócie sprawdzić jak mi idzie jazda na nartach w tym stanie.
Nagle zadzwoniła Karo i zapytała: jest lekcja, bierzesz? Inaczej: bierzesz! zasuwaj tu, koniec obijania się! No i pognałam. Z nerwów pociłam się jak szczur. Zapinając narty nie wiedziałam jak się nazywam, zanim wskoczyłam w wiązania trochę minęło, bo jak się okazało to co robię od 24 lat mechanicznie, wcale nie jest takie proste, gdy jedna noga nie działa. Po chwili witałam się z moim kursantem. Dalej pamiętam już tylko jak stojąc na taśmie (wyciąg dla początkujących) modliłam się żeby nikt się nie wywrócił. Normalnie takie rzeczy mnie nie przerażają. W 2 sekundy wyskakuję z nart, zbieram dzieciaka, wskakuję w wiązania i jedziemy dalej. Tym razem nie miałam pojęcia jak w tym stanie wypiąć się z nart. Miałam za to pełną świadomość, że jeśli obsługa wyciągu nie wyłączy go na czas to dzieciak, który się wyłoży mnie skasuje i mam po nodze. Jakimś cudem przetrwałam. Kolejnego kursanta miałam pługującego, więc spokojnie mogłam wziąć go na niebieską trasę. Ufff.

Tak się wyluzowałam "na taśmie" dopiero w ostatnim tygodni naszego pobytu!
Schody zaczęły się dnia kolejnego. Pełna wiary i zapału zaczęłam zajęcia. Miałam grupę maluszków jeżdżących, więc na trasie nie było żadnych problemów. Jaja zaczęły się dopiero na wyciągu. Przy grupie muszę usiąść w środku, pomiędzy dziećmi (krzesło 6-ścio osobowe), iii dopiero usadzając tyłek uświadomiłam sobie, że przecież tylko zajmując 1 miejsce z lewej strony (jak robiłam to dzień wcześniej) jestem wstanie wysunąć nogę w bok i usiąść nie zginając lewej kończyny dolnej!!! Było już za późno. Usadziłam dzieci, zaczęłam kombinować, ale wszystko działo się zbyt szybko. Zagryzłam wargi, usiadłam, zsunęłam na oczy gogle i zaczęłam wewnętrznie wyć do księżyca! Przysięgam, ze myślałam tylko o tym, żeby zadzwonić po kogoś kto by mnie mógł zastąpić, rzucić narty w cholerę i zapaść się pod ziemię. Jednak nie zrobiłam tego. Wysiadłam na szczycie, zebrałam dzieciaki, krzyknęłam SUPER NARCIARZE i ruszyliśmy zdobywać niebieską trasę. Dalej już jakoś poszło. Opracowałam system wsiadania na krzesło prawie bez bólu i jakimś cudem dotrwałam do soboty.
Wtedy znów życie dało mi po dupie. Wiem, że sama się o to prosiłam, bo zamiast wrzucić na luz, zwłaszcza, że w czwartek sypało i kopny śnieg dał mi popalić, to ja po zajęciach umówiłam się z cudownymi mamami moich dzieciaków z grupy i poszłyśmy się poszkolić. Było bosko. Słonko, świeży śnieg, cudne dziewczyny... no i mnie poniosło. Zaczęłam troszkę kozaczyć i sprawdzać możliwości mojej nogi. Po południu zjechałyśmy do knajpki, strzeliłyśmy prunię, poszłam zdjąć buty narciarskie i kolano mi wyskoczyło tak dziwnie z boku. Wiedziałam, że znów muszę odpuścić.
Jednak tym razem nie dałam się przykuć do wyra. Codziennie rano podskakując na jednej nodze docierałam pod Baita Vason (uściski dla Tadka i całej ekipy!), brałam leżaczek, wyjmowałam szydło i dziergałam w słoneczku. Po kilku dniach wróciłam do akcji. Już do końca wyjazdu byłam grzeczna. Nawet, gdy przyjechał Filip siedziałam po zajęciach na tyłku. Podczas zajęć też, bo z uwagi na mała liczbę lekcji dostałyśmy fuchę przy zawodach. Stoper, ołówek i komenda : pista libera (trasa wolna) lub tre due uno via! (3,2,1 start!), w zależności czy obsługiwałyśmy start czy metę.

Tak oto zamknęłam sezon 2014/2015. Z przytupem, z uśmiechem i walizką nowych doświadczeń!

Jak nie kochać tej pracy??

Po tak pięknej zimie czas na wspaniałą wiosnę. My przywitaliśmy się z nią podczas spaceru po naszej okolicy. Okazało się, ze mieszkamy obok zabytkowej fabryki dynamitu genialnego Alfreda Nobla. W jednym z budynków znajduje się cudna knajpka. Jakież było nasze zdziwienie, gdy z opustoszałego parku weszliśmy do jej industrialnego wnętrza, pełnego ludzi, biegających dzieci, cudownych zapachów i z oddali witającej się z nami uśmiechniętej obsługi. Kawa była pyszna! Filip wciągnął jeszcze czekoladowe ciacho tutaj zwane Kladdkaka. Polecam!
Ja dziś obeszłam się smakiem, bo z okazji pierwszego dnia wiosny przeszłam na głodówkę. Oczywiście szykowałam się do niej od poniedziałku i gdyby nie ta magiczna data to pewnie nadal bym to odkładała. Najważniejsze, że się udało. Teraz kombinuję tylko jak zorganizować Filipowi Wielkanoc, będąc na poście wodno-sokowym? Jedyne co mi przychodzi do głowy to udawać, że w tym roku Świąt nie ma :P

Winterviken-polecamy!







