W związku z "tornadem" vel zmutowanym wirusem Alfa, który przeszedł przez moje ciało nastąpił u mnie znaczny spadek formy. Do tego jakieś wiosenne zawirowania hormonalne i dziwne humory. W efekcie powrót do aktywności idzie mi jak po grudzie. Głupio mi się nawet do tego przyznać, bo wszyscy są w takiej euforii w związku z tą piękną pogodą i nadejściem wiosny, biegają po ulicach w jakimś radosnym uniesieniu, uśmiechają się i pewnie z rozkoszą uprawiają sporty. Wyjdzie na to, że jednak siedzi we mnie cholerny malkontent. Jednak nie jest jeszcze tak źle. Wczoraj Filipowi udało się namówić mnie na spacer, który przerodził się w jakiś cholerny 5 km marsz, a dziś zaplanował otwarcie sezonu rowerowego i nocną rundkę po Bytomiu i miastach partnerskich. Jutro już muszę iść pobiegać inaczej będę skazana na pomysły mojego lubego. Jednak jestem zgryźliwa...kto by pomyślał?? Tak to już bywa, że ja też czasem jestem upierdliwa:P
Szukam w zakamarkach mojej pamięci jakiegoś zabawnego przeżycia z ostatnich dni coby jednak nie wyjść na kompletną "gburkę czarną chmurkę" iiiiiiiii mam! Ponieważ w zeszły weekend spodziewaliśmy się gości to trzeba było sfinalizować wiosenne porządki. Wskoczyłam w drechy i ruszyłam do akcji. Pucując okna dostrzegłam na moim ulubionym wymemlanym podkoszulku ( uwielbiam sprzątać w starych, męskich, naciągniętych t-shirtach) plamy, które na pewno nie należały do tych z gatunku spieralnych. No i tak sobie polerując rozmyślałam : wyrzucić go?? eeeeee nie...a może jednak wyrzucić...eeeeeee nie, no przecież lubię w nim biegać......jednak tak jak każdy, ja również mam idiotyczne przemyślenia, gdy się zorientowałam nad czym ja się właściwie zastanawiam, popukałam się w czoło i postanowiłam podkoszulek...zostawić i zobaczyć jak się akcja rozwinie. No i gdy skończyłam się krzątać, usłyszałam kroki Filipa w korytarzu. Szybko pobiegłam do łazienki się przebrać, bo przecież muszę jakoś wyglądać podczas obiadu. Wyskoczyłam z brudnych ciuchów, przywdziałam czysty dres i...zamykając drzwi łazienki przemknęła mi taka oto myśl...: czy ja aby na pewno wrzuciłam te brudne łachy do brudownika czy jednak zrobiłam to co myślę, że zrobiłam??? Odwróciłam się na pięcie i popędziłam z powrotem...a jednak! moja podświadomość pokierowała moją ręką, która wrzuciła stary podkoszulek prosto do muszli "koncertowej". No i problem rozwiązał się sam:D Jaki z tego morał?? Nie wiem, ale wiem na pewno, że warto czasem dać podjąć decyzję ślepemu losowi:P
O! Wiem na jaki temat chciałam się jeszcze na łamach mojego skromnego bloga wypowiedzieć. Zdarzyło mi się ostatnimi czasy kilka razy oglądać telewizję i dokonałam odkrycia, które mną wstrząsnęło nie na żarty. Czy ktoś może mi powiedzieć od kiedy słowo "zajebiście" i jego krewniacy weszły z butami do publicznej telewizji i co gorsza na dobre się tam rozgościły?? A może nikogo to nie rusza?? Ja na pewno nie jestem święta i sama lubię czasem mięsem rzucić, ale udawanie, że "zajebiście" to to samo co cudownie, świetnie i wspaniale uważam za lekką przesadę. Przynajmniej wyjaśniła się dręcząca mnie od dłuższego czasu zagadka, dlaczego dzieciaki z podstawówki, które wracają do domów pod moimi oknami określają wszystko stopniując "zajebistość" i co ważniejsze dlaczego patrzyły na mnie jak na ufo, gdy zwracałam im uwagę. "Psze Pani przecież nawet w serialach tak się mówi ?? to co w tym złego yyyyyyyy??" - to wyrażały ich zdumione twarze. Smutne, ale prawdziwe. Ja uwielbiam "ewolucje" słowne, zapożyczenia, neologizmy, po prostu zabawy z językiem, ale nie znoszę wulgaryzmów publicznych. Kiedyś nawet z bratem wymyśliliśmy sobie taką zabawę, w której trzeba było obrazić drugą osobę zwrotem utworzonym z połączenia zwykłych słów w niezwykłe związki albo tylko odpowiednio zaakcentować...eeeeeeee tego nie da się wytłumaczyć, więc zaprezentuję kilka przykładów: liż chodnik, zjedz okiem banana, żuj gumę, liż lody przez papierek, pucuj glacę, pastuj buty, ugryź się w plecy itp itd. Już nie wspomnę o zawsze przeze mnie lubianych starociach: "niech Cię dunder świśnie", "motyla noga" czy innych "o psia kostka!". No! To tyle miałam do powiedzenia w mordę jeża!
