wtorek, 16 kwietnia 2013

Wiosenne porządki

W związku z "tornadem" vel zmutowanym wirusem Alfa, który przeszedł przez moje ciało nastąpił u mnie znaczny spadek formy. Do tego jakieś wiosenne zawirowania hormonalne i dziwne humory. W efekcie powrót do aktywności idzie mi jak po grudzie. Głupio mi się nawet do tego przyznać, bo wszyscy są w takiej euforii w związku z tą piękną pogodą i nadejściem wiosny, biegają po ulicach w jakimś radosnym uniesieniu, uśmiechają się i pewnie z rozkoszą uprawiają sporty. Wyjdzie na to, że jednak siedzi we mnie cholerny malkontent. Jednak nie jest jeszcze tak źle. Wczoraj Filipowi udało się namówić mnie na spacer, który przerodził się w jakiś cholerny  5 km marsz, a dziś zaplanował otwarcie sezonu rowerowego i nocną rundkę po Bytomiu i miastach partnerskich. Jutro już muszę iść pobiegać inaczej będę skazana na pomysły mojego lubego. Jednak jestem zgryźliwa...kto by pomyślał?? Tak to już bywa, że ja też czasem jestem upierdliwa:P
Szukam w zakamarkach mojej pamięci jakiegoś zabawnego przeżycia z ostatnich dni coby jednak nie wyjść na kompletną "gburkę czarną chmurkę" iiiiiiiii mam! Ponieważ w zeszły weekend spodziewaliśmy się gości to trzeba było sfinalizować wiosenne porządki. Wskoczyłam w drechy i ruszyłam do akcji. Pucując okna dostrzegłam na moim ulubionym wymemlanym podkoszulku ( uwielbiam sprzątać w starych, męskich, naciągniętych t-shirtach) plamy, które na pewno nie należały do tych z gatunku spieralnych. No i tak sobie polerując rozmyślałam : wyrzucić go?? eeeeee nie...a może jednak wyrzucić...eeeeeee nie, no przecież lubię w nim biegać......jednak tak jak każdy, ja również mam idiotyczne przemyślenia, gdy się zorientowałam nad czym ja się właściwie zastanawiam, popukałam się w czoło i postanowiłam podkoszulek...zostawić i zobaczyć jak się akcja rozwinie. No i gdy skończyłam się krzątać, usłyszałam kroki Filipa w korytarzu. Szybko pobiegłam do łazienki się przebrać, bo przecież muszę jakoś wyglądać podczas obiadu.  Wyskoczyłam z brudnych ciuchów, przywdziałam czysty dres i...zamykając drzwi łazienki przemknęła mi taka oto myśl...: czy ja aby na pewno wrzuciłam te brudne łachy do brudownika czy jednak zrobiłam to co myślę, że zrobiłam??? Odwróciłam się na pięcie i popędziłam z powrotem...a jednak! moja podświadomość pokierowała moją ręką, która wrzuciła stary podkoszulek prosto do muszli "koncertowej". No i problem rozwiązał się sam:D Jaki z tego morał?? Nie wiem, ale wiem na pewno, że warto czasem dać podjąć decyzję ślepemu losowi:P
O! Wiem na jaki temat chciałam się jeszcze na łamach mojego skromnego bloga wypowiedzieć. Zdarzyło mi się ostatnimi czasy kilka razy oglądać telewizję i dokonałam odkrycia, które mną wstrząsnęło nie na żarty. Czy ktoś może mi powiedzieć od kiedy słowo "zajebiście" i jego krewniacy weszły z butami do publicznej telewizji i co gorsza na dobre się tam rozgościły?? A może nikogo to nie rusza?? Ja na pewno nie jestem święta i sama lubię czasem mięsem rzucić, ale udawanie, że "zajebiście" to to samo co cudownie, świetnie i wspaniale uważam za lekką przesadę. Przynajmniej wyjaśniła się dręcząca mnie od dłuższego czasu zagadka, dlaczego dzieciaki z podstawówki, które wracają do domów pod moimi oknami określają wszystko stopniując "zajebistość" i co ważniejsze dlaczego patrzyły na mnie jak na ufo, gdy zwracałam im uwagę. "Psze Pani przecież nawet w serialach tak się mówi ?? to co w tym złego yyyyyyyy??" - to wyrażały ich zdumione twarze. Smutne, ale prawdziwe. Ja uwielbiam "ewolucje" słowne, zapożyczenia, neologizmy, po prostu zabawy z językiem, ale nie znoszę wulgaryzmów publicznych. Kiedyś nawet z bratem wymyśliliśmy sobie taką zabawę, w której trzeba było obrazić drugą osobę zwrotem utworzonym z połączenia zwykłych słów w niezwykłe związki albo tylko odpowiednio zaakcentować...eeeeeeee tego nie da się wytłumaczyć, więc zaprezentuję kilka przykładów: liż chodnik, zjedz okiem banana, żuj gumę, liż lody przez papierek, pucuj glacę, pastuj buty, ugryź się w plecy itp itd. Już nie wspomnę o zawsze przeze mnie lubianych starociach: "niech Cię dunder świśnie", "motyla noga" czy innych "o psia kostka!". No! To tyle miałam do powiedzenia w mordę jeża!
Fanom przyjaznych przekleństw polecam słownik przekleństw znakomitych:)