WSPANIAŁEJ WIOSNY KOCHANI!!!!



sobota, 14 lutego 2015

Walę w tynki

Miałam nie być ckliwa ani romantyczna, bo właściwie święto zakochanych obchodzę w Noc Świętojańską, szukając kwiatu paproci i skacząc przez ognisko, a 14 lutego od kilku lat prezentami  wymieniam się tylko z Karo, żeby umilić sobie czas i podkreślić wagę naszej pokręconej babskiej miłości. Nie uznaję całego tego plastikowego szajsu, sklepów oblepionych brokatowymi serduszkami i obleśnymi misiami "made in China"! No po prostu mnie to denerwuje. Kicz, tandeta... ale skoro niektórzy potrzebują specjalnego święta żeby okazać uczucie ukochanej osobie to... to czemu nie?? Bawmy się, korzystajmy z życia i uszczęśliwiajmy się nawzajem!
Jednak po tym jak mój luby napisał mi wczoraj, że...tęskni za mną całą to... oczywiście się rozkleiłam i teraz usycham z tęsknoty i zastanawiam się czy nadejdzie kiedyś taki moment w moim życiu, kiedy zarzucę kotwicę i zejdę na stały ląd? Czy kiedyś będziemy razem obchodzić urodziny, rocznice i inne duperele, które przypadają akurat na sezon zimowy, gdy jestem w moich ukochanych Dolomitach? Czy może dopiero na starość, gdy już mnie pokręci, wreszcie będę potrafiła usiedzieć na tyłku w jednym miejscu dłużej niż 15 minut i wtedy w zimowe wieczory będziemy sączyć wino i wiwatować?
Oczywiście równocześnie męczą mnie myśli: czy aby na pewno tego chcę? Czy ja na pewno jestem typem osoby, która marzy o stabilizacji? Do tej pory wydawało mi się, że jestem stworzona do dzielenia się radością życia, pozytywną energią, swoim doświadczeniem i pasją do narciarstwa, iiiii ciepłem włóczki. Ponadto mój BIKEandSOULovy biznes pozwala mi na pracę wszędzie gdzie mnie tylko życie rzuci, więc płynę z prądem i korzystam z tego co los przyniesie.
Czy każdy ma takie rozterki?
Wiele ostatnio zmienił w moim postrzeganiu świata, jeden ciepły przytulas od pewnego przystojnego narciarza, którego znam i uwielbiam odkąd posłał mi pierwszy uśmiech. Ma 4 lata i na imię ma Antonii. Zwykle, gdy żegnam się z maluchami, które przez kilka dni zarażałam miłością do śniegu, wygląda to tak, że to ja przytulam dzieci, a one zwyczajnie dają się przytulić, obdarowują mnie szerokim uśmiechem, przybijają piątala lub wręczają mi cudowne pamiątkowe rysunki, a potem za nimi tęsknię. Tym razem było inaczej. Antek przytulił mnie tak mocno, że bałam się odwzajemnić ten uścisk, żeby nie zrobić mu krzywdy. Natychmiast się popłakałam (cała ja) i pomyślałam: to chyba jest ten moment, pora zamknąć ten sezon z przytupem i spróbować coś zmienić... czy się uda... zobaczymy... wcale nie będzie mi smutno, gdy za rok znów będę pisała do Was ze szczytu mojej ukochanej góry! Jednak równie szczęśliwa będę w ramionach mojego ukochanego, przemierzając z nim Szwecję na rowerze, planując przyszłość i dzieląc wspólne pasje.
Już za 12 dni F. przyjedzie do "naszego" Monte i podzielę się z nim moimi przemyśleniami. Chyba wreszcie mu ulży...






sobota, 31 stycznia 2015

Etna znów aktywna

TAK!!! Po 5 dniach oszczędzania się wróciłam na stok. Dziś dokulałam się tam pieszo, ale już jutro...jutro wbijam na niebieską trasę i do snowparku :P 

Z "naszym" TADKIEM :D
Muszę przyznać, że te parę dni mimo kilku napadów smutku, wykorzystałam najlepiej jak się dało. Starałam się żeby uśmiech nie schodził z mojej twarzy, a łzy ukrywałam pod poduszką. Rozmawiałam z rodziną i przyjaciółmi, odebrałam maile,  które aż iskrzyły od cudownej energii, przygotowałam zamówienia, które już w poniedziałek wyruszą w świat z poczty w Trento!!! CZAD!
Dziś wstałam z nową energią, a nad moją głową zabłysnęła kolorami tęcza. Oczywiście strasznie tęsknię za Filipem, który na wieść o moim wypadku chciał porwać helikopter, ale wiem, że już za parę tygodni przyleci tutaj i będziemy razem cieszyli się słońcem, górami, śniegiem.
Wiem, że nie wszyscy jeździcie na nartach czy snowboardzie i nie wiem jak zarazić Was tym cudownym sportem, ale... spróbuję!
Co czuję, gdy wpinam się w narty? Zawsze jestem podekscytowana, a nogi aż drżą z radości. Gdy ruszam i zaczynam nabierać prędkości, moją twarz smaga wiatr i promienie słońca, widoki przepełniają cały umysł to mam wrażenie, że wybuchnę. Czuję się wtedy całkowicie WOLNA! To uczucie, którego nie można do niczego porównać, po prostu bezgraniczne szczęście.
Cudownie być częścią tego wspaniałego świata, być drobiną we wszechświecie, która mimo zagubienia, ma świadomość, że może wykorzystać swoje 5 minut . GÓRY to magia! Ludzie to radość, a narty to wolność!
Kiedy jeszcze czuję te same ciarki i niczym nieograniczoną radość? Gdy zasypiam w objęciach mojego Filipa, gdy tańczę z mamą do dobrej nuty w moim rodzinnym domu, gdy spaceruję z moim bratem, docinam tatinkowi, turlam się po podłodze z Karo, gdy przyjaciele obdarowują mnie uśmiechem, a nieznajomi swoją energią! Bo życie to MAGIA!
Właśnie to wszystko czułam, gdy w zeszłym tygodniu z Markiem i Karo, wpinaliśmy się w sprzęt iiiii realizowaliśmy MOJE MARZENIE!!! To była przepiękna przygoda, a jej efektami podzielę się już wkrótce. Normalnie już nie mogę się doczekać!