Fanom przyjaznych przekleństw polecam słownik przekleństw znakomitych:)
wtorek, 16 kwietnia 2013
wtorek, 9 kwietnia 2013
Pandemonium
Etykiety:
niezły bigos
Podtytuł:
Gdyby na bierzmowaniu można było
wybrać sobie na trzecie "Kretynka" to może bym się
zastanowiła nad przystąpieniem do tego sakramentu...
Jestem kretynką do kwadratu. Doszłam
do tego wniosku przed sekundą i chyba długo nie zmienię zdania.
Jest to relacja na żywo prosto z posadzki w łazience, co moim
zdaniem zwiększa moją wiarygodność, ale zanim przejdę do sedna
sprawy i zdradzę wam tok mojego rozumowania cofnę się nieco w
czasie. Wszystko zaczęło się wczoraj po południu. Pobolewał mnie
brzuch i byłam nieco osłabiona. Jakby to ujął pan z reklamy
Rutinoscorbinu: "byłam niewyraźna". Ponieważ jestem
Polką, a jak wiadomo każdy mieszkaniec naszego pięknego kraju jest
domorosłym lekarzem to już po chwili postawiłam sobie wygodną dla
siebie diagnozę, a mianowicie stwierdziłam, że to
najprawdopodobniej lewy jajnik zmałpował od prawego, postanowił
zabalować i "wyrzucić na bruk" kolejne w tym cyklu ovum.
Już kilka minut później tłumaczyłam Filipowi, że taka sytuacja
jest możliwa, gdy przechodzi się drastyczne zmiany w żywieniu-
czytaj głodówki. No i jakoś się tak radośnie uspokoiliśmy,
łyknęłam podwójną no-spę (1 raz w życiu!!! to znak, że mnie
naprawdę bolało) i pojechaliśmy odwiedzić rodzinę. Niestety,
godziny leciały, a sytuacja w okolicach mojego podbrzusza się nie
zmieniała. Oczywiście obstawałam przy swoim rozpoznaniu "choroby",
więc nie przejmowałam się przyjmowanymi pokarmami. Po powrocie do
domu zrobiłam się tak zuchwała, że sięgnęłam po przysmaki,
które w 2 tygodniu po skończeniu postu raczej nie są wskazane...no
ale ja musiałam, bo bym się skichała gdybym nie zjadła wreszcie
czegoś ostrego, no i otworzyłam swoje ukochane diabelskie papryczki
w zalewie z rozmarynem. No i jak na kretynkę przystało miałam
nawet jedną błyskotliwą myśl podczas sięgania po nie: "
kurcze, może mnie nieźle pogonić po takiej dawce chilli...ale w
sumie...dobrze mi to zrobi...bo może to nie jajniki tylko mi coś na
żołądku leży...a jak nie leży to mała "biegówka"
nikomu jeszcze nie zaszkodziła... a może lepiej nie jeść...".
Nawet idiota może mieć przebłyski geniuszu.
Jednak wieczorem doszło do nagłego
zwrotu akcji. Papryczkowe szaleństwo niby przeszło bez echa, ale zaczęło mnie koszmarnie łamać w gnatach, miałam
wrażenie, że jeździ po mnie czołg, na dodatek kierowca który w
nim siedzi non stop myli jedynkę ze wstecznym. Kolejnymi objawami
były zimne poty, gorączki i takie tam duperele. No i powtórka z
rozrywki, jako że Iga to synonim znachor szybko zweryfikowałam
wcześniejszą diagnozę i doszłam do wniosku, że to jednak wirus.