wtorek, 9 kwietnia 2013

Pandemonium

Podtytuł:
Gdyby na bierzmowaniu można było wybrać sobie na trzecie "Kretynka" to może bym się zastanowiła nad przystąpieniem do tego sakramentu...

Jestem kretynką do kwadratu. Doszłam do tego wniosku przed sekundą i chyba długo nie zmienię zdania. Jest to relacja na żywo prosto z posadzki w łazience, co moim zdaniem zwiększa moją wiarygodność, ale zanim przejdę do sedna sprawy i zdradzę wam tok mojego rozumowania cofnę się nieco w czasie. Wszystko zaczęło się wczoraj po południu. Pobolewał mnie brzuch i byłam nieco osłabiona. Jakby to ujął pan z reklamy Rutinoscorbinu: "byłam niewyraźna". Ponieważ jestem Polką, a jak wiadomo każdy mieszkaniec naszego pięknego kraju jest domorosłym lekarzem to już po chwili postawiłam sobie wygodną dla siebie diagnozę, a mianowicie stwierdziłam, że to najprawdopodobniej lewy jajnik zmałpował od prawego, postanowił zabalować i "wyrzucić na bruk" kolejne w tym cyklu ovum. Już kilka minut później tłumaczyłam Filipowi, że taka sytuacja jest możliwa, gdy przechodzi się drastyczne zmiany w żywieniu- czytaj głodówki. No i jakoś się tak radośnie uspokoiliśmy, łyknęłam podwójną no-spę (1 raz w życiu!!! to znak, że mnie naprawdę bolało) i pojechaliśmy odwiedzić rodzinę. Niestety, godziny leciały, a sytuacja w okolicach mojego podbrzusza się nie zmieniała. Oczywiście obstawałam przy swoim rozpoznaniu "choroby", więc nie przejmowałam się przyjmowanymi pokarmami. Po powrocie do domu zrobiłam się tak zuchwała, że sięgnęłam po przysmaki, które w 2 tygodniu po skończeniu postu raczej nie są wskazane...no ale ja musiałam, bo bym się skichała gdybym nie zjadła wreszcie czegoś ostrego, no i otworzyłam swoje ukochane diabelskie papryczki w zalewie z rozmarynem. No i jak na kretynkę przystało miałam nawet jedną błyskotliwą myśl podczas sięgania po nie: " kurcze, może mnie nieźle pogonić po takiej dawce chilli...ale w sumie...dobrze mi to zrobi...bo może to nie jajniki tylko mi coś na żołądku leży...a jak nie leży to mała "biegówka" nikomu jeszcze nie zaszkodziła... a może lepiej nie jeść...". Nawet idiota może mieć przebłyski geniuszu.
Jednak wieczorem doszło do nagłego zwrotu akcji. Papryczkowe szaleństwo niby przeszło bez echa, ale zaczęło mnie koszmarnie łamać w gnatach, miałam wrażenie, że jeździ po mnie czołg, na dodatek kierowca który w nim siedzi non stop myli jedynkę ze wstecznym. Kolejnymi objawami były zimne poty, gorączki i takie tam duperele. No i powtórka z rozrywki, jako że Iga to synonim znachor szybko zweryfikowałam wcześniejszą diagnozę i doszłam do wniosku, że to jednak wirus. Miałam podstawy by tak sądzić. Po pierwsze pochwaliłam się dwukrotnie!, że nie byłam w tym sezonie jeszcze chora, po drugie podkreśliłam że dopisuje mi ostatnio świetna odporność, a po trzecie w związku z tym, że czułam się taka zahartowana, wręcz niezłomna to odwiedzałam wszystkich chorych znajomych i w swej zuchwałości ściskałam się z nimi i radośnie całowałam. No ale cóż mnie mogło złego spotkać skoro Filip w związku z moim ostatnim genialnym zakupem mianował mnie Carmen Sandiego i mnie się wydawało, że ten czerwony kapelusz uchroni mnie od złego niczym tarcza Herkulesa. Jednak byłam w błędzie. Ja nie jestem bohaterką komiksów, a wirusy to małe gnoje, które na domiar złego zdobyły mój bastion. Całe szczęście jakoś udało mi się zasnąć...wstałam rano lekko "wymięta", ale bóle jakby zniknęły. Cały dzisiejszy dzień chrupałam wafle ryżowe i zapijałam wodą, bo jednak mój układ pokarmowy był mocno poturbowany, powiedziałabym nawet, że wywinął się na drugą stronę. Niestety w okolicach godziny 20:00 poczułam się już dobrze i w swojej głupocie znów sięgnęłam po papryczki...no bo skoro to wirus to one takie małe, czerwone, śliczne są niewinne...i jedna czy dwie takie malusie...A JEDNAK NIE TAKIE NIEWINNE! JEDNAK WREDNE, PODSTĘPNE I KUSZĄCE NICZYM WĄŻ W RAJU! Pewnie i tak mi nikt nie uwierzy, że one same odkręciły słoik, wyskoczyły z niego i wpadły prosto do mojego brzucha?? szkooooooodaaaaaaa;( Jednym słowem mam za swoje, jest 3 w nocy a ja siedzę w łazience przytulona do pralki...to jest miejsce strategiczne, blisko do "muszli koncertowej", nogi można położyć na kaloryferze, a w przypływie sił mogę nastawić pranie, które ukołysze mnie do snu...chyba że zacznie się wirowanie. 

 PS. A wiecie, że cechą papryczek chilli jest to, że pieką dwa razy?? Może jednak pomimo mojej głupoty ktoś mnie pożałuje...

czwartek, 28 marca 2013

Opętana przez fistaszki!