Moje biuro :D


czwartek, 29 stycznia 2015

Io Iga, ho sfiga ;)

Gdy w Sylwestra o północy stałam w świetle fajerwerków w objęciach mojego ukochanego myślałam tylko o tym jak bardzo rok 2015 musiałby być wspaniały żeby przebić 2014? Czy w ogóle to jest możliwe? Czy skoro wykorzystałam taki ogromny zapas szczęścia to czy teraz nie przyjdzie pora na jakiś dramatyczny scenariusz? Oczywiście już po chwili czarne myśli wiatr przegonił, a ja podskakiwałam jak małe dziecko na widok cudownych sztucznych ogni, które rozjaśniały niebo.
Kilka dni później zawiozłam mojego lubego na lotnisko, a sama zaczęłam przygotowania do wyjazdu do Monte Bondone. Winietki, smary, ubezpieczenia, zakupy jedzeniowe, hurtownie z włóczką, pakowanie, auta przygotowywanie , realizowanie ostatnich przedwyjazdowych zamówień urzędy i pożegnania.
Wreszcie nadszedł ten dzień, przyjechała Karo, wpakowałyśmy tyłki do Forda i ruszyłyśmy w drogę. Jak przystało na super twarde babki trasę trzasnęłyśmy na raz, jak po sznurku, bez wpadek czy błądzenia. Już w południe następnego dnia parkowałyśmy naszą furę pod szkółką Scuola Italiana Sci Monte Bondone. Gdy tylko wysiadłyśmy z auta na drogę wybiegli nasi koledzy i szef dzierżący tablicę z napisem NAUKA JAZDY NA NARTACH I SNOWBOARDZIE.

Wino czy olej??

Wyściskałyśmy chłopaków i ruszyłyśmy w miasto w poszukiwaniu apartamentu. Zgadza się, przyjechałyśmy w ciemno, bo Cielo Aperto, które w zeszłym roku wynajęło nam pokój w tym, zażądało całej kwoty za 2 miesięczny wynajem pokoju na poddaszu, z góry. Jako że udało nam się zebrać tylko połowę ,postanowiłyśmy poszukać czegoś na miejscu. Okazało się że jest opcja żebyśmy zamieszkały miasteczko niżej w Norge... oczywiście zaczęłyśmy grymasić, że to za daleko, że my musimy być na miejscu bla bla bla
Na ratunek przyszedł nam Tadek. Nasz rodak, który we Włoszech mieszka już od wielu lat. Co mogę powiedzieć o Tadku? Że to złoty facet jest, nie ważne co się dzieje on zawsze nam pomaga. Czasem się zastanawiam kiedy wreszcie powie: laski dajcie mi spokój, ja też mam co robić. Zamiast tego on zawsze łapie za telefon i dzwoni gdzie trzeba. Tak właśnie znalazł nam apartament, umówił nas z właścicielem i teraz piszę właśnie z jego przytulnego, ciasnego wnętrza ;) Jeśli jesteście teraz w Monte albo się tu wybieracie to koniecznie musicie sobie trzasnąć Bombardino con panna u Tadka w Baita Vason!!! Pychotka :D

Muszę przyznać, ze ten sezon jest jeszcze piękniejszy od poprzedniego. Tym razem czujemy się częścią tej cudownej małej społeczności. Gdzie się nie ruszymy tam wpadamy w czyjeś objęcia, ucinamy sobie pogawędkę i cieszymy japy. Cudownie znaleźć swoje miejsce na ziemi, gdzie widok zapiera dech w piersiach, a wszystkie ręce machają na powitanie. Wiem, że nie łatwo będzie zamieszkać na stałe w tej okolicy, ale to jest właśnie moje największe marzenie!

Muszę jeszcze wspomnieć o moich pięknych urodzinach. Karo jak zwykle schowała mi pod poduszką cudny prezent, Tadek przywitał mnie lampką wina, a gdy przekroczyłam próg sklepu jego cudowna właścicielka zaczęła śpiewać mi sto lat i wręczyła mi szampana. Wieczorem poszłyśmy do Montany gdzie w gronie przyjaciół sączyłyśmy Spritza i grałyśmy w Rumikuba. Koło północy poleciałyśmy do domu, bo ja musiałam zrobić jeszcze zamówioną czapę , której właścicielka wyjeżdżała następnego dnia o 8. Ponadto z samego rana byłam umówiona z Markiem na realizację mojego marzenia! Szczegółami z nim związanymi podzielę się następnym razem!