Miałam podstawy by tak sądzić. Po pierwsze pochwaliłam się
dwukrotnie!, że nie byłam w tym sezonie jeszcze chora, po drugie
podkreśliłam że dopisuje mi ostatnio świetna odporność, a po
trzecie w związku z tym, że czułam się taka zahartowana, wręcz
niezłomna to odwiedzałam wszystkich chorych znajomych i w swej
zuchwałości ściskałam się z nimi i radośnie całowałam. No ale
cóż mnie mogło złego spotkać skoro Filip w związku z moim
ostatnim genialnym zakupem mianował mnie Carmen Sandiego i mnie się
wydawało, że ten czerwony kapelusz uchroni mnie od złego niczym
tarcza Herkulesa. Jednak byłam w błędzie. Ja nie jestem bohaterką
komiksów, a wirusy to małe gnoje, które na domiar złego zdobyły
mój bastion. Całe szczęście jakoś udało mi się
zasnąć...wstałam rano lekko "wymięta", ale bóle jakby
zniknęły. Cały dzisiejszy dzień chrupałam wafle ryżowe i zapijałam wodą,
bo jednak mój układ pokarmowy był mocno poturbowany,
powiedziałabym nawet, że wywinął się na drugą stronę. Niestety
w okolicach godziny 20:00 poczułam się już dobrze i w swojej
głupocie znów sięgnęłam po papryczki...no bo skoro to wirus to
one takie małe, czerwone, śliczne są niewinne...i jedna czy dwie
takie malusie...A JEDNAK NIE TAKIE NIEWINNE! JEDNAK WREDNE, PODSTĘPNE
I KUSZĄCE NICZYM WĄŻ W RAJU! Pewnie i tak mi nikt nie uwierzy, że
one same odkręciły słoik, wyskoczyły z niego i wpadły prosto do
mojego brzucha?? szkooooooodaaaaaaa;( Jednym słowem mam za swoje,
jest 3 w nocy a ja siedzę w łazience przytulona do pralki...to jest
miejsce strategiczne, blisko do "muszli koncertowej", nogi
można położyć na kaloryferze, a w przypływie sił mogę nastawić
pranie, które ukołysze mnie do snu...chyba że zacznie się
wirowanie.
PS. A wiecie, że cechą papryczek chilli jest to, że pieką dwa razy?? Może jednak pomimo mojej głupoty ktoś mnie pożałuje...
czwartek, 28 marca 2013
Opętana przez fistaszki!
Etykiety:
niezły bigos
Jeść! Jeść! Jeść! Jeść!- to właśnie krzyczy milion Ig w mojej głowie. Przysięgam, że zaraz się wścieknę. Moje ciało rewelacyjnie znosi mój mały post ideologiczny pod tytułem "nie chcę być dłużej jedzenioholikiem". Nic mnie już nie boli, nie męczę się tak szybko jak przy poprzednich próbach, nie mdli mnie, po prostu funkcjonuję bez większych zmian. Natomiast mój umysł daje mi popalić podwójnie, za duszę i za ciało. W zasadzie nie przestaję myśleć o jedzeniu, szczególnie o orzeszkach ziemnych, które są w kuchni. Prześladują mnie te małe wredne arachidy pomimo tego, że nie byłam w pomieszczeniu gdzie się "bunkrują" od poniedziałku. Jestem tak sfrustrowana i jednocześnie zdeterminowana, że chce mi się płakać. Jeśli zaraz nie wybuchnę, to żeby w inny sposób rozładować emocje zrobię coś ekstremalnie głupiego. O! np takie rzeczy mi do głowy przychodzą: ogolę się na łyso albo zafarbuję na zielono, zrobię sobie tatuaż na środku czoła w kształcie wielkiego arbuza, wbije sobie gwóźdź w palec lub ugryzę się w łokieć...cokolwiek byleby przestać myśleć o jedzeniu!!! Już nawet nie jestem zabawna, bo tak mi źle, że poczucie humoru się obraziło i mnie opuściło. Jednocześnie jestem taka wściekła, że chciałabym na przekór sobie nie jeść dopóki nie schudnę do rozmiaru 40, a trochę mi jeszcze brakuje to wymarzonego "size'u".