Jeść! Jeść! Jeść! Jeść!- to właśnie krzyczy milion Ig w mojej głowie. Przysięgam, że zaraz się wścieknę. Moje ciało rewelacyjnie znosi mój mały post ideologiczny pod tytułem "nie chcę być dłużej jedzenioholikiem". Nic mnie już nie boli, nie męczę się tak szybko jak przy poprzednich próbach, nie mdli mnie, po prostu funkcjonuję bez większych zmian. Natomiast mój umysł daje mi popalić podwójnie, za duszę i za ciało. W zasadzie nie przestaję myśleć o jedzeniu, szczególnie o orzeszkach ziemnych, które są w kuchni. Prześladują mnie te małe wredne arachidy pomimo tego, że nie byłam w pomieszczeniu gdzie się "bunkrują" od poniedziałku. Jestem tak sfrustrowana i jednocześnie zdeterminowana, że chce mi się płakać. Jeśli zaraz nie wybuchnę, to żeby w inny sposób rozładować emocje zrobię coś ekstremalnie głupiego. O! np takie rzeczy mi do głowy przychodzą: ogolę się na łyso albo zafarbuję na zielono, zrobię sobie tatuaż na środku czoła w kształcie wielkiego arbuza, wbije sobie gwóźdź w palec lub ugryzę się w łokieć...cokolwiek byleby przestać myśleć o jedzeniu!!! Już nawet nie jestem zabawna, bo tak mi źle, że poczucie humoru się obraziło i mnie opuściło. Jednocześnie jestem taka wściekła, że chciałabym na przekór sobie nie jeść dopóki nie schudnę do rozmiaru 40, a trochę mi jeszcze brakuje to wymarzonego "size'u".
Na poziom mojego rozgoryczenia ma zapewne wpływ ilość zdobytych ostatnimi czasy informacji na temat metabolizmu, połączenie ich z moimi doświadczeniami i wyciągnięcie wniosków. Moja kuchnia jest tak bardzo fit, light, eko i co tam jeszcze można sobie wymyślić, mój grafik tygodniowy jest jeszcze bardziej wypełniony aktywnością fizyczną niż zwykle, a prawda jest taka że waga ani drgnie...okazuje się, że jeżeli ktoś podjął wiele prób zrzucenia zbędnych kilogramów, często drastycznie zmniejszając ilość przyjmowanych kalorii (diety typu 1200kcal, 1000kcal itp- to były zalecenia przychodni leczenia otyłości, nie jakieś moje fanaberie!!), że w ten sposób mógł tak spowolnić swój metabolizm, że potrzebuje on nawet poniżej 1000 kalorii żeby normalnie funkcjonować. To by wyjaśniało moje zeszłoroczne wiosenne zmagania, które zakończyły się fiaskiem. Trzy miesiące jadłam 900-1200 kalorii i schudłam 2 kg!!!! I z jednej strony cieszę się ogromnie, ze znalazłam coś co znów skutkuje czytaj- głodówka, zwłaszcza, że ma ona naprawdę wiele dodatkowych