Minął kolejny piękny dzień, nadszedł weekend czyli czas pożegnań, zmian turnusów i biegania po hotelach w celu zorganizowania szkoleń na kolejny tydzień. Wszystko szło wspaniale, biegałam dostarczać czapy, szydełkowałam jak szalona, zebrały się kolejne grupy, poznałyśmy fajnych ludzi. Nadszedł poniedziałek. Ruszyło grupowe szkolenie, grafik pękał w szwach, a zamówione czapy musiałam dziergać po nocach. Gdy o 16 pożegnałam ostatnią kursantkę wpadłam na Karo. Spojrzałyśmy na siebie i rzuciłyśmy : "To co? Palon i bombardino na szczycie?" Krzyknęłyśmy chórkiem : "JASNE!" Po chwili Karo rzuciła: "Serio? Żartowałaś?" I zaczęła wypinać i składać narty. Na co ja: "Nie no, nie żartowałam, jedziemy, jest taka piękna pogoda, trzeba napaść oczy widokami. Podjechałyśmy pod bramki gdzie zagadał nas Mateo: "Dziewczyny u góry wieje, nie ma się co pchać... ale jak jedziecie tak tylko na bombardino i dla widoków to czemu nie?... ale dla jazdy nie warto, jest wywiane i twardo." Znów prawie zawróciłyśmy... po chwili jednak siedziałyśmy na krzesełku i podskakiwałyśmy z radości. Dojeżdżając na szczyt Karo spytała : "Może jednak napijmy się bombardino u Tadzia, on nam robi takie pyszne? " Szybko przytaknęłam: "No ba, nie będziemy pić u obcych!" Ruszyłyśmy z kopyta.
Czułam zmęczenie, na dodatek gdy wpadłam na szerszy odcinek trasy przypomniałam sobie, że nie mam kasku, więc zmniejszyłam prędkość i odpuściłam sobie pogoń za Karo. Po chwili ktoś mi wyskoczył,dynamicznie skręciłam i wpadłam na płat lodu. Kilka sekund później leciałam jak szmata głową w dół. Uniosłam tylko lewą nogę w górę, bo poczułam dziwne trzaśnięcie w trakcie upadku. Gdy wreszcie się zatrzymałam, spuściłam nogi w dół, zwinęłam się w kulkę i zaczęłam szaptać: "Błagam tylko nie to, proszę tylko nie kolano, Nasiex Ty durna pało, wiedziałaś że masz zajechane krawędzie, wiedziałaś że jesteś zmęczona, po cholerę się TU pchałaś?? TY DURNA DZIDO!!!" Oddychałam głęboko i waliłam pięścią w lód.
Nagle ktoś podjechał i zaczął mnie dopytywać, czy nic mi nie jest, czy jestem całą itp. Odpowiedziałam, że niestety nie jestem cała, ale jestem instruktorką i wiem co robić, poprosiłam o asekurację, wstałam i zaczęłam ześlizgiwać się na jednej narcie w kierunku dolnej stacji. Biedna Karo podeszła już kilkaset metrów w nartach i cały czas krzyczała: IGAAA IGAAA Gdy wreszcie do niej dotarłam była zielona tak samo jak ja. Zaczęłam ryczeć, i szeptać że jestem idiotką, że trzeba być sierotą obrzyganą żeby tak klasycznie się wyłożyć, że jak mogłam się tak rozluźnić, jak mogłam tego nie przewidzieć.... czyli idiotyczne gadanie w stresie, gadanie które nic już nie zmieni, gadanie dla samego gadania. Karo zamknęła mi usta tekstem: nie gadaj głupot, to już się nie odstanie, tak miało być, może to nic poważnego, a przynajmniej podleczysz gardło.
Wreszcie dokulałyśmy się do chatki policjantów, jeden z nich szybko mnie chwycił pod pachę, usadził wygodnie na ławie i zaczął oględziny. Był przemiły, uśmiechnięty, starał się mnie pocieszyć, otarł łzy i szepnął po włosku: distortione, sei oggi... za chwilę przybiegł Fabrizio i zrobił ze mną mały wywiad. Pod koniec stwierdził, że na jego oko to nic poważnego, i że jeśli jego diagnoza się potwierdzi to za 6 dni wrócę do pracy. Tak czy inaczej musimy jechać do szpitala. Podjechały dwie karetki, niestety w między czasie doszło do jeszcze 4 wypadków... złamane obie ręce, roztrzaskane biodra, kręgosłup... jednym słowem moja noga nie dawała mi przepustki do jechania na syrenie. Karo pobiegła po auto, ciuchy i coś do jedzenia. Po chwili pędziłyśmy już serpentynami w dół. Z piskiem opon podjechałyśmy pod drzwi szpitala, pielęgniarz przyniósł wózek, zawiózł mnie do okienka przyjęć, po chwili już mi zakładano szpitalną bransoletkę, a 15 minut później siedziałam w poczekalni w gronie jakiś 60 osób. Po godzinie Karo przyniosła mi z auta włóczki i zaczęłam tworzyć. Wszystkie moje sąsiadki zagadywały nas po włosku, a pół poczekalni zaczęło żyć moimi robótkami. Po chwili udziergałam trzem starszym babeczkom, które były dla mnie bardzo miłe, obdarowywały mnie uśmiechem i głaskały mnie po kolanie, małe kolorowe serduszka. Przyczepiły je sobie do portfeli i strzeliłyśmy sobie fotkę :D

Z kumpelkami ;)



Po 4 godzinach nie wytrzymałam i poprosiłam Karo żeby zawiozła mnie na siku. Oczywiście w stresie zamiast sznurka spłuczki pociągnęłam za alarm wzywający pielęgniarza...przywitał mnie uśmiechem, gdy jeszcze miałam gacie w kolanach. Wreszcie udało mi się dokulać do fotela, a gdy tylko Karo zniknęła w kabinie usłyszałam z głośników: Iga Anna laboratorio otto...aaaaaaaaaaaaa zaczęłam krzyczeć: Karo Karo Karo wzywają nas aaaaaaa Kej wypadła jak torpeda, chwyciła wózek i niczym wyścigówa ruszyłyśmy korytarzem do sali nr 8. Położyłam się na wyrku i zaczęto mnie rozbierać... wtedy sobie przypomniałam, że odkąd wsadziłam Filipa do samolotu nie miałam w ręce maszynki do golenia...spąsowiałam... cóż... jednak zawsze trzeba być przygotowanym do wyskoczenia z gaci. Moje kolano wyglądało zacnie, wielki spuchnięty bochen. Znów przerzucono mnie na fotel, nakryto prześcieradłem i skierowano na prześwietlenie. Za chwilę leżałam na kolejnym stole. Potem pielęgniarka zawiozła mnie... z powrotem do poczekalni!!! Gdzie spędziłyśmy z Karo kolejną godzinę. Wreszcie znów nas wywołano. Lekarz przywitał mnie z uśmiechem       i zawołał tłumaczkę. Prześwietlenie wykazało, że to nic poważnego i jeśli dobrze pójdzie to za tydzień będę mogła wrócić do pracy. Jakieś naderwanie, lekkie skręcenie... właściwie to nic z tego nie zrozumiałyśmy, jedyne co mi utknęło w pamięci to to, że za 6 dni mogę wskoczyć w narty!