Na poziom mojego rozgoryczenia ma zapewne wpływ ilość zdobytych ostatnimi czasy informacji na temat metabolizmu, połączenie ich z moimi doświadczeniami i wyciągnięcie wniosków. Moja kuchnia jest tak bardzo fit, light, eko i co tam jeszcze można sobie wymyślić, mój grafik tygodniowy jest jeszcze bardziej wypełniony aktywnością fizyczną niż zwykle, a prawda jest taka że waga ani drgnie...okazuje się, że jeżeli ktoś podjął wiele prób zrzucenia zbędnych kilogramów, często drastycznie zmniejszając ilość przyjmowanych kalorii (diety typu 1200kcal, 1000kcal itp- to były zalecenia przychodni leczenia otyłości, nie jakieś moje fanaberie!!), że w ten sposób mógł tak spowolnić swój metabolizm, że potrzebuje on nawet poniżej 1000 kalorii żeby normalnie funkcjonować. To by wyjaśniało moje zeszłoroczne wiosenne zmagania, które zakończyły się fiaskiem. Trzy miesiące jadłam 900-1200 kalorii i schudłam 2 kg!!!! I z jednej strony cieszę się ogromnie, ze znalazłam coś co znów skutkuje czytaj- głodówka, zwłaszcza, że ma ona naprawdę wiele dodatkowych atutów jednym z najistotniejszych w moim wypadku jest niesamowity wzrost odporności. W zeszłym sezonie byłam chora 7 razy w ciągu 6 miesięcy!!! a w tej zimy ani razu!! Z drugiej strony przeraziłam się, że kiedyś i ona przestanie działać i już nie wiem co wtedy zrobię...ale co ja będę się martwiła na zapas. Najwyżej wynajmę jakiegoś "kata", który zamknie mnie w jakimś magazynie na pół roku, będzie mnie gonił do ćwiczeń 20h na dobę i poił tylko wodą:P Zresztą nie ma co planować, bo jeśli nie zwariuję zaraz od myślenia o żarciu to wszystko będzie dobrze;)Idę się napić wody...będę sobie wyobrażała, że to kanapka z tuńczykiem:D
PS. Teraz nawet tarte jabłka byłyby najpyszniejszym rarytasem nad rarytasami...
Na poziom mojego rozgoryczenia ma zapewne wpływ ilość zdobytych ostatnimi czasy informacji na temat metabolizmu, połączenie ich z moimi doświadczeniami i wyciągnięcie wniosków. Moja kuchnia jest tak bardzo fit, light, eko i co tam jeszcze można sobie wymyślić, mój grafik tygodniowy jest jeszcze bardziej wypełniony aktywnością fizyczną niż zwykle, a prawda jest taka że waga ani drgnie...okazuje się, że jeżeli ktoś podjął wiele prób zrzucenia zbędnych kilogramów, często drastycznie zmniejszając ilość przyjmowanych kalorii (diety typu 1200kcal, 1000kcal itp- to były zalecenia przychodni leczenia otyłości, nie jakieś moje fanaberie!!), że w ten sposób mógł tak spowolnić swój metabolizm, że potrzebuje on nawet poniżej 1000 kalorii żeby normalnie funkcjonować. To by wyjaśniało moje zeszłoroczne wiosenne zmagania, które zakończyły się fiaskiem. Trzy miesiące jadłam 900-1200 kalorii i schudłam 2 kg!!!! I z jednej strony cieszę się ogromnie, ze znalazłam coś co znów skutkuje czytaj- głodówka, zwłaszcza, że ma ona naprawdę wiele dodatkowych atutów jednym z najistotniejszych w moim wypadku jest niesamowity wzrost odporności. W zeszłym sezonie byłam chora 7 razy w ciągu 6 miesięcy!!! a w tej zimy ani razu!! Z drugiej strony przeraziłam się, że kiedyś i ona przestanie działać i już nie wiem co wtedy zrobię...ale co ja będę się martwiła na zapas. Najwyżej wynajmę jakiegoś "kata", który zamknie mnie w jakimś magazynie na pół roku, będzie mnie gonił do ćwiczeń 20h na dobę i poił tylko wodą:P Zresztą nie ma co planować, bo jeśli nie zwariuję zaraz od myślenia o żarciu to wszystko będzie dobrze;)Idę się napić wody...będę sobie wyobrażała, że to kanapka z tuńczykiem:D
PS. Teraz nawet tarte jabłka byłyby najpyszniejszym rarytasem nad rarytasami...
środa, 27 marca 2013
Victory or dead!