atutów jednym z najistotniejszych w moim wypadku jest niesamowity wzrost odporności. W zeszłym sezonie byłam chora 7 razy w ciągu 6 miesięcy!!! a w tej zimy ani razu!! Z drugiej strony przeraziłam się, że kiedyś i ona przestanie działać i już nie wiem co wtedy zrobię...ale co ja będę się martwiła na zapas. Najwyżej wynajmę jakiegoś "kata", który zamknie mnie w jakimś magazynie na pół roku, będzie mnie gonił do ćwiczeń 20h na dobę i poił tylko wodą:P Zresztą nie ma co planować, bo jeśli nie zwariuję zaraz od myślenia o żarciu to wszystko będzie dobrze;)Idę się napić wody...będę sobie wyobrażała, że to kanapka z tuńczykiem:D

PS. Teraz nawet tarte jabłka byłyby najpyszniejszym rarytasem nad rarytasami...


środa, 27 marca 2013

Victory or dead!

Jestem taka głodna, że aż chce mi się płakać. Nie miałam w ustach niczego od 60 godzin. W zasadzie nie przeszkadza mi ból głowy, łamanie w gnatach, ssanie w żołądku czy lekkie mdłości, dobija mnie tylko moja psycha. Z jednej strony jestem niesamowicie zdeterminowana i wiem, że się nie poddam, a z drugiej mam ochotę beczeć jednocześnie tarzając się w jedzeniu. Mam tak wyczulony zmysł węchu, że czuję obiad, który gotuje sąsiadka dwa piętra wyżej!!! Do tego Filip wcinający pierogi, kurczaki, smażone sery, kanapki...i jeszcze głupawo się uśmiecha i czasem przez przypadek zapyta: a Ty co będziesz jadła Kochanie? Wrrrrrrrrrr no wiem, że niechcący to rzuca z przyzwyczajenia, ale oczywiście muszę na  niego warczeć i krzyczeć... to mi pomaga, a on to dzielnie znosi:P Co do darcia się, to miałam wczoraj taki dołek podczas, którego chciałam krzyczeć na całe gardło, że chcę być chuda. Co jest dla mnie niesamowitą odmianą, bo zwykle chciałam drzeć się: nie chcę być już grubaaaa!!! A jak już jesteśmy w tym temacie, to uwierzcie mi na słowo, że żaden grubas nie chce być gruby, nawet ten który się zapiera, że jemu to nie przeszkadza, to tylko świadczy o tym że skutecznie sobie wmówił, że tak już musi być. Też próbowałam zaakceptować moją fizjonomię, myślałam nawet że mi się udało, ale z obecnej perspektywy stwierdzam, że to była ściema! Sama siebie oszukiwałam, ale musiałam inaczej bym nie przetrwała. Prawda jest taka, że każdy chce być lekki, wyglądać ładnie i czuć się komfortowo we własnym ciele i dużo łatwiej to osiągnąć mając na wadze mniej niż więcej.Podążając za tą maksymą idę sobie nie zjeść śniadania;)