Kolekcja "SZPITAL" - Trento Ospedale :D

Kilka minut później siedziałyśmy w aucie i próbowałyśmy się wydostać z miasta. Oczywiście pobłądziłyśmy  i dopiero po jakiejś godzinie udało nam się trafić na właściwą drogę i wreszcie wspinałyśmy się z powrotem na naszą górę.
W trakcie podróży Karo powiedziała, że dzwoniła mama Igi, która jest w naszej grupie i pytała o moje zdrowie i Karo się wygadała o nodze, bo zapomniała, że chodziło o gardło, a wszystko dlatego, że mama Igi mnie mijała na stoku jak już leżałam, więc się Karo zakręciła. Uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam, że nic nie szkodzi, ważne, że to nie moja mama się dowiedziała, bo wolałabym zadzwonić do nie już rano. Nie minęło pół godziny, a na włoskim telefonie wyskakuje: dzwoni mama Igi. Odbieram i słyszę pytanie: " I jak się miewasz??" Głos dziwnie podobny do głosu mojej mamy, orientuję się, że to ona ( a nie mama Igi z grupy), więc odpowiadam: "Wszystko dobrze Mamuś, z gardłem chyba pojadę jutro dziś się nie udało... " Moja mama zaczyna płakać ... "Jak to wszystko dobrze? Przecież dzwoniłam i Karolina mówiła, że jesteście w szpitalu..." spoglądam na Karo, która ma coraz większe oczy i wpada na to, że pomyliła mamy i rozmawiała z moją... zaczynam uspokajać moją Marysię Kochaną, tłumaczyć, że miała o niczym nie wiedzieć, że wszystko w porządku, i że ma się nie martwić. Moja biedna mama skołowana, wystraszona wyrzuca tylko jeszcze na koniec że: "Karo musiała być strasznie zdenerwowana, bo mówiła coś o twoich błędach technicznych, że siadasz na tyłach, i że szybko się wywracasz..." Śmieję się, żegnam moją mamę      i odkładam słuchawkę. Karo zaczyna mnie przepraszać, tłumaczyć że była jeszcze w szoku, i że jej się mamy pomyliły... mówię że nic nie szkodzi i zaczynam pękać ze śmiechu. Dojechałyśmy do domu, wypiłyśmy 2 litry wina i poszłyśmy spać :) Następnego dnia wyjaśniam mojej kochanej mamie skąd to zamieszanie, tłumaczę, że Karo mówiła o tej drugiej Idze i jej umiejętnościach narciarskich... obie turlamy się ze śmiechu, moja mama jest już spokojniejsza.

Czy jest mi smutno? Tak. Czy ryczałam jak bóbr? Tak. Czy myślę co by było gdyby? NIE! Szukam pozytywów. Wiem, że gdyby mnie noga nie przykuła do łóżka to nadal nie mogłabym podleczyć gardła, które jest na wykończeniu. Momentami tracę głos prawie całkowicie. Zapalenie krtani to nie przelewki. Teraz mam czas na leki, wygrzanie się, wykurowanie wszystkich zaległych schorzeń, udzierganie czap, które chciałabym podrzucić do sklepów- planowałam to już od dawna ale non stop sprzedawały się te rzeczy które przygotowałam. Mam czas wreszcie coś napisać, złapać oddech i docenić to co mam. Takie jest życie, cieszę się, że miałam w tym wszystkim tyle szczęścia i że mogłam poznać bliżej panów policjantów ;) Wiem też jedno. Mam najwspanialszą przyjaciółkę na świecie!!! Każdemu życzę takiego przyjaciela, który rzuci wszystko, zorganizuje pomoc, pocieszy, będzie służył silnym ramieniem i uśmiechem. Karolina... nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła! W tym całym zamieszaniu byłaś dla mnie takim promykiem nadziei, dzięki Tobie nie zesrałam się ze strachu, a pobyt w szpitalu będę wspominała jak kolejną barwną przygodę ;)

MY BEST FRIEND :)


PS. Karo, ale nie przynoś mi już nutelli na pocieszenie, bo mi dupa urośnie i wina, bo się zapijemy ;)

PPS. Io Iga, ho sfiga- jestem Iga, mam pecha ;) Fakt, że słowo pech po włosku zawiera moje imię chyba nie wróżył nigdy zbyt dobrze...

wtorek, 23 grudnia 2014

Wesołych Świąt!!!

Pierwszego dnia tego miesiąca, zaraz po przebudzeniu obiecałam sobie, że to będzie magiczny miesiąc, jeszcze 24 dni i będę siedziała z najbliższymi przy jednym stole, potem będziemy snuli opowieści do późnych godzin nocnych, sącząc wino i tuląc się w blasku choinkowych lampek. Dlatego żeby okres oczekiwania był przedsmakiem tych pięknych dni postanowiłam dołożyć wszelkich starań żeby szerzyć radość, ciepło i pozytywną energię.



Każdego dnia nawet, gdy męczyły mnie smutki wypatrywałam jakiegoś promyka zwiastującego coś dobrego i ani razu się nie zawiodłam. Grudzień 2014 przejdzie do historii. Wydarzyło się tak wiele cudownych rzeczy, że aż ciężko mi to opisać. Udało mi się zrobić kilka dobrych uczynków, rozweselić gromadkę dzieci, obdarować kilka osób prezentami, pomóc potrzebującym, zadbać o siebie i najbliższą mi osobę.




Uczestniczyłam w wesołych mikołajkach, świetnych warsztatach, wspaniałym koncercie na cześć Świętej Łucji, który odbył się we wnętrzu rozświetlonej przez świece i pachnącej kadzidłem katedrze. Basiu dziękujemy bardzo za zaproszenie, spędziliśmy z Filipem cudowny wieczór, a koktajl na "szczycie świata" był wisienką na torcie. Trzeba będzie to powtórzyć!



Spotkałam się też z Ewą, mamą dwójki świetnych dzieciaków i kobietą, która przypomniała mi jak silną płeć reprezentuję! Bo Kobiety to siła!!! Zostałam obdarowana taką ilością pozytywnej energii przez przyjaciół i znajomych, że nawet teraz zatyka mnie z radości. Dziękuję!
A te linki, zdjęcia, podpowiedzi, które mi podsyłacie to kopalnia pomysłów i szczęście samo w sobie.
Jagoda... przypinki, które dla mnie zrobiłaś... wprost nie mogę się doczekać chwili gdy przypnę je sobie do czapy!!!  Wzruszyłam się na maksa...przepraszam, że byłam taką suką! Czasem mi odbija.

Jesteś Najlepsza!
Zrealizowałam wszystko co sobie zaplanowałam, a nawet jeszcze więcej. Obiecałam sobie, że nic mnie nie zatrzyma, bo to moje życie i tylko ode mnie zależy jak będzie wyglądał każdy kolejny dzień. Dlatego cieszę się z małych rzeczy i sięgam po duże! 