Etykiety:
niezły bigos
Jestem taka głodna, że aż chce mi się płakać. Nie miałam w ustach niczego od 60 godzin. W zasadzie nie przeszkadza mi ból głowy, łamanie w gnatach, ssanie w żołądku czy lekkie mdłości, dobija mnie tylko moja psycha. Z jednej strony jestem niesamowicie zdeterminowana i wiem, że się nie poddam, a z drugiej mam ochotę beczeć jednocześnie tarzając się w jedzeniu. Mam tak wyczulony zmysł węchu, że czuję obiad, który gotuje sąsiadka dwa piętra wyżej!!! Do tego Filip wcinający pierogi, kurczaki, smażone sery, kanapki...i jeszcze głupawo się uśmiecha i czasem przez przypadek zapyta: a Ty co będziesz jadła Kochanie? Wrrrrrrrrrr no wiem, że niechcący to rzuca z przyzwyczajenia, ale oczywiście muszę na niego warczeć i krzyczeć... to mi pomaga, a on to dzielnie znosi:P Co do darcia się, to miałam wczoraj taki dołek podczas, którego chciałam krzyczeć na całe gardło, że chcę być chuda. Co jest dla mnie niesamowitą odmianą, bo zwykle chciałam drzeć się: nie chcę być już grubaaaa!!! A jak już jesteśmy w tym temacie, to uwierzcie mi na słowo, że żaden grubas nie chce być gruby, nawet ten który się zapiera, że jemu to nie przeszkadza, to tylko świadczy o tym że skutecznie sobie wmówił, że tak już musi być. Też próbowałam zaakceptować moją fizjonomię, myślałam nawet że mi się udało, ale z obecnej perspektywy stwierdzam, że to była ściema! Sama siebie oszukiwałam, ale musiałam inaczej bym nie przetrwała. Prawda jest taka, że każdy chce być lekki, wyglądać ładnie i czuć się komfortowo we własnym ciele i dużo łatwiej to osiągnąć mając na wadze mniej niż więcej.Podążając za tą maksymą idę sobie nie zjeść śniadania;)
![]() |
| Nie pamiętam gdzie znalazłam ten obrazek, ale mam nadzieję, że nikt się nie pogniewa, że go wykorzystałam...on idealnie obrazuje mój stan ducha i ciała. |
poniedziałek, 25 marca 2013
Wiosenne porządki:)
Etykiety:
niezły bigos
Nie ma to tamto czas zakasać rękawy i brać się za kolejną głodówkę. Wiosna może nas zwodzi, ale jak buchnie upałem i trzeba będzie się rozebrać do rosołu to głupio się będzie mrozami zasłaniać. Obiecałam sobie, że w tym sezonie nie będę bała się bikini, zbiorników wodnych, plaży i innych miejsc gdzie króluje nagość. Chociaż szczerze mówiąc nie lubię ich też z innych pobudek, takich jak wszechobecne tam tłumy, smród grilla, hałas, śmieci, nuda podczas opalania...no tak ale żaden z tych argumentów nie tłumaczy niechęci do stroju kąpielowego. On jest moim wrogiem z zupełnie innych powodów, a mianowicie jest "ujawniaczem" mankamentów mojego ciała, w skrócie fałdocelulozwisocycoudajakbeczkizwinem. Jednym słowem śmierć bikini!!!
Najważniejsza jest motywacja, a tej jak widać mi nie brakuje. Ostatnie kilka dni trzymałam się diety przedgłodówkowej, żeby dziś na tydzień przed świętami pościć. Myślałam że może uda mi się to zrobić bez opisywania moich zmagań na "kartach" mojego skromnego bloga, ale nie udało się. Ssie mnie tak okrutnie, że najchętniej wlazłabym cała do lodówki i nie wychodziła z niej dopóki nie wyjem wszystkiego...długo bym tam nie posiedziała, bo przygotowałam się na taką ewentualność i jest prawie pusta. Muszę jednak wyjść z domu, bo ugotowałam wczoraj Filipowi obiad na dziś, który stoi w garnku na kuchence i boję się, że gdy dopadnie mnie kryzys to wsysnę jego zawartość. Jedyną ulgą w tych męczarniach przynosi mi właśnie pisanie i świadomość, że ktoś to przeczyta i może mnie trochę pożałuje, albo do czegoś się zmotywuje, albo po prostu się uśmieje:) W każdym razie dzięki, że czytacie, bo mi tym pomagacie:D Rymuję i niczym się nie przejmuję.
Najważniejsza jest motywacja, a tej jak widać mi nie brakuje. Ostatnie kilka dni trzymałam się diety przedgłodówkowej, żeby dziś na tydzień przed świętami pościć. Myślałam że może uda mi się to zrobić bez opisywania moich zmagań na "kartach" mojego skromnego bloga, ale nie udało się. Ssie mnie tak okrutnie, że najchętniej wlazłabym cała do lodówki i nie wychodziła z niej dopóki nie wyjem wszystkiego...długo bym tam nie posiedziała, bo przygotowałam się na taką ewentualność i jest prawie pusta. Muszę jednak wyjść z domu, bo ugotowałam wczoraj Filipowi obiad na dziś, który stoi w garnku na kuchence i boję się, że gdy dopadnie mnie kryzys to wsysnę jego zawartość. Jedyną ulgą w tych męczarniach przynosi mi właśnie pisanie i świadomość, że ktoś to przeczyta i może mnie trochę pożałuje, albo do czegoś się zmotywuje, albo po prostu się uśmieje:) W każdym razie dzięki, że czytacie, bo mi tym pomagacie:D Rymuję i niczym się nie przejmuję.