Nie pamiętam gdzie znalazłam ten obrazek, ale mam nadzieję, że nikt się nie pogniewa, że go wykorzystałam...on idealnie obrazuje mój stan ducha i ciała.

poniedziałek, 25 marca 2013

Wiosenne porządki:)

Nie ma to tamto czas zakasać rękawy i brać się za kolejną głodówkę. Wiosna może nas zwodzi, ale jak buchnie upałem i trzeba będzie się rozebrać do rosołu to głupio się będzie mrozami zasłaniać. Obiecałam sobie, że w tym sezonie nie będę bała się bikini, zbiorników wodnych, plaży i innych miejsc gdzie króluje nagość. Chociaż szczerze mówiąc nie lubię ich też z innych pobudek, takich jak  wszechobecne tam tłumy, smród grilla, hałas, śmieci, nuda podczas opalania...no tak ale żaden z tych argumentów nie tłumaczy niechęci do stroju kąpielowego. On jest moim wrogiem z zupełnie innych powodów, a mianowicie jest "ujawniaczem" mankamentów mojego ciała, w skrócie fałdocelulozwisocycoudajakbeczkizwinem. Jednym słowem śmierć bikini!!!
Najważniejsza jest motywacja, a tej jak widać mi nie brakuje. Ostatnie kilka dni trzymałam się diety przedgłodówkowej, żeby dziś na tydzień przed świętami pościć. Myślałam że może uda mi się to zrobić bez opisywania moich zmagań na "kartach" mojego skromnego bloga, ale nie udało się. Ssie mnie tak okrutnie, że najchętniej wlazłabym cała do lodówki i nie wychodziła z niej dopóki nie wyjem wszystkiego...długo bym tam nie posiedziała, bo przygotowałam się na taką ewentualność i jest prawie pusta. Muszę jednak wyjść z domu, bo ugotowałam wczoraj Filipowi obiad na dziś, który stoi w garnku na kuchence i boję się, że gdy dopadnie mnie kryzys to wsysnę jego zawartość. Jedyną ulgą w tych męczarniach przynosi mi właśnie pisanie i świadomość, że ktoś to przeczyta i może mnie trochę pożałuje, albo do czegoś się zmotywuje, albo po prostu się uśmieje:) W każdym razie dzięki, że czytacie, bo mi tym pomagacie:D Rymuję i niczym się nie przejmuję.