Ganiam po okolicy z sarnami i zającami, wieczorami włóczymy się z Filipem po mieście (o mało się nie posikałam z radości, gdy mi zakomunikował, że ma wolne cały świąteczny tydzień), chodzimy po knajpkach, galeriach i świątecznych jarmarkach, śmigamy na łyżwach w ogrodach królewskich....
A już jutro rano będę siedziała w samolocie i na bank się poryczę z radości! Dziś rano już dzwonił tata: to co przyjechać po Was na lotnisko czy przyjdziecie na piechotę/? HA HA HA, żartowniś :D

Jeden z wystawców na Jarmarkach Świątecznych na Starym Mieście, taki sprzedawca to skarb- uśmiechnięty, obdarowujący zniżkami i życzeniami :)

Wyciskam każdy dzień jak cytrynkę, a dzierganie zamówionych przez Was cudów sprawia mi taką frajdę, że muszę robić to na stojąco pląsając do dobrej nuty, bo nie potrafię usiedzieć. Tak, to już poziom mistrzowski w szydełkowaniu...tańczę, tworzę i czasem jeszcze śpiewam :D Mam nadzieję, że gdy otwieracie paczki to ze środka aż iskrzy od energii. Dziękuję, bardzo dziękuję, to dzięki Wam mogę realizować najbardziej odjechane pomysły! Boję się myśleć co się będzie działo jak wreszcie ustukam na maszynę do szycia, to będzie SZAŁ!!!

Kochani, nie pozostało mi już nic innego jak życzyć Wam wszystkiego Najlepszego z okazji zbliżających się Świąt! Wykorzystajcie ten czas najlepiej jak potraficie, nacieszcie się bliskimi, otulcie ich ciepłem i dobrym słowem, nie bójcie się okazywać uczuć, bo to dzięki nim życie ma smak i mieni się kolorami tęczy. Odważcie się marzyć i spełniać najbardziej szalone pragnienia. Wyostrzcie zmysły, posyłajcie nieznajomym uśmiech, dbajcie o siebie, bo zdrowie nie bez powodu jest okrzyknięte najważniejszą rzeczą w życiu.
Spróbujcie odłączyć się od wszelkich rozpraszaczy energii typu telewizja, internet, znajomi nie warci waszej uwagi. Skupcie się na tym co jest dobre, pomaga Wam się rozwijać i być szczęśliwym człowiekiem. Skorzystajcie z tych kilku wolnych dni, zatrzymajcie się na chwilę i powspominajcie najpiękniejsze chwile kończącego się roku. Wyciągnijcie wnioski i rozpocznijcie kolejny z nową energią!
Nie obżerajcie się obleśnie, a jak już to zrobicie to idźcie wieczorem na spacer, rano na kije lub jogging, a między śniadaniem, a obiadem na basen. Może spotkamy się gdzieś w parku, na ulicy, na łące.

Tego sobie i Wam życzę ja :)

Znikam, wrócę po nowym roku. 


PS. Martyna, wieniec zrobiony! Najlepszego!

Byłabym zapomniała, jak ja sobie tu "skrobałam" to mój domowy Święty Mikołaj "ukulał" takie oto cudeńka ...
Takie oto foremki upolowałam ostatnio :D Jest jeszcze łódź podwodna i wielbłąd w komplecie... kto wymyślił taki zestaw? Nie wiem, ale foremka w kształcie narciarzy w zaspie cieszy mnie jak dziecko :D





piątek, 12 grudnia 2014

Moja historia- Klub Polki Na Obczyźnie

Już od dwóch tygodni zastanawiam się jak opisać moje losy. W tym czasie powstało kilka wersji, te same wydarzenia w wielu odsłonach i przedstawiane z innej perspektywy. Jednak cały czas czytając swoje teksty czułam dziwny niedosyt. Zawsze mam problem, gdy mam z góry narzucony temat, więc tym razem postanowiłam znaleźć kompromis i ponieważ zwykle moje posty są mocno naszpikowane moimi uczuciami to i tym razem tak będzie.Mój świat jest namalowany emocjami i tak zamierzam go przedstawić.

Do rzeczy! Jak się znalazłam w Stockholmie? Mam genialnego narzeczonego, który ciężką pracą i talentem wywalczył sobie kontrakt właśnie w tym pięknym mieście. Potem już było tylko pod górkę. Spakowaliśmy całe swoje życie do kartonów, pożegnaliśmy rodzinę i  znajomych, i ruszyliśmy w nieznane. Pierwsze pół roku było cudowne, słoneczne lato, wyprawy rowerowe, zwiedzanie (wszystkie nasze przygody znajdziecie na łamach mojego bloga)...i druga strona medalu... szukanie przeze mnie pracy, trafienie do polskiej firmy, gdzie zostałam potraktowana poniżej godności, roznoszenie setek CV, niekończące się przeprowadzki, tęsknota i po raz pierwszy zaznanie na własnej skórze uczucia samotności w tłumie.


Nadal są dni, w które staję w miejscu, na ulicy, w parku, w sklepie. Wychodzę wtedy z siebie, unoszę się wysoko ponad chmury i zerkam najpierw w dół na siebie, a potem gdzieś daleko na południe, w stronę Polski, Śląska, Gliwic. Zaglądam przez okno do mojego rodzinnego domu i widzę moją mamę czytającą książkę z kotem na kolanach, mojego brata grającego na gitarze, stojącego w promieniach słońca wpadających przez szeroko otwarte okno, tatę siedzącego nad projektami i śmiejącego się głośno, podczas rozmów telefonicznych.
Brakuje mi dźwięków, zapachów i smaków życia, które zostawiłam gdzieś daleko.

Mimo wszystko jestem szczęśliwa, cieszę się że zaryzykowaliśmy, że nie poddaliśmy się po pierwszych porażkach, bo tutaj życie płynie w zupełnie innym tempie. Jakby ktoś wcisnął przycisk "slow down". Nikt nigdzie się nie spieszy, wszystko ma być zrobione na jutro, a nie na wczoraj, knajpy tętnią życiem od świtu do zmroku (czyli o tej porze roku nie za długo:P) , miasto aż zniewala swoją architekturą, zaułkami, historiami, światełkami.

Na dodatek w tym całym zamieszaniu odnalazłam swoją drogę. Tak długo bezskutecznie szukałam pracy w Szwecji, że  w końcu postanowiłam ją sobie sama zapewnić i stworzyć swój wymarzony biznes. Zaczęło się pewnego letniego wieczoru. Siedziałam na kanapie z workiem wygrzebanej gdzieś z kartonu włóczki i zastanawiałam się co z nią zrobić. Nagle ręce same chwyciły szydło i motki, i zaczęły śmigać. Nim się obejrzałam siedziałam na schodach naszej kamienicy i ubierałam swój rower w sweter!