niedziela, 17 marca 2013
The end
Etykiety:
Czadowo wyjazdowo
Wracamy!!! Na dobry początek sza-cun
dla Filipa, który zamontował gniazdko w samochodzie i dzięki temu
mam ciągły dostęp do prądu i mogę sobie pisaaaaaaaaać do
woli.:D Zanim go poznałam nie wiedziałam, że takie cuda są w
ogóle możliwe. No a teraz czas na podsumowanie naszego tripa...w
zasadzie zastanawiałam się czy nie zataić kilku szczegółów
zwłaszcza, że zauważyłam wśród znajomych ciekawe zjawisko,
które nazywam "i żyli długo i szczęśliwie". Ostatnio
większość osób z którymi się spotykam mówi tylko o tym jak im
się cudownie żyje, nikt już nie ma problemów, żadnych trosk,
zmartwień...pieprzona sielanka. Wszyscy są tacy normalni i
szczęśliwi, że aż się można porzygać na różowo. Nie mówią
o tym jak ich szarpie kredyt, że nie pamiętają kiedy byli na
wakacjach, że praca ich wykańcza lub nie daje satysfakcji. Jedyne
co słyszę to: kupujemy mieszkanie jupiiiii (nie ważne że będziemy
je spłacać do pięćdziesiątki) dostałam awans hurrrra (nie ważne
że szef mną pomiata), schudłam jupiiiiiiiiiii (to nic że to
dlatego, że mąż pije), kupuję samochód (czy to ważne, że mi za niego płacą rodzice?). Mogę mnożyć takich przykładów bez
liku, tylko po co. Jeśli teraz to czytasz to pewnie sam to
zauważasz, albo...sam/sama sobie dokończ. W pewnym momencie naprawdę
uwierzyłam, że tylko ja mam zmartwienia. Aż mi było głupio, bo
wszyscy tacy zadowolenia, a ja marudzę. Przeszło mi nawet przez głowę, że to może ja się mylę??
Może właśnie na tym polega bycie dorosłym, odpowiedzialnym
człowiekiem?? eeeeeeeee NIE! Może i jestem zbyt szczera, trochę
się obnażam emocjonalnie, ale przynajmniej czuję, że są ludzie
przed którymi nie muszę niczego udawać i wiem, że oni też są
przy mnie sobą.
Po tym mały wstępie nie pozostało mi
już nic innego jak być szczerym do bólu i przyznać się przed
całym światem dooo... albo...jako szczęśliwa właścicielka bujnej
wyobraźni napiszę trzy zakończenia naszej wycieczki, a wy sami
sobie wybierzecie, które Wam się podoba najbardziej;) Wybaczcie to małe zamieszanie, ale moi prawdziwi przyjaciele na pewno będą wiedzieli które zakończenie jest prawdziwe, a reszta świata mam nadzieję, że będzie się po prostu dobrze bawiła;)
Wersja 1
No i już nie otworzyli wyciągów, bo
wichura następnego dnia nadal szalała. Jakoś się trzymałam,
chociaż w tej fazie cyklu hormony aż pchają łzy do oczodołów,
czy to ze smutku czy z radości zawsze coś mi tam po policzkach
spływa:P Wszystko było dobrze do póki nie pojechaliśmy oddać
karnetów i walczyć o zwrot części pieniędzy. Dogadać się z
Tą babką...ona ani słowa po angielsku, a ja po włosku kali
mówić,ale zrozumiała! Ale co z tego skoro kasy i tak nie oddali i
wtedy pękłam. Leciały mi po twarzy całe strumienie słonego
badziewia- sama dawno u siebie takich nie widziałam. Oczywiście
wiele tłumaczy huśtawka hormonalna, ale nie wszystko można zwalić
na to, bo pewnie byłby to mniejszy "opad deszczu" ale na
pewno by się pojawił. Ciężko pracowałam żeby móc sobie
pozwolić na taki wyjazd, i skoro już przejechaliśmy pół europy,
wywaliliśmy kasę na karnety to do cholery ma być idealnie!!!!No i
robiłam wszystko, żeby wycisnąć z tych dni ile się da, wczoraj
na prawdę było cudownie, ale dziś już chciałam poszusować i
koniec! Po chwili pędziliśmy już do pokoju, żeby się spakować i
przynajmniej nie płacić za kolejną dobę w hotelu. Uregulowaliśmy
rachunki, wskoczyliśmy do wozu i pognaliśmy na dół. W aucie
nastała grobowa cisza, którą przerwał Filip pytaniem: no i jak
Kochanie?? podobał Ci się wyjazd?? Odezwał się w najgorszym
momencie. Wymamrotałam że tak i znów zaczęłam beczeć, chociaż
tym razem już nie wiem czemu. Naprawdę mi się podobało, niewiele
brakowało, a byłaby to jedna z najpiękniejszych naszych podróży.