niedziela, 17 marca 2013

The end

Wracamy!!! Na dobry początek sza-cun dla Filipa, który zamontował gniazdko w samochodzie i dzięki temu mam ciągły dostęp do prądu i mogę sobie pisaaaaaaaaać do woli.:D Zanim go poznałam nie wiedziałam, że takie cuda są w ogóle możliwe. No a teraz czas na podsumowanie naszego tripa...w zasadzie zastanawiałam się czy nie zataić kilku szczegółów zwłaszcza, że zauważyłam wśród znajomych ciekawe zjawisko, które nazywam "i żyli długo i szczęśliwie". Ostatnio większość osób z którymi się spotykam mówi tylko o tym jak im się cudownie żyje, nikt już nie ma problemów, żadnych trosk, zmartwień...pieprzona sielanka. Wszyscy są tacy normalni i szczęśliwi, że aż się można porzygać na różowo. Nie mówią o tym jak ich szarpie kredyt, że nie pamiętają kiedy byli na wakacjach, że praca ich wykańcza lub nie daje satysfakcji. Jedyne co słyszę to: kupujemy mieszkanie jupiiiii (nie ważne że będziemy je spłacać do pięćdziesiątki) dostałam awans hurrrra (nie ważne że szef mną pomiata), schudłam jupiiiiiiiiiii (to nic że to dlatego, że mąż pije), kupuję samochód (czy to ważne, że mi za niego płacą rodzice?). Mogę mnożyć takich przykładów bez liku, tylko po co. Jeśli teraz to czytasz to pewnie sam to zauważasz, albo...sam/sama sobie dokończ. W pewnym momencie naprawdę uwierzyłam, że tylko ja mam zmartwienia. Aż mi było głupio, bo wszyscy tacy zadowolenia, a ja marudzę. Przeszło mi nawet przez głowę, że to może ja się mylę?? Może właśnie na tym polega bycie dorosłym, odpowiedzialnym człowiekiem?? eeeeeeeee NIE! Może i jestem zbyt szczera, trochę się obnażam emocjonalnie, ale przynajmniej czuję, że są ludzie przed którymi nie muszę niczego udawać i wiem, że oni też są przy mnie sobą.
Po tym mały wstępie nie pozostało mi już nic innego jak być szczerym do bólu i przyznać się przed całym światem dooo... albo...jako szczęśliwa właścicielka bujnej wyobraźni napiszę trzy zakończenia naszej wycieczki, a wy sami sobie wybierzecie, które Wam się podoba najbardziej;) Wybaczcie to małe zamieszanie, ale moi prawdziwi przyjaciele na pewno będą wiedzieli które zakończenie jest prawdziwe, a reszta świata mam nadzieję, że będzie się po prostu dobrze bawiła;)

Wersja 1
No i już nie otworzyli wyciągów, bo wichura następnego dnia nadal szalała. Jakoś się trzymałam, chociaż w tej fazie cyklu hormony aż pchają łzy do oczodołów, czy to ze smutku czy z radości zawsze coś mi tam po policzkach spływa:P Wszystko było dobrze do póki nie pojechaliśmy oddać karnetów i walczyć o zwrot części pieniędzy. Dogadać się z Tą babką...ona ani słowa po angielsku, a ja po włosku kali mówić,ale zrozumiała! Ale co z tego skoro kasy i tak nie oddali i wtedy pękłam. Leciały mi po twarzy całe strumienie słonego badziewia- sama dawno u siebie takich nie widziałam. Oczywiście wiele tłumaczy huśtawka hormonalna, ale nie wszystko można zwalić na to, bo pewnie byłby to mniejszy "opad deszczu" ale na pewno by się pojawił. Ciężko pracowałam żeby móc sobie pozwolić na taki wyjazd, i skoro już przejechaliśmy pół europy, wywaliliśmy kasę na karnety to do cholery ma być idealnie!!!!No i robiłam wszystko, żeby wycisnąć z tych dni ile się da, wczoraj na prawdę było cudownie, ale dziś już chciałam poszusować i koniec! Po chwili pędziliśmy już do pokoju, żeby się spakować i przynajmniej nie płacić za kolejną dobę w hotelu. Uregulowaliśmy rachunki, wskoczyliśmy do wozu i pognaliśmy na dół. W aucie nastała grobowa cisza, którą przerwał Filip pytaniem: no i jak Kochanie?? podobał Ci się wyjazd?? Odezwał się w najgorszym momencie. Wymamrotałam że tak i znów zaczęłam beczeć, chociaż tym razem już nie wiem czemu. Naprawdę mi się podobało, niewiele brakowało, a byłaby to jedna z najpiękniejszych naszych podróży. Leżała by w mojej głowie w tej samej szufladce co nasze genialne wakacje w Toskanii- (te pierwsze... drugie skutecznie zepsułam)! Dojechaliśmy do Rovereto i poszliśmy na zakupy, bo przecież trzeba przywieźć do domu regionalne przysmaki...te płynne i te w formie stałej:P i jakoś tak się sprawy potoczyły, że po szopingu szwędaliśmy się 5 godzin po tym jakże ładnym miasteczku. Kupiłam sobie śliczną torebkę, zjedliśmy pyszny obiad i ruszyliśmy do domu:)