 Potem powstała cała kolekcja pokrowców na siodełka i koszyki, zaczęłam nawiązywać kontakty, postawiłam w centrum miasta swój "billboard 3d" (kolejny pojawi się już wkrótce), zamówiłam potrzebne materiały i działam ze zdwojoną siłą.



Praca wre! Po kolekcji BIKEandSOUL, powstała kolejna- HEADandSOUL, gdzie znajdziecie czapy i opaski w szalonych kolorach i wzorach, potem KIDSandSOUL z cudami dla maluchów, HOMEandSOUL z (póki co) drobnymi ozdobami do domu... a wiele innych projektów dopiero czeka na realizację.

Codziennie dostaję piękne maile z pomysłami i zamówienia,a w moich czapach zaczynają chodzić sławy!
Na dodatek dzięki temu oto blogowi, który zakładałam tak tylko dla siebie. Pod wpływem paru znajomych, którzy lubili czytać moje przygody, poznaję świetne dziewczyny, z którymi wymieniam się doświadczeniami i odczuciami, dzielimy się sekretnymi miejscami w Stockholmie i na świecie. Podczas tych rozmów czuję, że przepływa przez nas niesamowita energia, która sprawia, że wyrastają mi skrzydła. 
Właściwie sama nie mogę uwierzyć, że to się dzieje. Jestem tak cholernie szczęśliwa, że brak mi słów.
Zamierzam zawłóczkować cały świat, stworzyć szydełkowe imperium i wypić ocean kawy z cudownymi kobietami!

Szczerze wierzę, że tylko od nas samych zależy to, jak będzie wyglądało nasze życie.  Najtrudniej jest znaleźć swoją drogę, ale jeśli nam się to uda, to reszta to już tylko ciężka praca i dążenie do celu, która w tym wypadku jest czystą przyjemnością. Każdemu życzę znalezienia swojego miejsca na ziemi z całego serducha. Każdy z nas ma tylko kilka chwil na tej niesamowitej planecie, więc warto za wszelką cenę spełniać marzenia i przeżyć swoje " 5 minut" najintensywniej jak się tylko da!

Nie wiem czy takiej historii oczekiwaliście, ale takie właśnie jest moje życie. Nie oglądam się za siebie, zbieram doświadczenia, przekuwam je w coś pozytywnego i gnam przed siebie. Szukam, błądzę, dotykam, wącham, rozmawiam... tarzam się w życiu. Strasznie je lubię, szczególnie dlatego, że dzielę je ze wspaniałą osobą, która wierzy we mnie każdego dnia.

Zapraszam Was oczywiście na mój fanpage BIKEandSOUL, gdzie możecie zobaczyć zdjęcia moich cudów :)

Do zobaczenia gdzieś w podróży, samolocie, na ulicy każdego miasta świata :)



niedziela, 7 grudnia 2014

Sztuka konwersacji i przedstawiania swoich racji.

Ostatni tydzień był naprawdę ciężki. Spotkania, telefony, maile, zamówienia, bieganie z paczkami na pocztę, którą najpierw musiałam zlokalizować, a to wcale nie było takie łatwe!,poznawanie nowej dzielnicy, ogarnianie nowego lokum ...W całym tym szaleństwie ratowało mnie tylko szydło, które gdy tylko brałam je do ręki przenosiło mnie do innego wymiaru. Problemy zaczynały się, gdy odkładałam mój magiczny przedmiot i okazywało się, że siedzę w zagraconej przestrzeni, której nie mam siły, ani ochoty uprzątnąć, a jeszcze bardziej aranżować. Każdego dnia zmuszałam się do rozpakowania chociaż jednego kartonu, do wyszorowania chociaż jednej płaszczyzny, ściany lub szafki.

Na domiar złego Filip miał urwanie głowy w pracy i zaczęłam czuć się niewidzialna. On wracał do domu, ja nakładałam obiad, potem każde siadało w swoim kącie i koło 3:00 w nocy spotykaliśmy się w łóżku. Czułam się okropnie, narastała we mnie złość, której nawet jogging nie był w stanie rozładować. Strasznie potrzebowałam jakiejś czułości, troski, pytania: "pomóc Ci? wszystko w porządku?" Zamiast tego, gdy 101 raz uderzyłam głową o kant szafki, w rezultacie czego porzuciłam stojące na kuchence garnki, stanęłam w przedpokoju i zaczęłam płakać, usłyszałam: "możesz znaleźć lepsze mieszkanie skoro to Ci się nie podoba." Poczułam kompletny brak zrozumienia, to nie mieszkanie było problemem tylko cholerne osamotnienie.

Zostałam ze wszystkim sama, nikt mnie nie zapytał czy jestem cała i zdrowa gdy przetykając umywalkę cała zawartość kolanka wymieszana z kretem wybuchła mi w twarz, nikt się nie zainteresował czemu zniknęłam w łazience na 3h, z której dochodziły tylko odgłosy szorowania i zapach chemii,  nikomu nie przyszło do głowy, że ktoś rozpakowuje nasze rzeczy logicznie, a nie chaotycznie, tak żeby ten drugi ktoś gdy tylko zapyta: "gdzie jest plaster, sól, szalik?" Zostanie skierowany prosto do celu. Nikomu nie chciało się zastanowić czemu ten drugi ktoś jest zły, opryskliwy i dziwnie milczący. Nikt nie chciał zrozumieć, że warsztaty, spotkania, zamówienia, promocja, wymagają skupienia, pracowitości, logistyki i dobrej organizacji, o którą ciężko w stercie kartonów... NIKT nie przytulił KTOSIA, gdy było mu smutno i cholernie ciężko. Nikt się starał, ale to staranie polegało na udawaniu, że nic się nie dzieje i robieniu dobrej miny do złej gry.