Leżała by w mojej głowie w tej samej szufladce co nasze genialne
wakacje w Toskanii- (te pierwsze... drugie skutecznie zepsułam)!
Dojechaliśmy do Rovereto i poszliśmy na zakupy, bo przecież trzeba
przywieźć do domu regionalne przysmaki...te płynne i te w formie
stałej:P i jakoś tak się sprawy potoczyły, że po szopingu
szwędaliśmy się 5 godzin po tym jakże ładnym miasteczku. Kupiłam
sobie śliczną torebkę, zjedliśmy pyszny obiad i ruszyliśmy do
domu:)
Wersja 2
Na drugi dzień już podczas porannego
joggingu miałam złe przeczucia. Wiatr wiał niepokojąco mocno.
Wróciłam do pokoju i nie mówiąc nic Filipowi, wskoczyłam pod
prysznic. Jakże się ucieszyłam, gdy zeszłam na śniadanie a za
oknem, między drzewami krzesełka się poruszały. Piętnaście
minut później wpinaliśmy się w narty i szaleliśmy na cudownie
przygotowanych trasach. Mimo słońca było -10 stopni, ale nam było
wręcz gorąco:D Niestety nie trwało to długo.Koło południa mnie
zmroziło, gdy podjechałam pod hotel żeby zmienić narty, bo
chcieliśmy poszaleć poza trasami. A tu niespodzianka, ktoś radośnie
przywłaszczył sobie moje dechy. Oczywiście na początku zaczęłam
biegać i ich szukać, bo nie mogłam w to uwierzyć. Nie żeby mi
się to nigdy nie zdarzyło, wręcz przeciwnie: nad morzem ukradli mi
aparat, jak jechałam do Rosji na wykopaliska zniknęły mi wszystkie
pieniądze, w zeszłe wakacje rower, trzy lata temu kije w
Andalo...bardziej zaskoczyło mnie to, że znowu mi coś zwinęli,
chociaż już na prawdę staram się pilnować swoich rzeczy. Gdy
pierwszy szok minął oczywiście się poryczałam, chociaż nie był
to cenny sprzęt. Kupiłam go okazyjnie, bardziej do szkolenia niż
dla przyjemności. Zdruzgotało mnie to, że znów mi ktoś coś
zabrał. Kurde co ja takiego zrobiłam, że święty Antoni mnie
opuścił, a wręcz się na mnie mści??!! Filip stanął na wysokości zadania, mocno mnie przytulił, kazał się rozchmurzyć, bo przecież
jest piękny dzień i mam te lepsze narty, w które wystarczy się
wpiąć i dalej szaleć;) No i udało się, otarłam łzy i ruszyłam
do boju;) Wieczorem zjechaliśmy do Rovereto na pyszną kolację,
która niestety dała mi popalić podczas podróży, ale absolutnie
mi to nie przeszkadzało, bo myślałam tylko o mojej nowej torebce
leżącej na tylnym siedzeniu- Filip mi kupił na pocieszenie za
narty:)
Wersja 3
Następnego dnia krzesełka ruszyły,
ale niestety nie na długo. W południe wiatr znów się wzmógł i
musieli zamknąć wyciągi. Całe szczęście te 3 godziny na nartach
znacznie poprawiły mi humor. Nie zastanawiając się wiele
pognaliśmy na biegówki...jakby nie było to też narty:D Tor był
znakomicie przygotowany i dzięki niskiej temperaturze świetnie się
po nim śmigało nawet na nienasmarowanym sprzęcie:P Takie z Nas osły, że znów zapomnieliśmy smaru!! W drodze
powrotnej postanowiliśmy podjechać do kas żeby zawalczyć o jakieś
odszkodowanie w związku z zamknięciem wyciągów, ale oczywiście :
"itz not refundable". Pani nas poinformowała, że jeśli
poczekamy 12h i jeśli puszczą wyciągi to w ramach rekompensaty
dostaniemy karnet na jeden dzień gratis. Ja się zapytałam kto nam
w takim razie za kolejny nocleg zapłaci, ale ona już tego nie
zrozumiała. Wróciliśmy do hotelu i rozpatrzyliśmy wszystkie