Wersja 2
Na drugi dzień już podczas porannego joggingu miałam złe przeczucia. Wiatr wiał niepokojąco mocno. Wróciłam do pokoju i nie mówiąc nic Filipowi, wskoczyłam pod prysznic. Jakże się ucieszyłam, gdy zeszłam na śniadanie a za oknem, między drzewami krzesełka się poruszały. Piętnaście minut później wpinaliśmy się w narty i szaleliśmy na cudownie przygotowanych trasach. Mimo słońca było -10 stopni, ale nam było wręcz gorąco:D Niestety nie trwało to długo.Koło południa mnie zmroziło, gdy podjechałam pod hotel żeby zmienić narty, bo chcieliśmy poszaleć poza trasami. A tu niespodzianka, ktoś radośnie przywłaszczył sobie moje dechy. Oczywiście na początku zaczęłam biegać i ich szukać, bo nie mogłam w to uwierzyć. Nie żeby mi się to nigdy nie zdarzyło, wręcz przeciwnie: nad morzem ukradli mi aparat, jak jechałam do Rosji na wykopaliska zniknęły mi wszystkie pieniądze, w zeszłe wakacje rower, trzy lata temu kije w Andalo...bardziej zaskoczyło mnie to, że znowu mi coś zwinęli, chociaż już na prawdę staram się pilnować swoich rzeczy. Gdy pierwszy szok minął oczywiście się poryczałam, chociaż nie był to cenny sprzęt. Kupiłam go okazyjnie, bardziej do szkolenia niż dla przyjemności. Zdruzgotało mnie to, że znów mi ktoś coś zabrał. Kurde co ja takiego zrobiłam, że święty Antoni mnie opuścił, a wręcz się na mnie mści??!! Filip stanął na wysokości zadania, mocno mnie przytulił, kazał się rozchmurzyć, bo przecież jest piękny dzień i mam te lepsze narty, w które wystarczy się wpiąć i dalej szaleć;) No i udało się, otarłam łzy i ruszyłam do boju;) Wieczorem zjechaliśmy do Rovereto na pyszną kolację, która niestety dała mi popalić podczas podróży, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało, bo myślałam tylko o mojej nowej torebce leżącej na tylnym siedzeniu- Filip mi kupił na pocieszenie za narty:)


Wersja 3
Następnego dnia krzesełka ruszyły, ale niestety nie na długo. W południe wiatr znów się wzmógł i musieli zamknąć wyciągi. Całe szczęście te 3 godziny na nartach znacznie poprawiły mi humor. Nie zastanawiając się wiele pognaliśmy na biegówki...jakby nie było to też narty:D Tor był znakomicie przygotowany i dzięki niskiej temperaturze świetnie się po nim śmigało nawet na nienasmarowanym sprzęcie:P Takie z Nas osły, że znów zapomnieliśmy smaru!! W drodze powrotnej postanowiliśmy podjechać do kas żeby zawalczyć o jakieś odszkodowanie w związku z zamknięciem wyciągów, ale oczywiście : "itz not refundable". Pani nas poinformowała, że jeśli poczekamy 12h i jeśli puszczą wyciągi to w ramach rekompensaty dostaniemy karnet na jeden dzień gratis. Ja się zapytałam kto nam w takim razie za kolejny nocleg zapłaci, ale ona już tego nie zrozumiała. Wróciliśmy do hotelu i rozpatrzyliśmy wszystkie opcje...jeśli puszczą wyciągi to super, bo sobie jeszcze pojeździmy, ale jeśli nadal będzie wiało to tylko zabulimy za kolejną dobę hotelową, a jutro się wściekniemy i zepsujemy sobie wyjazd...zresztą i tak się wkurzyliśmy, że nie możemy machnąć ręką i powiedzieć: phi a kto bogatemu zabroni. Filip podsumował to jednym zdaniem: właśnie dlatego uważam, że musimy mieć dużo pieniędzy, żeby się nie szczypać tylko robić co nam się żywnie podoba;) I ma racje cholera. Tak czy inaczej, spakowaliśmy się, zjechaliśmy do Rovereto na pyszną  kolację, a na deser wybrałam sobie śliczną torbę, bo przecież zaoszczędziliśmy na noclegu:P i ruszyliśmy do domu:)