Byłam tak skołowana, że non stop chodziłam obrażona i wściekła. Przełom nastąpił dopiero wczoraj.
Filip wrócił z pracy, ja znów przywitałam go obrażona, więc subtelnie skoczyliśmy sobie do gardeł, ubrałam płaszcz i wyszłam na spotkanie, na które zaprosiła mnie koleżanka. Taki babski wypad do knajpki. Zamknęłam za sobą drzwi i pomyślałam: teraz idę się zrelaksować i nic mi tego nie zepsuje.
Tak też się stało, spędziłam cudowny wieczór, poznałam fajne dziewczyny, jadłam pyszne rzeczy i słuchałam szalonych historii. Sama wycedziłam zaledwie kilka zdań, bo kompletnie tego dnia nie miałam gadanego. W sumie dobrze się stało, bo muszę przyznać, że właśnie tego potrzebowałam. Chciałam posłuchać innych, skupić się na czymś przyjemnym, zapomnieć o swoich troskach. Podziałało! Zrelaksowałam się i odpoczęłam w gronie cudownych kobiet.

Wracając do domu byłam spokojna, wiedziałam, że nie mogę znów dać się ponieść złości, bo to do niczego nie prowadzi. Kupiłam sześciopak szwedzkiego lurowatego piwa i pomaszerowałam na Bokbik...cośtamcośtam...vagen. Tak, nadal nie wiem na jakiej mieszkam ulicy :P
Weszłam, wstawiłam piwo do lodówki, usiadłam na kanapie i zaczęłam wykańczać zamówienia. Po chwili przyszedł F. Widziałam, że się stara, pytał jak było, kogo poznałam, co jadłam...odpowiadałam zdawkowo.

Wreszcie wybiła północ,więc wyciągnęłam zza kanapy prezent mikołajkowy, wręczyłam mu i usłyszałam pytanie: z jakiej to okazji? Znów zrobiło mi się strasznie smutno... Filip jest 6 grudnia, MIKOŁAJ!!! Nie kupiłeś mi nawet lizaka? Otworzyłam piwko puściłam film i już sobie odpuściłam. Po prostu oglądaliśmy. Było miło.
Gdy wreszcie się położyliśmy, przykładając głowę do poduszki westchnęłam, Filip podniósł głowę i spytał: Co Ci tak ciężko? Odpowiedziałam, że czuję się strasznie samotna i mi smutno. Objął mnie. Nie miałam siły tłumaczyć dlaczego tak się czuję. Po chwili zapytałam tylko: Filip co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu? Odpowiedział bez wahania: TY. Oczywiście się wzruszyłam, poryczałam i ze szczęścia nie mogłam spać :)

Dziś już wstałam w zupełnie innym nastroju.
Wskoczyłam w ciuchy, porwałam torebkę i poleciałam na spotkanie, którego nie mogłam się doczekać już od kilku dni. Monika Henriksson, autorka wspaniałego bloga Polka w Szwecji zrobiła mi piękny mikołajkowy prezent i zgodziła się ze mną spotkać właśnie 6 grudnia. Umówiłyśmy się na Drottningholm w związku z odbywającymi się tam świątecznymi Jarmarkami. Dziękuję, że wybrałaś to miejsce, było pięknie!

Monika w czapie, którą sama sobie zaprojektowała! Ona wie w czym jej dobrze!

Oczywiście musiałam pokręcić metra, potem autobusy i w rezultacie się spóźnić, ale jakimś cudem dotarłam na miejsce. Monika całe szczęście nie uciekła, ani się nie pogniewała i zaczęłyśmy cudowny spacer połączony z degustacją smakołyków, świątecznymi opowieściami, cykaniem fotek i zakończony przepyszną kawą w przypałacowej kawiarni. Snułyśmy rozmowy, zagryzając ciachem i nawet nie wiem kiedy zrobiło się późne popołudnie! Och jak ja uwielbiam się tak zatracić w miłej rozmowie. Nawet, gdy się rozstawałyśmy wymiana myśli nadal trwała, mam nadzieję, ze będzie okazja ją jeszcze kontynuować. Powiem więcej to trzeba powtórzyć!

Wróciłam do domu z nową energią. Wyłożyłam już na spokojnie Filipowi o co mi przez ostatni tydzień chodziło, starałam się nie denerwować nawet, gdy on znów wyskakiwał z kompletnie kosmicznymi argumentami i tekstami w stylu: "Ale o co Ci chodzi? Musisz tak wszystko przeżywać?"
Spojrzałam wreszcie na niego i powiedziałam: Tak! Muszę wszystko tak przeżywać, bo jestem wrażliwym człowiekiem, a Ty jesteś najbliższą mi osobą, moim przyjacielem i chcę żebyś wiedział co myślę i czuję, nie obracał tego przeciwko mnie, nie traktował tego jak słabość, bo jestem silną kobietą do cholery. Nie leżę zaryczana pod kocem cały dzień tylko działam, nie poddaję się, walczę, daję z siebie wszystko każdego dnia. Mam prawo być zmęczona, skołowana, zwyczajnie smutna, i w takich momentach nie potrzebuję złotych rad w stylu: "nie bądź łajzą", tylko całusa w czoło i silnego uścisku.
Przecież kochasz mnie za to, że jestem ciepła i czuła, a w tym zestawie jest też smutek i łzy. Życie już takie jest, raz się śmieję, a raz płaczę, ale bez względu na to czy na mojej twarzy jest uśmiech czy łzy jestem szczęśliwym człowiekiem.
Tak wiele się od Ciebie nauczyłam, to co teraz robię, to że spełniam marzenia to wszystko dzięki Tobie, dzięki temu, że we mnie wierzysz i zarażasz mnie swoją determinacją i uporem. Bardzo się staram, ale nie każ mi proszę zrezygnować z tego kim jestem, bo albo znienawidzę siebie albo Ciebie, a tego nasz związek może nie przetrwać.

Wysłuchał mnie do końca, wreszcie do mnie podszedł i mnie przytulił, za chwilę gdzieś poleciał i wrócił z bukietem czerwonych róż i bombonierką.

Czekoladki zjedzone, a teraz uciekam wreszcie spać, bo jutro ważny dzień, a ja będę nieprzytomna :)

Dziękuję Monika za moc miłych słów, za ten piękny uśmiech, który mi posyłałaś, cudowne świąteczne opowieści i przede wszystkim za szczerość obecną w naszych rozmowach.

Ściskam też babeczki, z którymi miałam przyjemność wcinać wczoraj kolację i śmiać się do rozpuku. Mam nadzieję, że mnie jeszcze zaprosicie, obiecuję być bardziej rozrywkowa!