opcje...jeśli puszczą wyciągi to super, bo sobie jeszcze
pojeździmy, ale jeśli nadal będzie wiało to tylko zabulimy za
kolejną dobę hotelową, a jutro się wściekniemy i zepsujemy sobie
wyjazd...zresztą i tak się wkurzyliśmy, że nie możemy machnąć ręką i
powiedzieć: phi a kto bogatemu zabroni. Filip podsumował to jednym
zdaniem: właśnie dlatego uważam, że musimy mieć dużo pieniędzy,
żeby się nie szczypać tylko robić co nam się żywnie podoba;) I
ma racje cholera. Tak czy inaczej, spakowaliśmy się, zjechaliśmy
do Rovereto na pyszną kolację, a na deser wybrałam sobie śliczną torbę, bo
przecież zaoszczędziliśmy na noclegu:P i ruszyliśmy do domu:)
| Rovereto... |
piątek, 15 marca 2013
"Matterhorn"
Etykiety:
Czadowo wyjazdowo
No i wszamałam una buona pizza con
ruccola e proscciutto crudo i męczyły mnie taaaakie okropne wyrzuty
sumienia, że miałam ochotę się upić i iść spać. Normalnie
czułam jak te 6 kawałków tego okrągłego italiańskiego przysmaku
(dwa odjęłam sobie od ust i oddałam Filipowi) tańczy radośnie w
moim brzuchu i gra mi na nosie:P). No i podczas gdy siedzieliśmy
sobie po posiłku w knajpce i tak idiotycznie gapiliśmy się na góry
za oknem i szalejące na stokach wichury, nagle zaczęła mnie
dopadać jakaś dziwna forma frustracji. Wtedy wpadł mi do głowy
pewien pomysł, ale w tamtej chwili wydawał mi się na tyle
abstrakcyjny, że postanowiłam go pozostawić w sferze marzeń. No i
tak ni z tego ni z owego zaczęliśmy się wiercić na tych stołkach,
kończyny zaczęły żyć własnym życiem, a energia przywrócona
pysznym obiadem nie pozwalała nam spokojnie usiedzieć... i w końcu
padło pytanie, które dziś wypowiadaliśmy już wielokrotnie: to co
robimy?? Filip zaproponował zaskakujące rozwiązanie: to może
drzemka??, które maksymalnie mnie wkurzyło, bo od lat pracuję nad
tym żeby każdy dzień spędzać maksymalnie aktywnie i nie ucinać
sobie kimanka w ciągu dnia, bo mój metabolizm natychmiast sprytnie
to wykorzystuje do odłożenia zapasów, normalnie wychwytuje każdą
kalorię nawet z wydychanego przeze mnie powietrza! Ta iskra wywołała
lawinę zdarzeń... oburzona szybko rzuciłam alternatywnym
rozwiązaniem, które jak już wspomniałam, od dłuższej chwili
pałętało mi się gdzieś między zwojami: a może wskoczymy w buty
narciarskie i sobie po prostu wejdziemy na tą górę, żeby chociaż
raz dzisiaj zjechać???musiało zabrzmieć to tak bardzo
surrealistycznie, że jedyne co usłyszałam w odpowiedzi to: a może
weźmy dupoloty i zjedźmy sobie na tyłkach do tej knajpki gdzie
wczoraj sobie siedzieliśmy?? wystarczyło, że rzuciłam jedno
spojrzenie i pięć minut później biegliśmy przez narciarnię już
w butach, goglach i w tzw pełnej gotowości. Porwaliśmy sprzęt i
ruszyliśmy na szczyt:P Duło tak makabrycznie, że momentami, gdy
wiatr smagał moją twarz nie byłam w stanie oddychać, ale się nie
poddaliśmy i 45 minut później zapinaliśmy narciochy:D Zdążyliśmy
na sam zachód słońca. Jednym słowem było warto! Wysoki poziom
endorfin spowodowany wysiłkiem przywrócił pozytywne spojrzenie na
świat, a fakt, że prawie wbiegliśmy na tą górę ogromnie
podbudował moją wiarę we własne siły...no kurde mam kondycję,
wciągnąć ten mój wielki zad na ten szczyt w tak krótkim czasie
było nie lada wyzwaniem!