Rovereto...

piątek, 15 marca 2013

"Matterhorn"

No i wszamałam una buona pizza con ruccola e proscciutto crudo i męczyły mnie taaaakie okropne wyrzuty sumienia, że miałam ochotę się upić i iść spać. Normalnie czułam jak te 6 kawałków tego okrągłego italiańskiego przysmaku (dwa odjęłam sobie od ust i oddałam Filipowi) tańczy radośnie w moim brzuchu i gra mi na nosie:P). No i podczas gdy siedzieliśmy sobie po posiłku w knajpce i tak idiotycznie gapiliśmy się na góry za oknem i szalejące na stokach wichury, nagle zaczęła mnie dopadać jakaś dziwna forma frustracji. Wtedy wpadł mi do głowy pewien pomysł, ale w tamtej chwili wydawał mi się na tyle abstrakcyjny, że postanowiłam go pozostawić w sferze marzeń. No i tak ni z tego ni z owego zaczęliśmy się wiercić na tych stołkach, kończyny zaczęły żyć własnym życiem, a energia przywrócona pysznym obiadem nie pozwalała nam spokojnie usiedzieć... i w końcu padło pytanie, które dziś wypowiadaliśmy już wielokrotnie: to co robimy?? Filip zaproponował zaskakujące rozwiązanie: to może drzemka??, które maksymalnie mnie wkurzyło, bo od lat pracuję nad tym żeby każdy dzień spędzać maksymalnie aktywnie i nie ucinać sobie kimanka w ciągu dnia, bo mój metabolizm natychmiast sprytnie to wykorzystuje do odłożenia zapasów, normalnie wychwytuje każdą kalorię nawet z wydychanego przeze mnie powietrza! Ta iskra wywołała lawinę zdarzeń... oburzona szybko rzuciłam alternatywnym rozwiązaniem, które jak już wspomniałam, od dłuższej chwili pałętało mi się gdzieś między zwojami: a może wskoczymy w buty narciarskie i sobie po prostu wejdziemy na tą górę, żeby chociaż raz dzisiaj zjechać???musiało zabrzmieć to tak bardzo surrealistycznie, że jedyne co usłyszałam w odpowiedzi to: a może weźmy dupoloty i zjedźmy sobie na tyłkach do tej knajpki gdzie wczoraj sobie siedzieliśmy?? wystarczyło, że rzuciłam jedno spojrzenie i pięć minut później biegliśmy przez narciarnię już w butach, goglach i w tzw pełnej gotowości. Porwaliśmy sprzęt i ruszyliśmy na szczyt:P Duło tak makabrycznie, że momentami, gdy wiatr smagał moją twarz nie byłam w stanie oddychać, ale się nie poddaliśmy i 45 minut później zapinaliśmy narciochy:D Zdążyliśmy na sam zachód słońca. Jednym słowem było warto! Wysoki poziom endorfin spowodowany wysiłkiem przywrócił pozytywne spojrzenie na świat, a fakt, że prawie wbiegliśmy na tą górę ogromnie podbudował moją wiarę we własne siły...no kurde mam kondycję, wciągnąć ten mój wielki zad na ten szczyt w tak krótkim czasie było nie lada wyzwaniem!